Przejdź na stronę główną Interia.pl

Marek Krajewski: Krew jest tematem zamkniętym

Proszę wybaczyć, ale o naturze zła nie będę mówił, bo to są zagadnienia, na których wielcy filozofowie, przy których mój umysł jest mały, połamali sobie zęby - mówi Marek Krajewski, autor bestsellerowych kryminałów. Rozmawiamy o zbrodni w wersji hard i filozofii w wersji light, a także o gwałtach, skromności i edukacji.


Reklama

Monika Szubrycht, INTERIA.PL: Czy pana zdaniem świat i historia dążą ku dobru?

- Tak, tak uważam. Jestem filozofem-amatorem, natomiast mogę się powołać na znakomitą pracę historyczno- filozoficzną Stevena Pinkera, w której jest prezentowana koncepcja ewolucji ku dobru, "Na dobrych skrzydłach naszych aniołów. Dlaczego przemoc i gwałt upada na świecie". Autor stawia w niej przekonujące argumenty za tym, że ludzkość z epoki na epokę zmierza ku dobru, staje się coraz lepsza. Taki pogląd wyznaje też jeden z bohaterów mojej nowej powieści "W otchłani mroku".

Sam jednak nie najlepiej kończy... 

- Może nie zdradzajmy za dużo, to jest kryminał. W mojej powieści chodzi raczej o pewien problem moralny. Czy człowiek może tak bardzo popierać jakąś koncepcję, jakąś ideę, czy może być z nią tak bardzo zżyty, tak zafascynowany, że dopuszcza do krzywdy innego, niewinnego człowieka? To jest dylemat moralny, o którym piszę w moim nowym kryminale.

Zgadza się pan z opinią wygłoszoną przez jednego z bohaterów "W otchłani mroku", że cierpienie nie ma żadnego sensu?

- Chciałbym mocno podkreślić, że jestem skromnym autorem kryminałów, którego jedynym celem jest dostarczenie czytelnikowi godziwej rozrywki. Wypowiadając się na tematy filozoficzne mógłbym się skompromitować i obnażyć całą swoją ignorancję. Zatem pozostańmy przy tym, że moi bohaterowie głoszą różne stanowiska filozoficzne i uważny czytelnik może się z jednym lub z drugim identyfikować.

Mam wrażenie, że pan po prostu zasłania się skromnością, nie chcąc odpowiedzieć na moje pytanie.

- To jest pytanie, na które powinni odpowiedzieć filozofowie. Ludzie, którzy uważają siebie, albo są uważani przez innych, za autorytety moralne. Psychologowie, socjologowie... Staram się nie mówić o czymś, na czym się nie znam. A znam się na niewielu rzeczach. Mogę mówić kompetentnie o gramatyce łacińskiej, mogę mówić na przykład, dlaczego łaciny powinno się nauczać w każdej szkole w Polsce, a tego się nie robi...

Czy możliwe byłoby dziś stworzenie szkoły, o której mówi jeden z pana bohaterów?

- Chodzi o liceum akademickie, przy uniwersytecie, gdzie byłyby nauczane przedmioty, które zostały zepchnięte na margines życia szkolnego, takie jak filozofia, języki klasyczne, jak historia, która w polskim szkolnictwie jest współcześnie ograniczana. Obecnie oświata odwraca się od naszych najlepszych polskich tradycji, myślę tutaj o wspaniałych przedwojennych gimnazjach, gdzie były języki klasyczne, łacina i greka, gdzie było miejsce na logikę, na filozofię.

Uczyłam się w szkole średniej łaciny i proszę mi wierzyć, nie byłam z tego powodu szczęśliwa.

- Z pewnością nie każdy był szczęśliwy, ale uważam, że ludzie myślący powinni mieć szansę uczyć się łaciny, niezależnie od tego, czy im się to spodoba, czy nie. Łacina jest niezwykle interesującym przedmiotem. Przedmiotem - podkreślam, nie językiem. Nie możemy jej traktować na równi z angielskim. Nie uczymy się jej po to, żeby się porozumiewać z innymi, ale po to, żeby sięgać do najgłębszych warstw europejskiej kultury, która jest zbudowana na trzech filarach: chrześcijańskiej moralności, prawie rzymskim, czyli łacinie, i greckim poczuciu piękna.

- Rozbiór gramatyczny, którego uwieńczeniem jest synteza zdania, kiedy widzimy anatomię języka - to coś niezrównanego. Ci, którzy tego nie doceniają, albo mieli złych nauczycieli, albo ich myśli poszły w innym kierunku. Dlatego Liceum Subterraneum, o którym mowa w mojej książce, powinno powstać przy każdym uniwersytecie w Polsce i gromadzić najlepszą młodzież, która przeniesie ten święty ogień dalej.

Powinniśmy się uczyć łaciny dla podtrzymania tradycji?

- Kiedy już poznamy łacinę, usłyszymy głos człowieka sprzed dwóch tysięcy lat. Naszego bliźniego, który ma podobne problemy jak my, który o nich pisze - o swoich namiętnościach, rozterkach, czy w końcu o życiu - i podpowiada, jaką należy wobec nich przyjąć postawę.

- Na lekcjach łaciny, omawiając fragmenty dzieł największych filozofów, z jednej strony obcujemy z myślą ludzką, która okazuje się zaskakująco nowoczesna, a z drugiej strony rozkładamy te fragmenty, analizujemy gramatykę, co jest wyjątkową gimnastyką umysłu.


Mówił pan o greckim poczuciu piękna. Ludzie, którzy dorastali w domu z widokiem na gaj oliwny i chodzą po pięknych, kamiennych posadzkach, są innymi ludźmi niż ci, którzy żyją na skraju nędzy, w zimnie i słocie. A co z tymi, którzy przeżyli traumę wojenną, są w stanie się otrząsnąć?

- Oczywiście. Nędza, brud, głód, obniżone poczucie własnej wartości, to są wszystko sytuacje, które generują stres. Stres wzmaga agresję, opiera się na tym, że ludzie zachowują się na zasadzie: uciekaj albo walcz. Taka agresja w Polsce była codziennością w bardzo ponurym okresie powojennym, kiedy ludzi wyrzucano z domów, zostawiali gdzieś swoje korzenie, przychodzili na nieznane, przerażeni. Z tym wiązała się straszliwa przestępczość.

- Zdegenerowane bandy szabrowników, hańbiące kobiety, do tego bestialstwa seksualne Armii Czerwonej. Dodajmy jeszcze hordy sierot wojennych, dzieci, nastolatków, grasujące po ulicach, które napadają, gwałcą, zabijają, nie mając żadnego systemu wartości. Smród trupów wydobywający się spod gruzów, dymy - to jest straszny świat.

- Ale z drugiej strony ten świat jest też pełen optymizmu. Jest koniec wojny, przyrost naturalny wzrasta, ludzie się kochają. Małżeństwa są zawierane masowo, ludzie się cieszą, chodzą na dancingi, bawią się. Ale ci sami ludzie, kiedy przychodzi godzina 21., zamykają się w swoich domach, boją się, czy doczekają ranka, czy nic złego ich nie spotka.

- To wszystko starałem się przedstawić w mojej książce. Nie wymyśliłem tego sam, znam to ze wspomnień ludzi, z którymi się kontaktowałem i z książki historycznej, na którą się powołuję kiedy jestem pytany o czasy tuż po wojnie, mianowicie "Wielkiej trwogi" Marcina Zaręby. To znakomita książka, która dokładnie opisuje czas Polski lat 1944-48. Zaczerpnąłem z niej bardzo wiele szczegółów.

Wszystkie kobiety w pana nowej książce są bite, gwałcone, dzieje się im krzywda. Są skazane na bycie ofiarami?

- (śmiech) Przepraszam, że się śmieję, ale pani pytanie jest prowokacyjne i interesujące. Zacznijmy od tego, że po pierwsze nie wszystkie, bo Leokadia, kuzynka Popielskiego, nie jest bita ani gwałcona, jest chora, ale wychodzi z tej choroby.

Nie zgadzam się. Zna pan swoją powieść lepiej niż ja, ale Leokadia była przecież przesłuchiwana przez UB. Nie ugięła się, ale dobrze wiemy, że UB delikatnością nie grzeszyło.

- Ma pani rację, ale to było w poprzedniej powieści, a ja bym usilnie prosił, żeby skoncentrować się na najnowszej. Nie będę więc wracał do "Rzek Hadesu". Natomiast w tej książce, choć rzeczywiście jest mowa o tym, że była bita, tak naprawdę jest w dobrej formie.   - A wracając do pytania - gwałty są zbrodnią. Autor powieści kryminalnych pisze o zbrodniach, zatem autor powieści kryminalnych pisze o gwałtach. Jestem autorem powieści kryminalnych i piszę o gwałtach, taki oto sylogizm przeprowadziłem i wszystko powinno być jasne.

Rozumiem, ale czy od tej reguły nie ma wyjątków? Żadnej z tych kobiet nie mogłoby się udać?

- Nie może być wyjątku. Jeżeli autor powieści kryminalnych nie będzie pisał o zbrodni, to nie będzie autorem powieści kryminalnych. Skupiam się właśnie na takim gatunku, uprawiam go od lat, zatem w moich powieściach występują rozmaite odmiany zbrodni. Są gwałty, seryjni mordercy - to wszystko jest dla autora powieści kryminalnych tematem. Nie piszę romansów, ani świetlistych powieści rozgrywających się pod słońcem Florydy. Piszę ponure, mroczne kryminały i tam musi być zbrodnia. Raz pada na kobietę, raz na mężczyznę.


W dodatku musi być to zbrodnia przez duże Z.

- Współczesne powieści kryminalne muszą mieć w sobie coś, co nazwałbym teatralizacją zbrodni. Bo jeżeli my, autorzy kryminałów, będziemy pisali o autentycznych zbrodniach, nikt nie będzie chciał kupować naszych książek. Dlatego, że większość tego rodzaju czynów w Polsce popełnia się w rodzinie, a po drugie - po pijanemu. Przyszedł pijany zięć do domu pchnął teściową i ją zabił. Czy to kogoś zainteresuje? Nikogo.

- To oczywiście jest straszne, ale żeby o tym opowiedzieć trzeba mieć wielki talent. - Ja wielkiego talentu nie mam, staram się pisać powieści, które są bardzo konwencjonalne. Dlatego moje zbrodnie mają teatralny przepych, ponieważ to może zainteresować czytelnika. Proszę zauważyć, że niemal wszystkie filmy lub powieści kryminalne mówią o seryjnych morderstwach. 90 procent dzieł kultury popularnej o tym mówi, podczas gdy w rzeczywistości seryjnych morderców w USA jest 3 procent, a w Polsce o połowę mniej. Autorzy powieści kryminalnych deformują więc rzeczywistość.

Jednym słowem nasze zwykłe, rodzinne zbrodnie nadają się tylko do codziennych gazet?

-
Tak, dla mnie jako dla autora kryminałów nie są interesujące. I chyba dla większości pisarzy też. Tak myślę, patrząc na to, co inni piszą. Teraz już dokładnie nie wiem, bo kryminałów nie czytam. Natomiast parę lat temu, kiedy czytałem, do takiego wniosku doszedłem.


O czytaniu kryminałów i bohaterach "W otchłani mroku" przeczytasz na następnej stronie >>

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje