Przejdź na stronę główną Interia.pl

Kamil Durczok: Trzymam jęzor za zębami

Jeden z najbardziej rozpoznawalnych i lubianych polskich dziennikarzy. Spektakularna kariera, a potem równie spektakularna droga w dół. Po półtorarocznej przerwie Kamil Durczok wraca do gry.

Wraca pan na wizję, ale to była długa przerwa w emisji.

Reklama

Kamil Durczok: - Trochę trwała, to prawda.

Pamięta pan ostatnie "Fakty", które prowadził?

- To nie były "Fakty", to "Fakty po Faktach". Pamiętam je bardzo dobrze, gościem był Grzegorz Schetyna. Jakiś gen zawodowy albo skrzywienie zawodowe pozwoliły mi jeszcze normalnie tę rozmowę przeprowadzić, zadać kilka niewygodnych pytań, ale myślami byłem już zupełnie gdzie indziej. To było czysto machinalne i odtwórcze wykonanie roboty, o 19.26 się zaczynało, a skończyło o 19.55.

Co pan robił przez ten czas od tych "Faktów po Faktach" do nowego programu, który miał emisję kilka dni temu?

- Najpierw najmniej się zastanawiałem nad tym, co będę robił dalej. Jeszcze pod koniec stycznia miałem mnóstwo planów zawodowych i nagle ktoś mi wywrócił ten świat do góry nogami więc nauczyłem się, że planowanie jest bardzo ryzykowne. To była zresztą druga taka nauczka, pierwszą była choroba nowotworowa, o której dowiedziałem się w grudniu, dokładnie, gdy miałem jechać na Dakar. Najpierw więc uczyłem się żyć z dnia na dzień, na autopilocie. Marianna mnie tego nauczyła. Proste sprawy, że trzeba ugotować obiad - bo ja w tym czasie gotowałem obiady. Mój syn był zaskoczony tym, że jak wracał ze szkoły, to ojciec gotował obiad.

Syn nie wiedział o tym, co się wokół pana działo?

- Doskonale wiedział, ale to jest chłopak, który przez 19 lat nie miał ojca w domu oprócz weekendów, więc nagle widok starego i to gotującego obiad, był szokiem. Tak się uczyłem życia wtedy - obiad ugotować, wieczorem może ktoś przyjdzie ze znajomych, może się wyśpię. Bardzo krótkoterminowe plany. A potem, jak już w miarę zaczynałem stawać na nogi psychicznie, zaczynałem myśleć, co dalej, czego mi brakuje, bez czego będę mógł żyć, bez czego nie. No i w ogóle, co z tym życiem.

Po tej aferze pojechał pan do Katowic. To była ucieczka?

- Nie, do Katowic to mogłem tylko wrócić. To było, jest i będzie zawsze moje miejsce na ziemi. Mój heimat, taka mała ojczyzna. Fakt, że przez ostatnie 20 lat więcej czasu spędziłem w Warszawie niż w Katowicach, ale jednak Katowice zawsze były domem. Nie miałem przed czym uciekać, po prostu nie miałem w Warszawie co robić. Zostało mieszkanie, ale w nim nie bywałem do czasu, kiedy zaczęły się rozprawy więc siłą rzeczy zacząłem bywać w Warszawie z obowiązku. Wróciłem do Katowic, zacząłem się przyglądać, jak się to miasto zmieniło. To był dziwny stan. Przez 20 lat życie miało rytm i nagle w ciągu dwóch miesięcy ten rytm się wywalił kompletnie.

W Katowicach zostało jakieś życie?

- Głównie w Katowicach było moje życie. Kiedyś chyba Marek Niedźwiecki zadał pytanie, czy istnieje życie pozaradiowe. Myśmy mieli taką rodzinę telewizyjną, "faktową", miałem też w tej rodzinie kilkoro przyjaciół, takich, z którymi do dziś się kontaktuję i bywamy u siebie, i rozmawiamy. Ale prawdziwi przyjaciele, tacy od zawsze, to byli przyjaciele z Katowic - mój najlepszy przyjaciel to facet, z którym przesiedziałem 4 lata w ławce w liceum. Więc tak, absolutnie, wróciłem do swojego świata. Może też dlatego, że zawsze na  weekendy wracałem do Katowic, jeździłem do sklepu, do którego chodziła moja babcia, moja mama, kupowałem bułki u pana Lipy, u którego kupowali mój ojciec i dziadek. Kupuję tam do dzisiaj. Spotykałem się z kolegami, których ostatni raz widziałem w podstawówce i nagle widzę ich wychodzących z kopalni Boże Dary, i się okazuje, że są trzy lata przed emeryturą górniczą. Z tego jestem zadowolony, że nigdy nie zerwałem z normalnym światem, że ta Wiertnicza, Woronicza i te wszystkie inne fajne więzienia ze szkła i aluminium nie były dla mnie nigdy jedynym miejscem na ziemi, że zawsze miałem dokąd wracać.

Nie był pan tam nigdy gwiazdą z telewizji?

- Jeśli szukać jakiejś antygwiazdy, to ja jestem antygwiazdorem - i to nie jest krygowanie się, to jest moje podejście do życia od dwudziestu kilku lat, od czas, kiedy spotkałem Krysię Bochenek, która mi powiedziała, że dziennikarstwo to zupełnie inny rodzaj wrażliwości, patrzenia na świat itd. Wszystko, co się pokazywało w przestrzeni publicznej, oczywiście poza moją normalną pracą, czyli prowadzeniem "Faktów" czy programów publicystycznych, to były rzeczy, które wykonywane były z obowiązku - kampanie, wywiady - uznawałem, że to był element mojej pracy zawodowej. Taka praca, to nie jest przecież tylko praca, to jest całe życie. Po tym roku już to rozumiem, że na tym polega cała umiejętność, żeby sobie zostawić taką dawkę tego "nie życia" pozatelewizyjnego, pozamediowego czy showbiznesowego, żeby mieć dokąd wrócić. Gdybym posiedział jeszcze kilka lat w tym biznesie, w takim ostrym rytmie, w jakim pracowałem, to być może okazałoby się, że już nie mam tego życia poza telewizją. I w tym sensie to, co się stało, dało temu jakiś kres.

A to nie grozi jakimś rozdwojeniem jaźni? Te dwa światy żyją przecież zupełnie innymi sprawami.

- Równie dobrze mogą być powodem rozdwojenia jaźni, co łącznikiem z normalnym światem. Gdybym siedział wyłącznie na Wiertniczej i się z niej nie ruszał, to prawdopodobnie bym odleciał. Nie wiedziałbym, o czym ludzie rozmawiają, co ich wkurza, co jest problemem, czy kopalnia będzie likwidowana, czy nie będzie. Te normalne kontakty z ludźmi w miejscu mojego urodzenia o wdzięcznej nazwie Katowice Kostuchna było dla mnie wentylem bezpieczeństwa, dowodem, że nie dałem się zamknąć, że nie widziałem świata wyłącznie na ekranie tych dziewięciu telewizorów, które miałem w gabinecie na ścianie, potrafiłem go dotknąć i stać bliżej.

Co tak naprawdę się wydarzyło w lutym zeszłego roku?

- Z jednej strony musiałbym powiedzieć, że stało się wszystko, bo życie wywróciło mi się do góry nogami kompletnie. Niedziela wieczór albo poniedziałek rano wyjazd do Warszawy, rytm pracy, powrót w nocy w piątek, weekend... Więc, jak to wszystko przestało nagle być obecne w moim życiu, a w TVN-ie byłem 10 lat bez trzech miesięcy, no to mogę powiedzieć, że stało się wszystko, rewolucja kompletna. A z drugiej strony stało się coś dla mnie dzisiaj ważniejszego, ale to mogę powiedzieć dziś, po półtora roku, kiedy już pewne rany się zabliźniły i przepracowałem sobie to wszystko jakoś i potrafię o tym mówić w miarę spokojnie. Myślę, że stało się coś, co być może uchroniło mnie przed czymś bardzo niefajnym. Po pierwsze przed uwierzeniem, że poza tym światem nie ma innego. Po drugie dało mi kontakt z synem, którego nie miałem, a który okazał się największą wartością, jeśli można jakiekolwiek wartości wyciągać z tych 19 miesięcy, bo tyle minęło. Dał mi na powrót relacje ojciec-syn. Dał mi czas na pomyślenie i na pracę nad sobą, ale broń Boże nie chcę powiedzieć, że jestem teraz lepszym facetem niż kiedyś, nie w tym sensie, chodzi o to, że mogłem przepracować kilka kwestii związanych z moim charakterem, patrzeniem na życie, relacjami z ludźmi. Dlatego też pojawiła się ta książka. ("Przerwa w emisji" - przyp. red.). Na początku pisałem ją jako rodzaj terapii, a potem się okazało, że to się składa w jakąś całość. Poza tym  zawsze uważałem, że ludziom, którzy mnie oglądają i poświęcają te pół godziny ze swojego dnia, choć mogą robić tysiące innych, fajniejszych rzeczy, a jednak siadają i oglądają program, który prowadzę, bardzo dużo się ode mnie należy.

To było ważne, żeby móc powiedzieć, jak ta historia wyglądała z pana perspektywy?

- Tak. Były dwa powody napisania tej książki. Pierwszy to ten terapeutyczny, o którym mówiłem, że sam sobie musiałem opowiedzieć swoją własną historię, potem ją przeczytać i zastanowić się, gdzie dałem ciała, gdzie jest "fakap", a gdzie po raz pierwszy w życiu ktoś tak brutalnie mnie zaatakował i gdzie musiałem zacząć walczyć o życie. Długo się wahałem, czy to w ogóle wydawać, bo to jest przecież otwarcie drzwi na najbliższe pół roku dla tych wszystkich Pudelków, które i tak napiszą to, co chcą, co uznają za najbardziej bolesne.

Ale to też dobra forma pozwalająca powiedzieć, jaki jest pana punkt widzenia.

- Otóż to. Pomyślałem, że po 18 miesiącach milczenia, bo takie były zapisy różnych regulacji mojego rozstania z firmą, że tym ludziom, którzy przez ten czas opierali swoją wiedzę na temat tego, co się zdarzyło na artykułach "Wprost" i całym tym rzygu, który w związku z tym poszedł na różnych forach internetowych.

Czytał pan to?

- Nie, raczej nie, choć niektóre musiałem przeczytać ze względów procesowych. Uznałem, że ludziom należy się mój punkt widzenia. Dlatego też w tej książce piszę dużo niefajnych rzeczy o tym niefajnym Durczoku.

Przeszedł pan terapię?

- Tak, nie ma co ukrywać, nie ma się czego wstydzić. Do terapii namówił mnie mój przyjaciel, powiedział mi kiedyś: Chłopie, po 35. roku życia terapia powinna być obowiązkowa dla każdego faceta. Tak, korzystałem z pomocy.

Rzeczywiście pisze pan sporo o tym niefajnym Durczoku. Z ustaleń komisji wynika, że nie molestował pan, ale zarzuty o mobbing pozostały. Co ma pan na sumieniu?

- Te ustalenia komisji  to odrębna sprawa, to nie była żadna komisja tylko zwykły sąd kapturowy, który wysłuchał, co kto ma na Durczoka i spisał to wszystko. Nie zostały mi oczywiście oficjalnie przedstawione wyniki pracy tej komisji, przeczytałem je w internecie  - najpierw jedną część, potem drugą, bo to się w dwóch odcinkach ujawniło. Ja nigdy nie dostałem do ręki tego raportu, nikt nie pozwolił mi się ustosunkować do zarzutów, byłem po prostu przepytywany przez wiele godzin. To był dokument tajny, który wylądował na biurku prezesa i na podstawie którego prezes podjął taką, a nie inną decyzję. To zamknięty rozdział, nie chcę do tego wracać.

- O tym niefajnym Durczoku... Takie podejście do życia, to było to niefajne w zawodowym znaczeniu, o którym wspominałem przed chwilą. Nie można przyjmować, że jeżeli dla mnie świat się zaczyna i kończy na godzinie 19 - ja zawsze przychodziłem pierwszy do pracy i wychodziłem ostatni  - to wszyscy muszą tak pracować. I tak mi się wydawało, że skoro ja tak traktuję "Fakty", to wszyscy tak muszą. W związku z czym, jak ja na kogoś wrzeszczę, a jeszcze miałem kilku takich współpracowników, którzy nie mieli żadnych oporów, żeby wrzeszczeć na mnie, to uznałem, że to jest ok, że taki mamy styl. Wiadomo, telewizja, więc bardziej na celowniku i jeszcze gwiazda wariat, molestator i mobingowiec i nie wiadomo co jeszcze. Jak myślę o sobie z tamtego czasu, to teraz wiem, że nie każdy mógł podzielać taki punkt widzenia. To był mój błąd. Potrafiłem się wydrzeć na kogoś, ale jedno wiem: nigdy nikogo nie obraziłem, nigdy do nikogo nie powiedziałem: ty baranie, ty gnoju, ty idioto, bo ja tak po prostu nie potrafię. Natomiast przyznaję, że wrzeszczałem: że to jest debilizm kompletny, żeby puścić taką informację albo żeby nie puścić takiej informacji, albo, że to kretyńskie zachowanie, ale to nigdy nie miało charakteru ad personam. Nigdy w życiu. Gdyby ktoś nagrywał wszystko, co się działo w tym studiu przez 10 lat, to ja ze spokojem absolutnym mogę odsłuchać każdą sekundę, bo wiem, że nigdy nikogo nie obraziłem w taki sposób. Nigdy. Inna sprawa, że presja szefa, który nie dość, że stoi nad głową, to jeszcze powrzaskuje i używa słów nieparlamentarnych to nie jest coś, co każdy potrafi i chce zaakceptować .

Dochodziły wówczas do pana takie sygnały, że pana zachowanie jest co najmniej trudne dla współpracowników?

- No właśnie nie. To oczywiście nie jest żadne usprawiedliwienie, ale nie znalazł się nikt, kto by o dwudziestej siadł ze mną, zamknął drzwi do gabinetu i powiedział: - Stary, uspokój się, bo nie wszyscy kupują to, jak pracujemy. To, że ja mam z tobą takie relacje i na siebie wrzeszczymy, to jest ok, ale nie znaczy, że pan X, pani Y i jeszcze ktoś ma też akceptować taki styl pracy. Zwłaszcza że, wie pani, sukces za sukcesem, myśmy szli w górę jak rakieta. W dwa i pół roku po moim przyjściu zrobiliśmy większą oglądalność niż "Wiadomości", złamaliśmy monopol telewizji publicznej na informacje, który trwał nie wiadomo jak długo. Potem były te słynne wybory Obamy w 2008, niesamowite. Pół roku ciężkiej pracy, które - bezczelnie to powiem - powinny przejść dzięki mojemu zespołowi i po części mnie również, do historii polskiego dziennikarstwa. Myśmy zrobili nieprawdopodobne rzeczy, to przecież można oszaleć. Nie było miejsca na takie momenty, że się człowiek zatrzyma i pomyśli: kurde, chłopie, może idziesz za grubo, weź się zastanów, jak ci ludzie to odbierają.

A jakim teraz jest pan szefem?

- Spokojniejszym. I bardzo uważającym na słowa. Zdecydowanie. Aczkolwiek też nie jest łatwo, bo to dziecko, czyli Silesion, też się rodziło w bólach. Po drugie, jak przy każdym startującym projekcie, jest pełno różnych wpadek, pułapek: tu błąd ortograficzny, tam gramatyczny, tu nie to zdjęcie, tu coś jeszcze, ale trzymam jęzor za zębami.  Mamy takie seanse z dwójką fantastycznych ludzi, z którymi to robię, czyli Julką Oleś i Bartkiem Nowakiem, czasami sobie wykrzyczymy na tarasie to, co myślimy, ale tego nikt nie słyszy. Pilnuję się bardzo. Wydaje mi się, że jestem innym szefem.

Wspomniał pan o dużych sukcesach "Faktów". Nie miał pan żalu, że w tej sytuacji, kiedy rozstrzygały się pańskie losy, one nie miały znaczenia?

- Nie. Po pierwsze, wiedziałem że pracuję za określone pieniądze. I to, że wkładam całe serce w tę robotę, to jest moja prywatna sprawa. Mogłem to robić tak, a mogłem zupełnie na zimno. Płacą mi za to i tyle. W tym sensie tego żalu na pewno nie było. Mam żal o coś innego, że po tych niemal dziesięciu latach pracy, najnormalniej w świecie nikt nie powiedział "dziękuję". To, że Szwajcar (Markus Tellenbach od września 2009 do lipca 2016 prezes Grupy TVN - przyp. red.) nie powiedział tego, to nic, nie wiem nawet, czy Szwajcar wiedział, czy nie, bo nie wiem, jaka tam była polityka prywatności w tym zakresie. Ale w czasie, gdy ja z nim rozmawiałem, w mojej skrzynce mailowej były wyrazy poparcia od takich ludzi, którzy naprawdę dla tego kraju dużo zrobili. Nie powiem oczywiście, kto to był i w jakim tonie te maile były, ale wiedziałem, kto mnie popiera, kto stanął za mną murem, kto powiedział, że trzyma za mnie kciuki. Trochę mnie to wkurzało, że facet, który przyjechał trzy lata wcześniej i wiedział o tym kraju tyle, ile mu ktoś powiedział, rozmawiał ze mną tak, jakbym był dla niego pozycją w Excelu. Brał to na zimno. I to mnie, może nie zabolało, ale pamiętam to. To jest niefajne.

Zadra?

- Nawet nie zadra. Lekcja. Nie zapomnę słów, kiedy on mówił o "swojej telewizji".

A pan czuł, że to pana telewizja, pana "Fakty"?

- Wkurzył mnie tym, bo najmniej to była jego telewizja. Został najęty, żeby ją prowadzić i tyle. A myśmy zapieprzali. Ale mieliśmy z tego kupę frajdy, więc w tym sensie rozdział jest zamknięty i nie mam żalu. Mam troszeczkę żalu, że moi szefowie, ci którzy byli od początku, nie byli po tym wszystkim w stanie zadzwonić i powiedzieć: Stary, dziękujemy. Jest straszna zawierucha, nie wiemy, czy się z tego podniesiesz, czy nie, ale przez dziewięć lat robiłeś tu dobrą robotę i za to chcemy ci podziękować. I szczerze mówiąc tego mi bardzo zabrakło. Jeśli coś pamiętam w związku z TVN-em, to to.

Wspominał pan, że ekipa "Faktów" była jak rodzina, ale po tej aferze pomogła panu żona, z którą już pan nie był, a nie ta zgrana ekipa.

- Wie pani, jak to z rodziną... Składa się z ukochanej cioci Heli, fantastycznego wujka Zbyszka, ale także z wujka Waldka, którego nienawidzi pół rodziny, a druga połowa obgaduje za plecami. Tak samo jest z rodziną zawodową. Są ludzie, z którymi utrzymuję kontakt, nie jest ich wielu. Ci najbliżsi, na palcach jednej ręki do policzenia, nie wymiksowali się do dziś. Pozostała część... Ale ja ich też rozumiem, jeżdżą na konferencje prasowe, chodzą do sejmu, do tej pory byli cholernie dumni, z tego, co robią i z zespołu, w jakim pracują i nagle muszą odpowiadać na jakieś pytania o syf, który się wytworzył wokół ich szefa. Stąd też był ten pierwszy list, jak tylko wyszedłem ze szpitala chyba w piątek. W sobotę jeszcze się chowałem w Szczyrku, a w niedzielę chyba przyjechałem do Katowic, o ile dobrze pamiętam, bo mi się mylą te wszystkie daty. Napisałem taki oddający się do dyspozycji zarządu list, ale w pierwszej kolejności też do zespołu, podziękowanie, ale i wytłumaczenie, że to nie jest tak, że ja uciekam z mostka albo ktoś mnie tam z niego próbuje przegonić, że oni muszą umieć normalnie pracować, a nie odpowiadać na pytania o swojego szefa, które się pojawiają od polityków i od kolegów dziennikarzy i w związku z tym jest oczywiste, że ja się muszę usunąć w cień. I to był pierwszy list. 16.10 chyba była w niedzielę, kiedy go klepnąłem. Bardzo mnie ubawiło, że spore jego fragmenty o 16.40 były już na którymś portalu. Tak to jest a propos rodziny.

Ogląda pan jakieś polskie programy informacyjne?

- Teraz już znowu wszystkie, ale był długi czas, że nie oglądałem.

Tylko "Faktów"?

- Raczej w ogóle. Miałem jakąś alergię na telewizję i oglądałem wyłącznie programy kulinarne, ze szczególnym uwzględnieniem Okrasy, którego połowę przepisów znam na pamięć. Przydawały się, jak dziecku obiad gotowałem. "Fakty" obejrzałem pierwszy raz dobre osiem - dziewięć miesięcy po tym wszystkim.

Co się czuje w takim momencie?

- Dziwne uczucie to było. Na pewno nie było z tym żadnych emocji, żalu ani tęsknoty. Dziwne uczucie, bo ja pamiętałem, jak to wszystko wyglądało od drugiej strony. Wiedziałem, gdzie jest kabel, pedał do promptera i nagle patrzyłem na to miejsce przez ekran telewizora. Myślałem: Kurczę, to kompletnie nie moje już, takie obce. Trochę się zdziwiłem. To tak, jakby się mieszkało w jakimś mieszkaniu, lubiło się je i potem oglądało się to mieszkanie na zdjęciach albo weszłoby się tam, ale mieszkałby tam już ktoś zupełnie inny. Nie można powiedzieć, że to żal, że się już tam nie mieszka, albo tęsknota. To nie w tych kategoriach. Dziwnie jakoś tak, było moje, nie jest moje. Tyle.

Co było najtrudniejsze przez te 18 miesięcy?

- Początek był najtrudniejszy, oczywiście. Chodzenie z podniesioną głową. Ja zawsze miałem frajdę z tego, że idę po ulicy i patrzę ludziom w oczy. Najczęściej zresztą było tak, że oni się uśmiechali. To było superfajne, bo znaczyło, że jest jakaś komunikacja. To, że tam jest oko kamery, obiektyw to nie wszystko - tam są ludzie, siedzą tak jak pani i ja teraz. Nagle wychodzę po tym wszystkim i mam problem, żeby tym ludziom spojrzeć w oczy.

Wstyd?

- Nie, jeśli się czegoś wstydziłem, to tego, że gdzieś musiałem popełnić błąd. Ja wiem, co ja w życiu robiłem, nie miałem powodu, żeby się wstydzić czegokolwiek, co w tych artykułach pisano czy sugerowano. Po prostu gdzieś nie domknąłem drzwi i ktoś to wykorzystał. Nie przekręciłem klucza w drzwiach, nie zamknąłem czegoś swojego na cztery spusty.

Jest pan dziennikarzem, doskonale pan wie, że tak to działa.

- Można oczywiście powiedzieć, że taki jest świat, ale z drugiej strony nie możemy się godzić na to, że tylko dlatego, że ktoś jest rozpoznawalny, to można mu wchodzić w życie prywatne.

Ale musiał się pan liczyć z tym, że znajdą się tacy, co będą chcieli.

- Tak, ale muszą wiedzieć, że nie wolno wchodzić w pewne rejony. Nawet jak już weszli, to ja nie szukałem winy w nich - no, weszli, ktoś postanowił mnie zamordować medialnie, jego prawo. Myśmy odwoływali polityków, a ktoś postanowił odwołać Durczoka. Ja miałem pretensję do siebie, że gdzieś zostawiłem te uchylone drzwi, przez które ktoś wsadził nogę i już nie pozwolił ich zamknąć. A potem wsadził łeb, a potem wszedł tam i opisał, co mu się wydawało. Nie co widział, tylko co mu się wydawało. To mnie uwierało. W tym miejscu zawiodłem. Facet, w którego wierzą i wierzą jemu, lubią go i akceptują, wygrywa plebiscyty popularności i zaufania, i nagle ten facet dał się podejść... Może on nie jest taki profesjonalny, jak mu się wydawało przez tyle lat. To mnie strasznie uwierało. Bardzo długo. To było najtrudniejsze, żeby się przełamać i chodzić po ulicy tak, jak teraz chodzę, że nie mam problemu, żeby patrzeć ludziom w oczy.

Co się stało, że znowu pan to potrafi?

- Po pierwsze, ja sobie to przepracowałem, m.in. za pomocą książki, terapii, rozmów, przyjaciół, którzy się nie odwrócili i byli ze mną. Po drugie, jakoś tam wpłynęły na to chyba te procesy, które się toczą, bo wygrałem jeden, ale jest apelacja, wyrok nie jest jeszcze prawomocny, drugi jest w toku. Po trzecie, to jest tak jak bokser nokautuje rywala, ale on jeszcze się podnosi, staje na nogi i zaczyna walczyć dalej. Ja miałem też taki moment oszołomienia, kiedy kompletnie nie wiedziałem, co się dzieje wokół i gdyby nie najbliżsi, to cholera wie, jakby się to skończyło. Ale potem sobie to wszystko przemyślałem, wiedziałem, gdzie popełniłem błędy. Pomyślałem, że to nie jest tak, że ktoś ma prawo po prostu tak sobie uważając i tworząc ze strzępków jakichś plotek i historii wydumanych, stworzyć jedną wielką bombę atomowa i nią walnąć. Wiem, co w życiu robiłem, komu mogłem zrobić krzywdę i wiem, jakie mam relacje z tymi osobami i to jest moja sprawa i tych osób, i akurat one w ogóle nie występują, żeby było śmieszniej, w tej historii opisywanej przez "Wprost" i wszystko to, co się potem ukazało. Mam swoje prywatne porachunki, oczywiście, że tak. I też je w tej książce trochę rozgrywam, mam do tego prawo - ktoś mi zrobił krzywdę, ja też mam prawo zrobić jemu krzywdę, zwłaszcza, że to wszystko prawda.

Był taki moment, że pomyślał pan, że to jednak koniec, że nie uda się wyjść z tego z twarzą?

- Chyba nie było, bo ja sobie nie zadawałem takiego pytania. To oszołomienie, o którym mówię, to nie było w kategoriach: straciłem twarz, odzyskałem twarz. Ja po prostu stałem zamroczony, bo ktoś postanowił metodycznie, trzy razy zdzielić mnie tak, że straciłem grunt pod nogami. Ale jak stanąłem z powrotem na nogi, pomyślałem, że to nie jest kwestia odzyskiwania twarzy, bo ja jej nie straciłem. Jeśli ktoś uważał Durczoka za gbura, chama i buca wcześniej, to ani te artykuły, ani ta książka nie zmienią jego zdania. Po tych artykułach to on już jest pewny absolutnie. Natomiast jeśli ktoś nie wie, co o tym myśleć, no to miał pewnie z tym przez półtora roku problem, ale właśnie po to jest ta książka, żeby ktoś dostrzegł także mój punkt widzenia, żeby nie oddawać pola drugiej stronie. Ale z tym odzyskiwaniem twarzy to chyba nie było jakiegoś nadzwyczajnego problemu.

Zadedykował pan tę książkę żonie. Wiedział pan, że może na nią liczyć wtedy?

- Zdziwiłem się trochę.

Czy rozpatrując tę aferę jako lekcję, można mówić, że ona pana czegoś nauczyła? Zrobić bilans zysków i strat.

- Tak. To jest historia złotej klatki, wyrwać się z niej samemu jest bardzo trudno, niewielu stać na to. W pewnym sensie to, że zostało to na mnie wymuszone, było powodem, dla którego zacząłem inaczej myśleć o świecie i tym, co się dzieje dookoła. Tak się jąkam teraz mówiąc o tym, bo jesteśmy blisko słowa "zysk", a ja na tej sprawie nie zyskałem nic, jedynie straciłem furę zdrowia. Ale gdybym miał szukać dobrych wniosków, albo dobrych efektów tego, co się wydarzyło, to byłby właśnie taki rok innego spojrzenia na świat i na ludzi, na przyjaciół, na to co jest w życiu ważne  także na politykę i ten medialny cyrk i szaleństwo, w którym przez tyle lat uczestniczyłem. I to jest duży plus, jeśli w ogóle można mówić o plusach tej sytuacji, dlatego, że nigdy w życiu nie byłoby mnie stać, żeby sobie to wszystko uporządkować, gdybym dalej w tym wszystkim tkwił. Zobaczyłem też, jakim metajęzykiem posługują się politycy - stąd pomysł nowego programu - są panami życia i śmierci, nie odpowiadają w ogóle na pytania. Język stracił swoją podstawową funkcję, przestał być narzędziem komunikacji. Ja panią pytam, która godzina, a pani, że to wina Tuska. I tak dwie kadencje. Albo, że Kaczyński jest zagrożeniem dla demokracji. A ja się chcę dowiedzieć, która godzina - proste pytanie zadałem. Dopiero jak się wyjdzie z tego i popatrzy przez ileś miesięcy, to z innymi wnioskami, z innym nastawieniem się wraca do dziennikarstwa.

Ma pan na koncie wiele nagród, nie tylko tych za profesjonalizm, ale także tych wynikających z sympatii widzów. Nie zaszkodziło panu nawet zruganie Rurka. Za co pana polubili?

- Powiedziałbym nawet, że większość nagród to te z sympatii, ale po cienkiej linie narcyzmu albo fałszywej skromności się poruszamy. Jeśli mnie lubią - podkreślam: jeśli - to chyba dlatego, że ja ich lubię. I to się wyczuwa. Dlatego, że to nigdy nie była dla mnie tylko praca, zawsze był ktoś, kto siedzi po drugiej stronie. Ja nie mogę nie lubić tego kogoś, skoro on nie idzie do kina, nie bierze książki, nie idzie na mecz albo nie robi czegoś innego, tylko siada przed telewizorem i słucha rozmowy, albo "Faktów" i jeszcze wybiera spośród innych. Jest cała masa teorii o przekazach podprogowych, ale ja myślę, że to taka szczerość i autentyczność po prostu. Ja się autentycznie cieszyłem, że mogę być z tymi ludźmi przez pół godziny i te uśmiechy, jak się żegnałem nigdy nie były wymuszone, to myślę, że gdzieś to czuli chyba i tyle.

Mógłby pan żyć bez telewizji?

- Tak. To już wiem. Wracam do niej, oczywiście, bo jest ciągle bardzo fajnym i ciekawmy w związku z taką, a nie inną formułą, miejscem pracy. Ale wiem po półtora roku, że mógłbym. Pierwszą propozycję, która przyszła z pewnego miejsca medialnego - tak to nazwijmy, ale wiązałaby się właściwie z powrotem do tego samego, co robiłem - odrzuciłem, i to z pełną świadomością, że wejście drugi raz w te same buty nie ma sensu.

Stąd Silesion?

- Tak.

Zna się pan na internecie?

- Kompletnie nie. Mam fantastycznych tłumaczy, średnia wieku 25 lat, jak mówi moja zastępczyni, oni "rozpykują te internety". Ja myślę, że wiem, co ludzi ciekawi, a oni wiedzą, jak to zrobić.

Anna Piątkowska

Tu przeczytasz więcej o książce Kamila Durczoka "Przerwa w emisji".

Dowiedz się więcej na temat: Kamil Durczok

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje