Przejdź na stronę główną Interia.pl

Serca bicie

Biegnący z emocjami

Czy to we flircie, czy w miłości najważniejsze są emocje. W tej dziedzinie specjalistami są aktorzy, to ich narzędzie pracy. Sambora Czarnotę udało mi się oderwać na chwilę od prób w Teatrze Dramatycznym - Scena Na Woli, gdzie przygotowywał się do roli w "Martwej naturze w rowie" w reżyserii Małgorzaty Bogajewskiej. - Zwykle głęboko wchodzę w postać. Bywa, że przeżywam fascynacje partnerkami na scenie i tylko cienka granica dzieli sztukę od prywatności - wyznaje.

Reklama

Co działa na niego jak magnes w kinie? Nieprzewidywalność, dziecięca natura Meg Ryan i kocie spojrzenie Michelle Pfeiffer. Aktor często wciela się w mrocznych, skomplikowanych wewnętrznie bohaterów. Niedawno wrócił z festiwalu filmowego w Moskwie, gdzie pokazywany był film braci Skolimowskich "Ixjana" z jego udziałem. Zagrał w nim pisarza rywalizującego z przyjacielem o względy pięknej kobiety.

- Dążę do tego, żeby wzbudzić silne emocje i w sztuce, i w miłości, bo najgorsza jest obojętność. Dziś boimy się uczuć. Sam też miewam z tym problemy. A tymczasem warto je poznać, nawet się zatracić. Zawsze fascynowało mnie przekraczanie własnych granic - dodaje. Jego zdaniem na relację z kobietą składa się mnóstwo rzeczy: poczucie humoru, lojalność, odpowiedzialność.

- Wcześniej zdarzało mi się za szybko pokazywać, że mi na kimś zależy. To było niedobre. Kiedy odsłonimy przed kobietą wszystkie karty, tracimy tajemnicę - przestrzega. - Z drugiej strony, nie warto niczego udawać. Dawniej, gdy mi się ktoś podobał, próbowałem zaprezentować się jako bardziej atrakcyjny i przestawałem być sobą. Dziś wiem, że wszelkie pozy prędzej czy później zostają zdemaskowane. Dlatego nie intrygują mnie osoby uchodzące za ideał. W kobietach najbardziej cenię naturalność. Nawet jakaś niedoskonałość czy wada potrafią mnie zachwycić.

Miłość w stylu oldskul

- Podrywanie jako sposób na zawieranie znajomości to coś zupełnie innego niż szukanie kogoś, z kim można stworzyć stały związek. Zupełnie inny arsenał narzędzi, inny obiekt - przekonuje Przemysław Bociąga.

Anna Smołowik jako osoba otwarta i ciepła przyciąga do siebie ludzi, ale umie też stawiać granice. - Bo dziś trudno jest kochać na serio - twierdzi. - Jesteśmy zagonieni, zapracowani, w tej gonitwie odcinamy sferę uczuciową. Nie potrafimy się w tym wszystkim zatrzymać, odnaleźć. Miłość jest staroświecka, oldskulowa.

Kiedy Ania śpiewa o tym w jednym z ostatnich kabaretowych programów pt. "Don Juan w Warszawie" (autorstwa Michała Walczaka i Macieja Łubieńskiego, fragment na stronie obok), kobiety na widowni szaleją.

- Tęsknota za oldskulowym mężczyzną, za uczuciem w dawnym stylu, czasem się ucieleśnia - opowiada aktorka. - Niedawno siedziałam ze znajomymi w kawiarni. Podszedł starszy pan i poprosił, by w jego imieniu wysłać SMS. Powiedział, że podyktuje. Wyjął małą karteczkę i przeczytał: "Dojechałem na miejsce. Kropka. Ciągle myślę o Tobie. Tęsknię. Nie gniewaj się ukochana. Kocham cię. Władek". Czyli można - przekonują warszawscy hipsterzy. 

Mężczyzną w stylu oldskul, choć nie hipsterem, okazał się też Sambor Czarnota. Przed sześcioma laty związał się z aktorką Martą Dąbrowską. Spotkali się na przyjęciu u znajomych. Zwrócił uwagę na jej subtelność i młodość. Ona była wtedy na czwartym roku studiów, on od ośmiu lat występował już na scenie.

- Jestem człowiekiem na pozór otwartym - mówi. - Ale tak naprawdę chronię swoją wrażliwość z lęku przed zranieniem i odrzuceniem. Teraz już nie musi tego robić, czuje się kochany. Sprawia mu radość zrobienie śniadania do łóżka swojej partnerce albo podarowanie jej kwiatów. - Miło jest tak zacząć poranek - rozmarza się. Lubi też gotować, a za najlepszy afrodyzjak uważa owoce morza.

- W związku dwojga aktorów oczywiście pojawia się element gry, ale ważne, żeby nie była wyrachowana, musi mieć lekkość i wdzięk - podkreśla Sambor Czarnota. - Lubię przyglądać się młodym ludziom, bo przypomina mi się wtedy, jaki sam kiedyś byłem. Może to infantylne, ale te motyle w brzuchu są prawdziwe. Pamiętam, jak przed laty czekałem na telefon, spotykaliśmy się z dziewczyną na podwórku i nie wiedziałem, co powiedzieć. Milczałem, wszystko wibrowało mi w środku, a potem nie mogłem zasnąć w nocy. Piękny jest taki stan zakochania. Z perspektywy czasu wiem, że w życiu nie ma niczego ważniejszego niż miłość. Pod tym względem jestem niepoprawnym romantykiem.

Fatalna z toksycznym

Zdaniem Ryszarda Kalisza bycie osobą publiczną nie ułatwia kontaktów z płcią piękną, bo zdarza się, że wizerunek wykreowany w mediach zasłania prawdziwego człowieka. Jaki jest więc naprawdę? - Domator, raczej uległy - odpowiada. - Niestety, nikt nie wynalazł szczepionki przeciw kobiecie fatalnej - dodaje.

- Żaden mężczyzna nie jest na to odporny, trzeba samemu być stabilnym mentalnie, świadomym siebie i odpowiedzialnym za związki, które się tworzy, także za rozstania. Nikt nie jest doskonały. To nie sukcesy nas tworzą, a porażki w życiu osobistym. Błędy, jakie popełniają mężczyźni i kobiety. Najgorszy jest brak szacunku.

- Trzeba wiedzieć, jak uniknąć pułapek - tłumaczy Katarzyna Grochola. Jest świeżo po przeczytaniu "Toksycznych mężczyzn" Lillian Glass.

- To powinna być lektura obowiązkowa dla wszystkich, bo i kobiety potrafią traktować mężczyzn instrumentalnie. Problemem jest też niedojrzałość. Natrafiłam kiedyś na wywiad z polską gwiazdą, która stwierdziła, że jak spotyka kogoś, na kim jej zależy, najpierw pokazuje się od jak najgorszej strony. A potem może być już tylko lepiej. Przecież to jest pragnienie dziecka! Ja nawrzeszczę, rozbiję wazon, napluję, a ty mnie kochaj. Mama ma się domyślić po naszym płaczu, czego nam potrzeba. W dorosłym życiu oczekujemy tego samego. Najlepiej nie mieć oczekiwań - stwierdza pisarka.

- Ale to nie jest jednoznaczne z brakiem marzeń. Przyznaje, że tak naprawdę dorosła poczuła się, gdy zaproponowano jej udział w "Tańcu z gwiazdami". Wtedy uważała, że jak jest osobą znaną, to pewnych rzeczy nie wypada jej robić. I nagle pomyślała sobie: "A dlaczego nie? Dlaczego to inni mają kierować moim życiem?". Udział w show i spotkanie z Janem Klimentem wiele zmieniło. Przyjaźni się z nim do dziś.

- Nigdy nie usłyszałam od nikogo, tym bardziej od mężczyzny, tylu prawdziwych rzeczy na swój temat - opowiada. - Na samym początku, po półtoragodzinnym treningu, bardzo męczącym, Janek stanął przede mną i powiedział: "Nie mogę. Jestem nauczycielem tańca od dwudziestu lat, moja najstarsza uczennica ma 98 lat, a najgrubsza 150 kilogramów, jestem tu dla ciebie, ale ty nie chcesz się niczego nauczyć, nie chcesz brać, czerpać. Wolisz prowadzić, choć wcale nie stoisz na własnych nogach".

A potem wygłosił dziesięciominutową mowę: co widzi we mnie, kiedy z nim ćwiczę, co mówi moje ciało, kiedy się boję, dlaczego nie potrafię zaufać, czego pragnę. On to mówił z bezsilności i rozpaczy, ale ja usłyszałam o sobie najważniejsze rzeczy, których istnienia nie podejrzewałam. Ta rozmowa dała mi więcej niż jakakolwiek terapia, książka, czy związek - wyznaje Katarzyna.

A ja słuchając tej opowieści, myślę, że najpiękniejsze w relacjach damsko-męskich jest to, co nas zaskakuje i wytrąca z życiowych schematów. Siedzimy w ogrodzie wśród rozkwitłych kwiatów i drzew, obserwujemy ptasie zaloty. Okazuje się, że Grochola dobrze zna zwyczaje kosów. - Najpierw kokoszą się w krzaczkach, potem biorą kąpiel w sadzawce - tłumaczy. Mnie nie daje spokoju, dlaczego robią to w trójkątach. - A tego nie wiem - zamyśla się pisarka.

Magda Rozmarynowska

PANI 8/2013

Dowiedz się więcej na temat: romans | flirt | Ryszard Kalisz | Sambor Czarnota | Katarzyna Grochola | podrywanie

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje