Reklama

Reklama

Moją karierę zawdzięczam mężowi!

Zbudowali swój związek na zaufaniu – nie tylko żony do męża, ale także zawodniczki do trenera. Ten model sprawdza się świetnie już od 44 lat!

Reklama

Jest legendą polskiego sportu. Dotychczas nie było lepszej i bardziej utytułowanej lekkoatletki niż ona: zdobyła 7 medali olimpijskich, 12 razy biła rekordy świata. Trudno zapamiętać wszystkie jej osiągnięcia.

- Za moimi sukcesami stali najbliżsi - mówi Irena Szewińska (65). - Cieszę się, że nigdy nie musiałam wybierać między karierą a rodziną. Zawsze mogłam liczyć na męża, który był również moim trenerem! Niewielu mieliśmy sportowców, których zazdroszczono nam za granicą. Jedna z ikon światowego sportu do tej pory niechętnie zdradzała szczegóły swojego prywatnego życia. Zresztą najczęściej pytano ją o wrażenia z bieżni, gdzie przecież przez lata królowała. Dlatego nie wszyscy zdawali sobie sprawę, że ona sama za swój największy sukces uważała zawsze małżeństwo z Januszem Szewińskim (70), które trwa już ponad 44 lata!

Przyszłego męża zobaczyła na stadionie Polonii Warszawa, gdzie trenowali lekkoatleci. Wiosną 1962 roku ona była początkującą biegaczką, a on już uznanym zawodnikiem, ścigającym się na 400 metrów przez płotki. Ona dyskretnie i nieśmiało spoglądała na niego, ale on nie zwracał uwagi na tę wysoką, szczupłą dziewczynę, z czarnymi, krótkimi włosami.

- Byłam dla niego smarkulą - żartowała po latach pani Irena. Ale na igrzyska olimpijskie w Tokio w 1964 roku pojechała ona, pan Janusz zaś siedział przed telewizorem. Wtedy jeszcze występowała jako Irena Kirszenstein. Z igrzysk wróciła z medalami: złotym, srebrnym i brązowym. Po powrocie na lotnisku zobaczyła Janusza Szewińskiego, który po zakończeniu sportowej kariery był fotoreporterem w Przeglądzie Sportowym. Tym razem to on nie odstępował jej na krok i zrobił setkę zdjęć.

- Miałam cichą satysfakcję, że w końcu ten przystojny blondyn zwrócił na mnie uwagę - przyznaje pani Irena. Była to też wymarzona sytuacja do rewanżu. Teraz to bowiem ona go nie zauważała, mimo że on stawał wprost na głowie, żeby ją zaprosić na randkę. Trochę utarła mu nosa, bo umówiła się z nim na kawę dopiero po... pół roku jego zabiegów.

Była wschodzącą gwiazdą polskiego sportu i ciągle była adorowana przez kibiców. On to widział i skręcał się ze złości i zazdrości. W końcu uległa mężczyźnie, który był przecież jej pierwszym miłosnym zauroczeniem. Ślub wzięli w 1967 roku.

Połączyła ich pasja do sportu. Na igrzyskach olimpijskich w Meksyku w 1968 roku zawodniczka startowała już jako Irena Szewińska. Nie był to jednak udany start dla młodej mężatki. W sztafecie 4x100 metrów zgubiła pałeczkę i posypały się na nią gromy. Przy okazji wytknięto jej również żydowskie pochodzenie. To przykre doświadczenie spowodowało, że doszła do przekonania, iż bieganie i skakanie nie może być jedynym sposobem na życie...

- Uważałam, że jeśli w życiu ograniczę się do pogoni za medalami, to porażka na stadionie równać się będzie osobistej klęsce - opowiadała po latach. Dlatego zaczęła studiować ekonomię. W 1970 roku urodziła syna Andrzeja.

Po urlopie macierzyńskim szybko wróciła do treningów. Zaczęła ćwiczyć pod okiem męża, który wrócił do wyuczonego zawodu nauczyciela wychowania fizycznego. Janusz Szewiński pomagał w opiece nad dzieckiem i ustalał rytm treningów. - Trudnym momentem były dla mnie wyjazdy - wspomina była zawodniczka. - Gdy jednak mąż został moim trenerem, a syn podrósł, czasami na zawody jeździliśmy razem - mówi. Powrót do formy nie był łatwy. Biegaczka była jednak tak ambitna, że zwiększała treningowe obciążenia.

Od 1974 roku znów była najszybszą lekkoatletką świata. Karierę zakończyła w 1980 roku i wtedy zdecydowała się na urodzenie drugiego dziecka. Początkowo dla syna Jarosława miała dużo czasu. Źle się jednak czuła w czterech ścianach. Gdzieś musiała spożytkować swoją energię. - Po zakończeniu kariery nie miałam pojęcia, że pozostanę w sporcie. Właściwie to nawet nie wiedziałam, co chciałabym robić - mówi pani Irena. Czas udowodnił, że świetnie sprawdza się w roli sportowego działacza. 

Niedawno skończyła 65 lat. Teraz ona pomaga mężowi w interesach, bo w końcu przydaje się jej ekonomiczne wykształcenie. Od lat mieszkają w Łomiankach pod Warszawą. Wspólnie zaczynają i kończą każdy dzień od wypicia zielonej herbaty. Bardzo lubią razem tańczyć. - Nie tęsknię za bieganiem - zdradza pani Irena. - Biegam sobie tylko dla przyjemności po lesie z moimi trzema pieskami. I to mi wystarczy. Kiedyś bardzo lubiłam fizyczną aktywność. Ale ten etap w moim życiu już się zakończył.

W ślady mamy poszedł Andrzej Szewiński. Przez wiele lat był znakomitym siatkarzem, grał w reprezentacji Polski. Dziś jest senatorem. Jej drugi syn, Jarosław, skończył Politechnikę Warszawską i jest znakomitym informatykiem. Obecnie pracuje w Instytucie Jądrowym w Świerku. Pani Irenie na początku trudno było się pogodzić z myślą, że będzie miała wnuki. Dzisiaj jest szczęśliwą babcią Ady (11) i Adama (5).

Nie może się też doczekać dalszego powiększenia rodziny, bo przecież Jarosław ciągle jest kawalerem. - Z perspektywy całej kariery mogę powiedzieć, że najważniejsze nie są medale, zwycięstwa czy bicie rekordów, a szczera miłość do drugiego człowieka - twierdzi Irena Szewińska.

JA

Rewia 1/2012

Dowiedz się więcej na temat: małżeństwa | miłość | sportsmenka

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje