Reklama

Reklama

Ja, mój mąż i jego przyjaciółka

Klara i fatalne zauroczenie

W dniu urodzin Marka przyszedł do niego mail: "ktoś wysłał ci e-kartkę". Kliknęliśmy na link. A tam dwuznaczne zdjęcie brunetki, z czarnym paskiem na oczach. Fryzura jak moja. Na dole wiadomość: "Wiesz, gdzie twoja żona dorabiała, jako studentka? Zapytaj ją o agencję towarzyską Magnolia. Chyba wiesz, o jaką agencję chodzi...". Marek poczerwieniał: "komuś podpadłaś", powiedział, udając, że go to śmieszy. Ale mnie nie było do śmiechu.

Reklama

Na drugi dzień kolejna wiadomość o podobnej treści. Mąż koleżanki był policjantem, obiecał, że to dla mnie sprawdzi. Po miesiącu okazało się, że te dziwne e-maile zostały wysłane z serwera uniwersyteckiego. "Zakochana w nim studentka", pomyślałam i dałam sobie z tym spokój.

Niedługo potem poznałam Dorotę, dawną przyjaciółkę męża ze studiów, z którą teraz pracował naukowo. Gdy zobaczyła mnie po raz pierwszy, powiedziała: "Marzyłam, żeby cię poznać, Marek wciąż o tobie opowiada". Na koniec dodała: "Z chęcią wproszę się kiedyś do was na kawę, twój mąż stale opowiada, jak wspaniale urządziłaś mieszkanie". Pomyślałam: "miła dziewczyna, czemu nie?".

Wiedziałam o niej tyle: rozwódka, samotna matka pięcioletniej dziewczynki. Wcześniej pracowała na innym uniwersytecie, ale dostała propozycję z wydziału, na którym pracował mój mąż, i przeniosła się z innego miasta. Odnowili dawny kontakt, mąż cieszył się, że będzie pracował z kimś, kogo zna i lubi.

Gdy okazało się, że Dorota zamieszkała w naszej dzielnicy, ucieszyłam się. Mieliśmy czteroletnią córkę, "Ada będzie miała koleżankę", myślałam. Po miesiącu zrobiliśmy przyjęcie dla dziesięciu osób, zaprosiliśmy też Dorotę. Przyszła z córką, żeby nasze dzieci mogły się poznać. Akurat tego dnia pokłóciliśmy się z mężem o domowe wydatki, w trakcie imprezy prawie się do siebie nie odzywaliśmy. Nie umieliśmy do końca ukryć, że coś jest nie tak. Dorota nie odstępowała mnie na krok, pomagała podawać do stołu, pytała o hobby. Wreszcie zapytała, czy mam jakiś problem. Opowiedziałam jej o sprzeczce. Powiedziała z troską: - "Jesteś taka wspaniała, a jednak nie do końca szczęśliwa. Małżeństwo to trudny kompromis. Rozumiem cię, bo wiem coś o tym. - To nie tak, u nas wszystko jest w porządku - tłumaczyłam. - Tylko po kłótni nie zdążyliśmy ze sobą pogadać, więc jesteśmy trochę nadąsani. - Daj spokój, przecież widzę, że między wami się nie układa - przerwała mi Dorota. - Nie lubię, gdy ktoś obcy ocenia moje życie" - odpowiedziałam zdziwiona, że tak obcesowo oceniła moje małżeństwo.

Wtedy wyszła z kuchni. Później siedziałam przy stole ze znajomymi i liczyłam, jak długo rozmawia na balkonie z moim mężem. Wrócili po 43 minutach.

"Mówiłam Markowi, żeby bardziej się starał" - powiedziała mi na ucho, wysyłając protekcjonalny uśmiech. Poczułam ukłucie: "Co to znaczy? Znamy się od niedawna, jest u nas w domu pierwszy raz!". Nie podobało mi się, że wtrąca się w nasze życie, ale chwilę potem mąż podszedł do mnie i cmoknął mnie w policzek. Patrzyłam na moją córkę, rozbawiona biegała po domu z córką Doroty, bawiły się w Indian. "Nie spinaj się tak bez sensu", pomyślałam i odpuściłam.

Ale niebawem w naszym domu zaczęły się irracjonalne sceny zazdrości. Mój mąż nagle zaczął mnie pytać o sprawy, którymi nigdy wcześniej się nie interesował. "Z kim się dziś widziałaś, kto do ciebie dzwonił, gdzie byłaś". Czasem, gdy wracałam z pracy, dostrzegałam, że szperał w moich szafach, dokumentach, nawet książkach.

W końcu zapytałam: - "O co ci chodzi? Czego szukasz? Znowu dostajesz te dziwne maile?". Nie przyznał się, ale powiedział: "Chcę mieć pewność, że jesteś mi wierna". Potem zaczęły się głuche telefony. - "Kto dzwonił? - pytałam. - Pomyłka", mówił i zamykał się w pokoju albo wychodził z domu. Nie chciał potem ze mną rozmawiać. Kiedyś po takim telefonie wyjął z wazonu żonkile, które przyniósł mi godzinę wcześniej, i cisnął je do kosza.

Kilka dni później ja zaczęłam dostawać paczki: kolczyki, perfumy. Wszystkie od anonimowego nadawcy. Podejrzewałam, że ktoś próbuje mnie skompromitować w oczach męża. Poszłam na policję i zgłosiłam oficjalnie sprawę.

Nie mówiłam o tym nikomu, ale czułam się coraz gorzej. Dorota wpadała do nas co kilka dni. - "Słabo wyglądasz - powiedziała kiedyś. - Masz jakiś problem? Może mogę pomóc?". Nie przyznałam się. Ale kiedy zaproponowała, że może przyprowadzać naszą córkę z przedszkola albo zabierać ją na spacer, zgodziłam się - sama nie miałam głowy do zabaw z małą.

"Ma nienormowany czas pracy, poza tym dziewczynki się lubią, niech bawią się razem", pomyślałam. Za każdym razem, gdy się widziałyśmy, pytała: "Jak z Markiem?". Wtedy nie zwracałam na to uwagi. W weekendy, gdy pracowałam nad tłumaczeniami, wyciągała nas na spacer. Mówiłam, że jestem zajęta, mam terminy. Szedł więc z nią Marek i Ada.

Raz, gdy Dorota wychodziła od nas, moja córka krzyknęła za nią: "Wynocha!". Nakrzyczałam na nią, a ona powiedziała: "Nie lubię jej, na spacerach przytula się do taty!". Tego samego wieczoru, gdy mąż wrócił z pracy, chciałam z nim porozmawiać. Ale zaczął pierwszy. Powiedział: "Już mam dowody", i pokazał mi zdjęcia: ja podczas wyjazdu służbowego do Sztokholmu siedzę w pubie z kolegą z firmy, a on ściska moje ramię. "To był przyjacielski gest! Nawet nie pamiętam w jakiej sytuacji!".

On zaczął płakać, że ma już tego dosyć. Ktoś doniósł mu też o sprawie, o której nigdy mu nie opowiedziałam. Wiele lat temu rodzice ucznia oskarżyli mnie, że mam romans z szesnastolatkiem. Pozew odrzucono, dzieciak przyznał, że się we mnie podkochiwał, a o romansie zmyślał. Mimo to Wojtek powiedział: "Skoro to niewinna historia, czemu nigdy o niej nie mówiłaś! Jak mogę ci teraz ufać?".

Nie miałam argumentów, wyprowadziłam się z dzieckiem z domu, nie zatrzymywał mnie. Wkrótce dostałam informację z policji, że już wiadomo, kto nękał naszą rodzinę. Gdy się dowiedziałam, że to Dorota, nie mogłam uwierzyć. Złożyłam pozew o rozwód.

Mąż mnie przepraszał: "Byłem manipulowany, nigdy cię z nią nie zdradziłem". Wierzę mu, ale uznałam, że tak naprawdę był słaby. Imponowało mu zainteresowanie kobiety innej niż ja i nie miał do mnie zaufania. A ja? Byłam zbyt zapracowana, żeby to wszystko w porę zauważyć.

Ta sytuacja była ważną informacją o moim związku. Postanowiłam, że nie wrócę do niego. Teraz wiem, że chyba zmienię też adres. Dwa razy widziałam Dorotę w samochodzie, jak wolno jechała pod moim blokiem i patrzyła w moje okna. Poczułam lęk - czego ta kobieta jeszcze ode mnie chce?! Przypomniało mi się "Fatalne zauroczenie". W kinie był happy end, w życiu bywa różnie.

Natalia Kuc

Twój STYL nr 06/2010

Dowiedz się więcej na temat: związki

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje