Reklama

Reklama

Ja, mój mąż i jego przyjaciółka

Basia i ktoś bliski

Polę, kuratorkę w muzeum i przyjaciółkę mojego męża, poznałam, gdy była w dziewiątym miesiącu ciąży. Ona i jej mąż zaprosili nas do siebie na kolację. Otworzyła nam w czarnej szerokiej tunice, która eksponowała szczupłe, opalone nogi i monstrualny wówczas biust.

Reklama

Przez godzinę nie odezwała się do mnie słowem, swojemu mężowi wydawała komendy: "przynieś carmenere", "zmień talerze", "otwórz okno", "zamknij balkon". Gadała tylko z Wojtkiem, moim narzeczonym, architektem. "Marnujesz się w Warszawie! Mogę załatwić ci kontrakt w Londynie, wiesz, że to realne", "Pamiętasz tę dziewczynę, której zaprojektowałeś kawalerkę? Do dziś o ciebie pyta, tak ją zauroczyłeś". "Robiłeś genialne zdjęcia i co się z tym stało?". Wojtek starał się wybrnąć: "Teraz mam Basię. - Och, to wspaniale", skwitowała.

Wracaliśmy do domu samochodem. On milczał. "O czym myślisz? - zapytałam. - Wiesz, kiedyś rzeczywiście miałem plany. Zdjęcia, projekty, Berlin, Bruksela... - Ale teraz będziesz miał rodzinę, to kolejny etap - mówiłam. - Tak", westchnął i zamilkł na resztę wieczoru.

Głupsza, mniej atrakcyjna, mniej inteligentna. Tak się przy niej czułam i taką siebie widziałam. Nie znałam się aż tak na sztuce, nie miałam aż tak niebieskich oczu.

Kiedyś, gdy weszłam do domu, zastałam w kuchni ją i mojego męża, głośno się śmiali. W przedpokoju zobaczyłam sięgającą mi do ramion wapienną figurę skośnookiego mężczyzny. "Co to?!", spytałam. Zapadła cisza. Spojrzeli na siebie wymownie. Wojtek podszedł do mnie, cmoknął w czoło i protekcjonalnie powiedział. "To Konfucjusz, kochanie. Pola kupiła nam to cudo w prezencie ślubnym".

Gdy wyszła, kazałam wynieść mu tę rzeźbę na balkon. - "Kosztowała prawie dwa tysiące - tłumaczył. - To sprzedamy ją na Allegro - mowiłam. - Żenująca ignorancja", wycedził przez zęby.

Zawsze ją przy mnie komplementował, poświęcał jej uwagę, więc przed naszym ślubem poprosiłam: "Obiecaj, że będziesz zajmował się tylko mną". On: "Kochanie, to oczywiste". Byłam zazdrosna, ale koleżanki mówiły: "Zwariowałaś? Ona jest od ciebie kilkanaście lat starsza, ma męża i dziecko".

Ale ja widziałam, jak patrzy na mojego męża i jak jemu zdarza się patrzeć na nią. Któregoś wieczoru szliśmy na kolację, Wojtek ściszył telefon. Rano zobaczył kilkadziesiąt nieodebranych połączeń. Od niej. I sms-y: "Coś się stało? Martwię się. Zadzwoń koniecznie".

Zadzwonił. Płakała, że jest nieszczęśliwa, że mąż w kłótni pchnął ją na ścianę. Wojtek powiedział: "Zaraz u ciebie będę". Nie mogłam milczeć, zaczęłam krzyczeć: "O co chodzi, coś was łączy?". Mówił w pośpiechu, że mnie kocha, że liczę się tylko ja, ale ona też jest ważna jak przyjaciel, wspomnienie młodości, że jest między nimi więź, nie pozwoli, by działa jej się krzywda.

Powiedziałam: "Jadę z tobą". Otworzyła nam ze spuchniętą od płaczu twarzą. Siedzieliśmy we trójkę w jej salonie pełnym secesyjnych bibelotów. "To nic, zwykła kłótnia małżeńska", mówiła zaskoczona, że jestem. A ja siedziałam przy mężu i ściskałam jego rękę.

- "A co, gdyby się rozwiodła? - zapytałam go w drodze do domu. - Kocham i wybrałem ciebie. Dziewięć lat temu próbowaliśmy z Polą być razem. Ale potrafiliśmy się tylko ranić". Pomyślałam: "Dobrze, zobaczymy, co będzie".

Kiedyś odwiedzili nas z mężem, wtedy zapytałam ją na osobności, co czuje do mojego męża, jakie ma zamiary. Powiedziała: "Chcę, żeby był szczęśliwy. Ty dajesz mu szczęście, więc nie musisz się o nic obawiać. Nie rozbiję twojego związku, bo wolność Wojtka byłaby dla mnie kłopotliwa, mam swoją rodzinę, zobowiązania. Będę pilnować, żeby był dla ciebie dobry". "Melodramat", myślałam. I czułam, że mąż mną się zachwyca, ale prawdziwe życie woli przeżywać z nią.

Niedawno powiedziałam mu, że mam dosyć jego zdrad. Zdenerwował się, krzyczał: "Co ci przyszło do głowy!". Wyjaśniłam: - "Zdradzasz mnie psychicznie, intelektualnie, emocjonalnie. Ona kradnie nam czas, twoją uwagę. - Przykro mi, że tak uważasz, postaram się to ograniczyć".

Ostatnio na rehabilitację przyjechał do Warszawy jego chory ojciec. Akurat wyjeżdżaliśmy na dwutygodniowy urlop. Mąż chciał opłacić mu pobyt w hotelu, ale poradziłam mu: "Tata potrzebuje domowego ciepła, poprośmy Polę, żeby na ten czas przyjęła go u siebie". Powiedział: "No pewnie, mamy Polę!", i zaraz do niej zadzwonił. Była jego najlepszą przyjaciółką, nie miała wyjścia...

Koleżanki mi mówią: "Pogoń ją raz na zawsze!". Ale nie chcę stawiać go pod ścianą, choć wiem, że wybrałby mnie. Uczę się wykorzystywać tę sytuację z korzyścią dla siebie. Nie słucham o jego problemach w pracy, nie podnoszę z psychicznych dołków. Może gdyby nie Pola, on pokazałby mi siebie takiego, jakiego pokazuje jej: zagubionego, niestabilnego, a ja takimi mężczyznami gardzę.

Tłumaczę sobie, że mąż we mnie i w niej znalazł kobietę idealną, że ona daje mu to, czego ja nie mam albo nie potrafię. Dzięki takiemu układowi w naszym związku nie ma nierealnych oczekiwań, pretensji. Pocieszam się, że nie poznaliśmy jeszcze swojej gorszej strony. Ale prawda jest taka, że przez to nie mamy szansy być naprawdę blisko.

Dowiedz się więcej na temat: związki

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje