Przejdź na stronę główną Interia.pl

Czuwa nad nami Joanna d'Arc

Dzisiaj, kiedy powoli zbliża się 15. rocznica ich ślubu, widać wyraźnie, że ich małżeństwo musiało zostać zapisane w gwiazdach.

Podobno swoje imię Joanna Orleańska (38), wtedy jeszcze nosząca nazwisko Pierzak, otrzymała na cześć Joanny d’Arc, francuskiej bohaterki narodowej, zwanej Dziewicą Orleańską. Był to pomysł jej taty, archeologa, który później z dumą patrzył, jak córka nie tylko bawi się lalkami, ale i wymachuje... drewnianym mieczem.

Reklama

Potem były szkoły w jej rodzinnym Bytomiu i wyjazd na studia aktorskie do Wrocławia, gdzie spotkała wysokiego, przystojnego Pawła (38). Wkrótce miało ich połączyć o wiele więcej niż to samo miejsce urodzenia, wiek czy zawód. Paradoks polegał na tym, że ów chłopak nosił nazwisko... Orleański!

Ponoć nie od razu jej się spodobał, mimo że robił wszystko, by tak się stało. - Poznaliśmy się, będąc jeszcze dużymi dzieciakami. Mieliśmy po 19 lat - wspominała aktorka w jednym z wywiadów. - A kiedy już zaczęliśmy ze sobą chodzić, ukrywaliśmy to. Nikt nie zdawał sobie sprawy z tego, co naprawdę nas łączy. Do tego stopnia, że nasze koleżanki z roku chciały nas... wyswatać!

Chociaż mieszkali ze sobą przez całe studia, ślub planowali wziąć dopiero po dyplomie. Urzędowy papierek nie był im do niczego potrzebny. - Wiele nas różniło - przyznała po latach pani Joanna. - Mieliśmy inne spojrzenie na życie. Ja byłam osobą ruchliwą, dążącą do zmian i łaknącą nowych wyzwań. Paweł natomiast cenił stabilizację, lubił planować przyszłość.

I to właśnie on któregoś wieczoru postawił wszystko na jedną kartę. - Było dokładnie tak, jak sobie wymarzyłam. Dostałam pierścionek zaręczynowy, kwiaty i oświadczenie o wielkiej, dozgonnej miłości - wylicza ze wzruszeniem aktorka. Wesele odbyło się w czerwcu 1999 roku w Rybnie na Śląsku, w staropolskim dworku, a w 2-tygodniową podróż poślubną państwo młodzi wybrali się na Malediwy.

- Decyzję o wyjeździe podjęliśmy w noc poślubną - śmiała się aktorka po latach w jednej z rozmów, ujawniając jednocześnie szczegóły planu, który ułożyła ze świeżo poślubionym mężem: - Rodzina, zamiast dać nam tradycyjne prezenty, zrobiła zrzutkę, żebyśmy mogli spłacić kredyt na samochód. A my przeliczyliśmy zebrane pieniądze i zamiast do banku, zanieśliśmy je do biura podróży. To była niezapomniana wyprawa!

Potem jednak nadeszła proza życia. Na szczęście oboje mogli realizować się w zawodzie, tak na deskach teatralnych, jak i przed kamerami. I mimo że znali się od lat, wiedzieli dobrze, że o miłość trzeba dbać każdego dnia. Jedną z ważniejszych prób okazała się decyzja o porzuceniu ukochanego Wrocławia i przeniesieniu się do Warszawy.

- Długo nie chcieliśmy tej przeprowadzki, jednak najwięcej pracy w naszym zawodzie jest w stolicy. Mnóstwo czasu spędzałam w pociągach. Byłam wykończona, dłużej tak nie mogłam żyć. Paweł tylko dla mnie zgodził się na tę przeprowadzkę - tłumaczyła aktorka. W 2006 roku zostali rodzicami małej Tosi. - Córka podarowała mi nowe życie - wyznaje aktorka. - Poczułam, że wreszcie tworzymy prawdziwą, silną rodzinę. Dla mnie jako kobiety była to wielka wewnętrzna przemiana. Stałam się silniejsza.

Wkrótce pani Joanna zaczęła dostawać coraz więcej ciekawych propozycji ról. Dzisiaj możemy ją oglądać jednocześnie aż w trzech serialach: Szpilkach na Giewoncie, Licencji na wychowanie, a także Galerii. Oprócz tego zakończyła zdjęcia do kolejnego filmu fabularnego Ostatnie piętro. Czy będzie to rola tak samo poruszająca, jak wcześniejsze w Senności, Huśtawce czy Zwerbowanej miłości? Zobaczymy.

Z kolei Paweł Orleański, którego na co dzień możemy oglądać między innymi w popularno-naukowym programie Galileo, ma również własną firmę producencką. Rzadko zdarza się, aby aktorka, tym bardziej z dorobkiem, zdecydowała się na przyjęcie nazwiska męża. Ale pani Joanna zrobiła to dokładnie w dziesiątą rocznicę ślubu, którą uczcili weekendem w Rzymie.

Cała trójka tworzy zgraną paczkę. - Córka, spragniona mojej obecności, często wypytuje, czy naprawdę już muszę jechać do Wrocławia (na plan Licencji na wychowanie - przyp. red.) do sztucznego męża, co wywołuje konsternację wśród postronnych osób - mówi aktorka: - Tosia czasem próbuje nas nabrać. Na przykład udaje, że jest chora, bo nie chce iść do przedszkola.

Cała rodzina lubi podróżować, szczególnie do ciepłych krajów. - Dla nas to jedno z najważniejszych wydarzeń, na które oszczędzamy i czekamy z niecierpliwością po kilka miesięcy. To czas przygód i beztroski - ocenia aktorka.

- Mnie zawsze nosi w nowym miejscu i chcę wszystko zwiedzić, zajrzeć w każdy kąt. Z kolei Paweł pragnie wygrzać się na plaży, popływać, zrelaksować się z książką... Paweł Orleański rzadko opowiada o sobie. W tym związku to raczej pani Joanna pełni rolę "rzecznika prasowego".

- Jest klasycznym facetem - mówi o mężu. - Jak ma jakieś złe momenty, to tłumi wszystko w sobie. Nazywam to chowaniem się do jaskini. Ja jestem otwarta, z emocjami na wierzchu. Przed laty w dobrej wierze starałam się go stamtąd szybko wyciągać. Wtedy niestety zawsze dochodziło do kłótni. Dzisiaj już wiem, że należy poczekać, odpuścić, dać mu czas na poukładanie sobie wszystkiego w głowie.

Mimo że są zapracowani i podoba im się takie życie, marzą co najmniej o dwójce dzieci. - A przy tym jesteśmy bardzo związani z naszymi rodzinami - mówi aktorka. - Co kilka lat urządzamy rodzinne zjazdy w pałacyku, gdzie braliśmy ślub. Tam zrobiliśmy chrzciny Tosi, obchodziliśmy jej drugie urodziny, a teraz powoli szykujemy się do piętnastej rocznicy ślubu. Jest wesoło i rodzinnie. Tak jak lubimy. I chcemy, by zawsze było nam ze sobą tak dobrze, jak teraz.

PG

Dowiedz się więcej na temat: Joanna Orleańska | Paweł Orleański | małżeństwa

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje