Przejdź na stronę główną Interia.pl

Zakaz kochania

Czy miłość może być niemoralna? Zła? Przecież to serce wybiera, nie rozum. Anka zakochała się w ojcu swojego męża. Matylda w księdzu, który otoczył ją opieką. Zuzanna w bliskim kuzynie. Znalazły w tych związkach coś, czego nie dali im inni mężczyźni. Tylko jak kochać z poczuciem winy? A może zakazany owoc smakuje najlepiej?

ANNA, wrocławianka, tłumaczka w wydawnictwie, 24 lata

Siedzieli w restauracji we czworo, Michał i Anna świętowali drugą rocznicę ślubu. Zaprosili jego ojca i jej matkę. Wiktor, teść Anny, skończył rozmowę przez telefon, wyłączył komórkę, był blady. - "Co się stało? - zapytał Michał. - Dzwonili z fundacji, wygląda na to, że mogę być dawcą szpiku dla kogoś z Belgii. - Zapadła cisza. - Cudownie - szepnęła Anna. - Przestań" - Michał rzucił sztućce na talerz. - Cztery lata wcześniej umarła Marlena, żona Wiktora. Miała ostrą białaczkę, nie znaleziono dawcy do przeszczepu - opowiada Anna.

Reklama

Po śmierci żony Wiktor zapisał się do banku dawców. Michał, jego syn, zrobił to samo. Ale kiedy dwa lata temu Wiktor, zawodowy żołnierz, wrócił z drugiej misji z Iraku osłabiony, Michał zabronił mu kontaktów z fundacją. "Twoje zdrowie jest najważniejsze", skwitował postawę ojca. - "Nie jesteś w formie, żeby to zrobić - powiedział wtedy podczas kolacji. - Przecież wiesz, że jeśli nie będę się nadawał, nie wezmą mnie. Pogadamy o tym jutro, teraz toast za was". Wiktor nalał wszystkim wina. Anna była wzruszona, jej mąż wściekły. Mówiła teściowi po imieniu. "Młodo wyglądam. To by było głupie, gdybyś nazywała mnie tatą", zażartował podczas wesela.

Fakt, nie wyglądał na 50 lat. Wysportowany, energiczny blondyn. "Pojedziemy w weekend w Jurę", zachęcał czasem Michała i Annę. Ona by chciała, ale mąż miał obowiązki. Nadzorował system informatyczny w sieci prywatnych przychodni, często musiał być w pracy w soboty. "Jak chcesz, jedź z ojcem", mówił czasem. Raz Anna pojechała. Choć nigdy wcześniej się nie wspinała, Wiktor zapiął jej uprząż i podsadził na wyłom nad wielkim głazem. - "Nie spadniesz, jestem za tobą. Odpoczniemy tam" - wskazał na grań. - "Świetnie ci poszło" - docenił, gdy się tam znaleźli. I Annie zrobiło się smutno. Przypomniała sobie swojego tatę alkoholika, od którego nigdy nie usłyszała pochwały. - Kiedy pierwszy raz zapragnęłam przytulić się do Wiktora, pomyślałam, że szukam w nim ojca - wspomina Anna. Ale to nie była prawda.

Jak przyjaciel

"Nie dam rady, przetłumaczysz?", Wiktor przyjechał do nich znienacka. Angielskie przepisy prawa spedycyjnego? Teść po powrocie z Iraku odszedł na wojskową emeryturę, założył firmę przewozową. Czasem prosił Annę o tłumaczenie dokumentów. Tym razem obiecał: w podziękowaniu stawia jej kolację. To znaczy - im. "Michała nie ma, pojechał na kilka dni do Warszawy", wyjaśniła. No to kiedy indziej albo pójdą we dwoje, pogadają o życiu, jak Anna woli. Gdy zgodziła się pomóc, powiedział: "Jesteś niezwykła". Zaśmiał się, założył ciemne okulary i już go nie było.

Szkoda, że Michał nie jest do niego podobny. "Nie fantazjuj", mówił, gdy Anna wymyślała swoje "dziwactwa", np. że teraz zaraz wsiądą do samochodu i wyskoczą do Berlina. Albo wejdą na dach i będą opalać się bez ubrań. "Daj spokój, mam sprawy, weź się do nowego projektu, skoro cię nosi". No tak. Trzeba twardo stąpać po ziemi, to Michał lubi. Kiedy Anna go poznała, doceniała poczucie stabilności, które proponował. Bezpieczeństwa w związku pragnęła najbardziej. Spokój nawet za cenę... nudy? Liczyła, że kiedyś jej zasadniczy mąż jednak się rozkręci. - Tego dnia, gdy Wiktor przywiózł dokumenty, prześladował mnie pech. Dostałam mandat, skasowałam ważny plik. Kiedy wieczorem on wpadł po papiery i powtórzył zaproszenie na kolację, pomyślałam: czemu nie? Pojechaliśmy do knajpki nad Odrę - opowiada Anna.

- "Zrobili badania, nie ma stuprocentowej zgodności genowej, szkoda, że nie mogę oddać szpiku - powiedział Wiktor i zamówił wino. - Zrobiłbyś to wbrew woli Michała? - zapytała. - Jeśli to miałoby uratować komuś życie, nikt by mnie powstrzymał". Imponował jej takim podejściem. W knajpce zapalono lampiony, Wiktor zapytał, czy Anna chce jego sweter. "Jak twoje sprawy w wydawnictwie? Tamta babka, która cię denerwowała, jeszcze pracuje?" Pamiętał? Nie, już nie pracuje. Tak, Anna zje coś małego. "Masz piękną figurę, nie kombinuj z odchudzaniem" - powiedział on. Przed północą zadzwonił Michał: z kim Anna jest, co robi? Przyłożyła palec do ust i odpowiedziała, że z koleżanką nad rzeką i że zaraz wraca do domu. Wiktor uśmiechnął się i żartem jej pogroził. Wyłączyła komórkę, zamknęła oczy. On poprawił sweter na jej ramionach.

Uciekaj, dziewczyno

"Biegłem przed siebie przez pustynię w upale piętnaście, osiemnaście kilometrów. Dawało się zapomnieć - Wiktor opowiadał Annie o bólu po odejściu żony. - Nie wybiegałem żalu, ale wysiłek fizyczny odciągał od myślenia o niej". Jak jest dziś? Anna patrzyła w jego spokojną twarz. Lepiej, Wiktor już może spać, normalnie funkcjonować, żartować. Musi żyć. Poza tym chce, przecież przed nim nowy rozdział - czeka na wnuki. Jedli razem śniadanie na tarasie jego domu na przedmieściu. Anna przyjechała rzucić okiem na ogród, teść ją poprosił. Ona zna się na różach i piwoniach.

- "Nawet myślałam, żeby zająć się projektowaniem zieleni, wiesz? - Czemu tego nie zrobisz? - zapytał. - Michał myśli, że to zbyt duże ryzyko. - A ty co uważasz? Jesteś odważna, na pewno byś sobie poradziła". Odważna? Chyba tak. Chociaż nikt w ten sposób o Annie nie mówił. Wiktor jest miły. I bardzo męski. - Nawet nie wiem kiedy zaczęłam obserwować i zauważać szczegóły: jak on kładzie ręce na kierownicy, wita się z innym mężczyzną, poprawia bransoletę zegarka. Nie powinnam była tak patrzeć na Wiktora - opowiada. Skąd ta fascynacja? Trudno wyjaśnić. Może po prostu istnieją na świecie mężczyźni na tyle wyjątkowi, że zachwycanie się nimi jest usprawiedliwione mimo wszystko. Mądrzy, potrafiący kochać, rozumiejący kobiety. - W związku z Michałem brakowało mi uważności, którą miał Wiktor.

Michał pamiętał, że boję się latać samolotem, ale gubiły mu się takie szczegóły jak mój rozmiar buta czy grupa krwi. Niby drobiazgi, ale ważne. A teść zapamiętał, że chciałabym mieć... teleskop - uśmiecha się Anna. W urodziny Wiktor wręczył jej podłużny pakunek. Nie wierzyła własnym oczom! Przytuliła się do niego, może wytrwała w tym uścisku trochę za długo. Wyczuł to? Sam nigdy nie zrobił jednego gestu. Po prostu był miły, szarmancki, pogodny, wrażliwy, silny... Tamtego przedpołudnia, gdy zastanawiała się, gdzie posadzić krzewy róż, do bramki zadzwonił kurier. Wiktor był w kuchni, Anna powiedziała, że może odebrać przesyłkę. "Proszę przekazać mężowi, że ma dwa tygodnie na zwrot". Nie sprostowała, podpisała kwit. Mają w końcu to samo nazwisko. Była podniecona, ale też przestraszona. Ta gra podobała jej się coraz bardziej. Zrozumiała, że musi uciekać.

Przecież noszę obrączkę

"Nie uważasz, że on jest przystojny? Zresztą nie tylko, jest w nim coś takiego...", matka zawiesiła głos. Anna spojrzała na nią zaniepokojona. Dlaczego tak mówi? Może coś wyczuła, widziała? - Byłam przerażona. A jeśli mama coś podejrzewa? Skoro ona, to może Michał też? To był zimny prysznic - opowiada Anna. Czy zimny prysznic zmywa zakazaną miłość? - Nie wiem, czy to była miłość - mówi dziś. - W sumie kochałam już Wiktora w szczególny sposób, w jaki kocha się teścia, oczywiście jeżeli relacje są zdrowe. Pomieszanie tego uczucia z innym, jakim kobieta obdarza mężczyznę, było tak dziwne, nienaturalne, że zaczęłam się gubić - wyznaje.

Co naprawdę było między nią a teściem? Nie wie. Pamięta, kiedy Wiktor wpadł przed sylwestrem. Michał dobierał krawat do koszuli, ojciec wskazał mu najlepszy. "A ty nigdzie nie idziesz?", zapytał go syn. Wiktor spochmurniał, zaczął coś kręcić. "Powiedz mi, właściwie dlaczego wciąż jesteś sam?", zapytała Anna, kiedy zostali we dwoje. Milczał długo. "Nie wiem, czy jest na świecie kobieta, z którą chciałbym być. Niewiele jest takich jak Marlena. Takich jak..." - przerwał. Anna wiedziała, że w powietrzu wisiało słowo "ty", ale tego nie powiedział.

Michał poprosił o herbatę, porwał ojca do komputera. Anna wyjęła z szafy sukienkę, szpilki, okręciła się przed lustrem. "Super, wyglądasz jak gwiazda filmowa", usłyszała za plecami. Umalowała usta, odwróciła się w stronę mężczyzny, który stał za nią. Świetnie mu w garniturze, pomyślała. Jej mąż. Jedyny facet, którego powinna kochać. Coś wyciąga z kieszeni, małe pudełko. Pierścionek, prezent? Zmierzyła. Za duży, udała jednak, że dobry. Postanowiła nie przejmować się drobiazgami.

MATYLDA, warszawianka, 27 lat, analityk w banku

W dniu jej urodzin, 16 lipca, Matyldzie przyśnił się ojciec. Stał odwrócony tyłem i mówił "Za mało, za mało...". Od jego śmierci miała ten sen już kilka razy. W niedzielę poszła do kościoła. Po mszy została w bocznej nawie. Czuła łzy napływające do oczu, ale wstydziła się płakać. Ktoś nadszedł od strony zakrystii: "Mogę pomóc?". Młody mężczyzna w dżinsach i czarnej koszuli. W ręku trzymał... smycz. Pomóc?

No tak, musiała wyglądać na nieszczęśnicę. - "Dziękuję panu. Nic takiego. - Jestem księdzem!". Wyprostował się nagle. W jego głosie była duma i entuzjazm, jakby obwieszczał: jestem pierwszym kosmonautą, który poleci na Marsa! No i Matylda roześmiała się. - "Przepraszam, powiedział to pan... ksiądz - z takim przytupem. - Idę na spacer z psem. Jeśli pani chce o czymś pogadać, zapraszam. Widzę kłopot w oczach" - powiedział swobodnie. - Może nie powinnam była. Ale propozycja wyszła od niego, a ja rzeczywiście chciałam porozmawiać o snach z kimś mądrzejszym od siebie - opowiada dziś Matylda. - "To ksiądz może mieć psa? - zapytała tamtej niedzieli, gdy on przypiął smycz do obroży kudłatego olbrzyma. - Psa, a nawet motocykl. Ja mam. I skórzaną kurtkę. Pani zgorszona?" - uśmiechnął się. Potem był już poważny. Opowiedziała o ojcu i jego dziwnych słowach.

- "Może chodzi o modlitwę? Za mało modlitwy? Ile osób modli się za niego, umie pani powiedzieć?" - zapytał ksiądz. Liczyła z trudem: ona, może siostra ojca, może matka... Nie, matka nie, jest ateistką. Mało. - "Proszę pomyśleć o mszach gregoriańskich. Słyszała pani o nich? Nie, nie słyszała. - Jaki był pani ojciec? - zapytał ksiądz. - Indywidualista, autorytet, nie umiałam doskoczyć do jego oczekiwań. Ale nikogo nie brakuje mi tak jak jego" - wcześniej nie wypowiedziała tych słów głośno. Ksiądz milczał, patrzył jej w oczy, w końcu powiedział: "Musimy wracać, mam spotkanie ze studentami".

Bratnia dusza

"Tak mało o tym wiem", powiedziała, kiedy zrozumiała, że Bartek, czyli ksiądz, zabiera ją na zupełnie obcy teren. Opowiedział jej o rozmowach z ludźmi, którzy twierdzą, że mają kontakt ze zmarłymi. O Marii, która dostaje "przekazy" od nieżyjącej córki, o Tymonie, który był w śpiączce i TAM spotkał ojca. - Imponował mi otwarciem, nieoczywistą wiedzą. No i odwagą, bo jak się dowiedziałam, wielu księży w ogóle nie chce dotykać tych tematów. Bartek stawiał dużo pytań, jego zainteresowanie się udzielało - opowiada Matylda. Kiedy pierwszy raz powiedziała do księdza po imieniu? Miesiąc po pierwszym spotkaniu. Z rozpędu. Coś w stylu "podaj" albo "powiedz". On się uśmiechnął: "Niech tak zostanie".

Spotykali się, żeby pogadać. Któregoś dnia Bartek zaproponował, że zabierze ją na spotkanie pewnej wspólnoty w kościele pod Warszawą. Pojechali jego samochodem. Prowadził pewnie, włączył Nirvanę. Opowiadał o matce, która wychowywała go sama. Ma piękne imię: Sabina. Lekarka, z trudem się pogodziła, że jedyny syn idzie do seminarium. Dzisiaj jest jego najlepszą przyjaciółką. A może Matylda woli posłuchać na przykład RMF Classic? Nie, chce mu opowiedzieć o swojej matce. Wymagającej, szczędzącej czułości, która wolała przebijać szklany sufit, niż czytać córce książki do snu. Podczas spotkania siedzieli obok siebie, bliżej niż w samochodzie.

Wanda, jedna z uczestniczek spotkania, która opowiadała swoją historię, powiedziała: "...i wtedy zasnęłam w Duchu Świętym". - "Co to znaczy? - szepnęła Matylda, zbliżając głowę do głowy Bartka. - Potem ci opowiem" - uśmiechnął się. - Miał dar tłumaczenia, świetnie wygłaszał kazania. Zaczęłam regularnie chodzić na msze, które odprawiał. Ale chciałam być tylko jego przyjaciółką, bratnią duszą. Tak to sobie tłumaczyłam - mówi z trudem. Pewnej nocy przyśniło jej się, że kocha się z Bartkiem. Obudziła się przerażona. Wzięła prysznic, zjadła śniadanie, wyszła do pracy. Wsiadła do złego autobusu. Co się z nią dzieje? Tego snu nie mogła zapomnieć. Nie chciała.

Czy piekło istnieje?

"Tak nie można, grzeszysz! - Ewa, przyjaciółka, była w szoku. - Znajdź dobrego spowiednika i skończ to". Matylda nie to chciała usłyszeć. - Szukałam potwierdzenia, że między mną a Bartkiem możliwa jest przyjaźń. Że przejdę przez etap fizycznej fascynacji, zostanie tylko platoniczne uczucie - opowiada. Ewa zaprzeczyła: "Nie ma czegoś takiego. On cię kręci jako facet, przecież widzę. Kiedy o nim mówisz, odlatujesz. Opamiętaj się!". Łatwo powiedzieć. Bartek jest fascynujący, uzależnia. Studenci słuchają go jak zaczarowani. Matylda wiedziała, bo była na kilku spotkaniach.

- Wysyłał im na komórki ciekawe cytaty, na przykład autorów piszących o styku religii z nauką. Ja też je dostawałam - przypomina sobie. Czuła się jego słuchaczką, uczennicą. Ona, sceptyczna racjonalistka, znalazła autorytet w księdzu. Kto by pomyślał! Zaczęła chodzić na różaniec. Wsłuchiwała się w głos Bartka odmawiającego Zdrowaś Mario, czekała na jego spojrzenie. - "To perwersyjne. Głupie i złe - powiedziała Ewa. - Straszysz mnie piekłem?" - zapytała Matylda. Pytanie o istnienie piekła zadała jemu. Usłyszała: "Jeśli wierzysz w Boga, wierzysz też w szatana, to dla ciebie nieoczywiste?". Matylda wzięła głęboki oddech, stanęła bliżej.

Byli sami w salce na plebanii. - "Proboszcz zapytał wczoraj, dlaczego tak często się spotkamy" - Bartek przełknął ślinę. Zmienił temat. - "Masz załzawione oczy, coś się stało? - Użyłam nowego kremu, piecze mnie twarz. - Piecze cię skóra?" - Bartek wyciągał rękę powoli. Dotknął jej policzka. Potem przesunął dłoń wyżej, w jej włosy, zamknął oczy i... - Nie zapomnę tego pocałunku do końca życia. Choćby mieli mnie pokroić, nie wyrzeknę się tego wspomnienia - mówi Matylda. "Idź, proszę cię", powiedział wtedy Bartek.

Nie mogła się ruszyć. Co będzie dalej? Ktoś wszedł, wyszedł, przyszedł ktoś inny. A oni skrywali oszołomienie. Czy on ją odprowadzi? Może lepiej nie, po co wchodzić w oczy proboszczowi, siostrom. Lepiej, żeby Matylda nie przychodziła przez kilka dni. Kilka dni, może tygodni. Nie, tygodni nie, Bartek spojrzał jej w oczy. Matylda nie pamięta drogi z kościoła do domu. Nazajutrz nie mogła pracować. Zapomniała, gdzie zaparkowała. Była zakochana? W księdzu? Kilka dni później odebrała telefon. Rozmówczyni prosiła o spotkanie. Sabina.

Daj mi znak

"A bycie w porządku wobec Boga, któremu mój syn się oddał? To bierze pani pod uwagę?" - mama Bartka była poważna i skupiona. Jak znalazła Matyldę, skąd o niej wiedziała? Ktoś zadzwonił, poinformował, że ksiądz za często spotyka się z pewną kobietą. Zdobyła nazwisko, numer, nieważne jak. - "To jego droga. Wiedział, że będą przeszkody. Pani jest przeszkodą. Powinna się pani usunąć" - powiedziała Sabina. Matylda milczała. Miała się bronić, tłumaczyć?

Wystarczy, że zgodziła się na to spotkanie. Dlaczego? - Chyba myślałam, że poznanie matki Bartka zbliży mnie do jego "normalnego" życia - tłumaczy. Usłyszała od niej: "Co pani o nim wie? Wie pani na przykład, że Bartek ma cukrzycę? Że za pół roku jedzie na studia do Rzymu?". Matylda nie wiedziała. Była zaskoczona. Zbita z tropu. Pożegnała się w poczuciu bezsensu. - Jednak poruszyło mnie pytanie o Boga. Przecież ten, któremu "skradłabym" Bartka, to ten sam Bóg, do którego modlę się o zbawienie ojca. Zamówiłam trzydzieści "gregorianek". Z jednej strony więc proszę o łaskę, a z drugiej uwodzę księdza? I dlaczego Bartek nie wspomniał Poszłam do kościoła: "Daj znak, pomóż".

Bóg milczał. Decyzję musiałam podjąć sama. o chorobie, nie jest ze mną szczery? - Matylda mówi o wątpliwościach. Walczyła z nimi przez tydzień separacji, który sobie narzucili. Na co liczyła? Że on zrezygnuje z sutanny? Czy ma siłę wziąć za to odpowiedzialność? Może rzeczywiście powinna wycofać się jak najszybciej? Ale tęskniła. I czuła się samotna. - Czekałam, aż on zadzwoni, przyśle e-mail. Przerwie ciszę. Ale intuicja mówiła mi, że Bartek zwalcza to, co do mnie czuje. Może metodą perswadowania sobie, że jestem złą kobietą? Bo... może jestem złą kobietą? Gubiłam się - wspomina Matylda. Tuż przed Gwiazdką szefowa położyła na jej biurku kolorowy folder. Uniwersytet w Teksasie, roczny staż. Wytypowała Matyldę, trzeba się zdecydować szybko. Wieczorem poszła do kościoła. Innego. "Daj mi znak, pomóż", prosiła. Nie stało się nic, Bóg milczał.

- To by było za łatwe. Decyzję musiałam podjąć sama. Wyszłam z kościoła i zaciągnęłam się mroźnym powietrzem. I wtedy zobaczyłam obrazek: w przykościelnym parku, nad ledwo zamarzniętą sadzawką stał chłopiec w niebieskim szaliku. Wystawił nogę, wahał się, czy wstąpić na lód. "Nie ryzykuj, nie warto", stary ksiądz przechodzący obok pokręcił głową. - Może to właśnie była wskazówka? - opowiada Matylda. Ponad rok temu wyjechała do Stanów. Jest tam do dziś. Nie ma kontaktu z Bartkiem. - Kiedy ochłonęłam, dotarło do mnie, jak mało nas łączyło. Nie przeżyłam z nim sprzeczki, nie kupiłam niczego wspólnego. Czy zostalibyśmy razem, gdyby było nam wolno? - pyta. Nigdy się tego nie dowie. Dzisiaj zostały tylko dobre wspomnienia. I spokój. Ojciec już jej się nie śni.

ZUZA, 30 lat, policjantka ze Słupska

To nie było najlepsze pięć minut w życiu każdego z nich. On, instruktor nurkowania, aktualnie w finansowych tarapatach. Ona, policjantka na zwolnieniu lekarskim, porzucona przez narzeczonego. Cioteczni siostra i brat. - Miałam wypadek samochodowy, złamałam nogę, musieli założyć mi gips. Nie mogłam pracować i to mnie dobijało. Nudziłam się w domu, bolało mnie, a mój eks przyszedł i powiedział: "Czuję, że nasze drogi się rozeszły". Miałam ochotę strzelić go w twarz, ale nie mogłam się ruszyć. Sąsiadka powiedziała mi, że jego nowa dziewczyna ma 22 lata i zajmuje się "home stagingiem". Co to w ogóle jest? Byłam wściekła i rozżalona - wspomina Zuza.

Ucieszyła się, gdy Adam wpadł niezapowiedziany. Ich mamy są rodzonymi siostrami. Kiedyś razem buszowali po ogródkach sąsiadów i podkradali porzeczki. Rówieśnicy, długo mieszkali po sąsiedzku. Razem chodzili na dyskoteki, osiemnastki wspólnych znajomych. Potem ciotka wyprowadziła się pod miasto, a Adam wyjechał na studia do Szczecina. Chciał pracować w kapitanacie, ale wolał żeglarstwo i surfing od wysiadywania na wykładach. Przerwał studia, założył szkołę nurkową. Tylko że teraz plajtował. "No to ja lecę, ale zajrzę jutro, pogramy w szachy. Dojdziesz do kuchni z tą nogą? To przygotuj jedzonko. Aha, gdyby trzeba było kolesiowi dać w zęby, powiedz słowo", rzucił, wychodząc.

Świetny facet. Zuza wyjrzała przez okno. Adam wsiadł do hondy, odkręcił szybę. Czyżby znowu palił? Oby nie. Kika lat temu prześwietlenie wykazało zmiany w płucach, podejrzewano nowotwór. Adam schudł, zgrabił się. Na szczęście lekarze wykluczyli raka. Czy to wtedy odeszła od niego Eliza? Zuza poczłapała do łazienki. Umyje włosy, ułoży. "Barbie z ciebie", żartowała mama, widząc jej długie, jasne loki. Mama umarła rok temu. Zuzie trudno się było poskładać. Dziewczyna po przejściach i chłopak z przeszłością. Adam zmężniał, wyprzystojniał, pomyślała, odkręcając szampon.

Pamiętasz misia bez palców?

- "Czasem mam ochotę rzucić wszystko i wyjechać na jakąś wyspę, byle dalej od ludzi. Szach" - Adam obłożył Zuzę poduszkami, sam usadowił się na kanapie. - Jadę z tobą, też mam czasami dość świata. Kiedy jest szach, można robić roszadę?". Dawno tak nie rozmawiali. Ciągle coś. Ciągle za mało czasu. Co z firmą Adama, jest szansa, żeby się wyprostowało?

Miał na sobie białą koszulkę opinającą mięśnie. Dobrze, że znów tak wygląda. - Pamiętałam go z czasów, kiedy żeglował. Opalony blondyn jak australijski surfer. Dziewczyny kleiły się do niego, ale on był nieśmiały. Niektórzy myśleli, że woli chłopców - opowiada Zuza. - "Kiedyś się zastanawiałam, czy nie jesteś gejem - wypaliła tamtego wieczoru. No i po co? Niewyparzony język. - Serio? Nie jestem. Ale mam paru znajomych gejów, superkolesie. Masz coś przeciw?"

Gadali długo. Adam zrobił drinki, potem kawę. Zuza spięła włosy w kok. "Ładnie ci tak", powiedział, przeglądając płyty. Może być Peter Gabriel? W porządku. Szkoda, że Zuza nie może tańczyć. A może jednak spróbuje? Podał jej ramię, drinki chyba działały, bo wstała, z szelmowskim uśmiechem udała, że robi taneczną "ramę", i stukając gipsem o parkiet, dotarła w ramiona Adama. "Pamiętam nasz jeden taniec - objął ją i nagle zmienił ton na poważny. - Na urodzinach chłopaka z mojej klasy, w małym klubie, kojarzysz? Wolny utwór Wet Wet Wet. Nie zdałaś wtedy egzaminu na prawko, byłaś w złym humorze i opowiadałem ci dowcip o misiu bez palców, pamiętasz? Powiem ci, co chodzi za mną do dziś. Zapach twoich perfum. Dolce Vita, prawda?". Nie pamiętała.

Pomyślała, że teraz muszą wyglądać idiotycznie. Przystojniak i nieszczęśnica z nogą w gipsie. Adam znalazł w jej włosach spinkę, rozpuścił kok: "Wiesz, że kiedyś się w tobie kochałem?". Zuzie kręciło się w głowie. On już nic nie mówił, cisza była kłopotliwa. No i w dodatku ona pachniała tymi samymi perfumami. Odsunęła się, opadła na fotel. Adam zapytał, czy otworzyć okno, przynieść coś do picia. Tak, szklankę wody.

Nic wspólnego

"Podobno znasz kogoś, kto nauczy mnie nurkować?", zapytała Lidka, koleżanka z pracy, kiedy Zuza wróciła po zwolnieniu. Tak, kuzyn, świetny instruktor. Dała jej komórkę Adama. "Niski głos, mógłby pracować w radiu", orzekła Lidka. Po tygodniu spotkała Zuzę w kuchence. - "Daję mu dziesięć na dziesięć. Pewnie żałujesz, że to twoja rodzina, co? Jakie ciacho! A on ma w ogóle dziewczynę? - Nie ma. A co, Lidka się zakochała? - Wyglądasz, jakbyś była zazdrosna - prychnęła tamta. - Jutro pojadę na zajęcia w mundurze. Facetów to kręci." - odrzuciła na plecy rudy warkocz.

Zdaje się, że Adam lubi długowłose dziewczyny. - Tamtego dnia pierwszy raz poczułam, że myślę o Adamie jak o "normalnym" facecie. I że chyba poczułam zazdrość - wspomina Zuza. "Podjedziesz pomóc mi zawiesić rolety? - zadzwoniła któregoś popołudnia. Nie przyjechał. Przybiegł. - Siedemnaście kilometrów? Oszalałeś?!" Biegł od mamy, taki trening. Niech Zuza da drabinę i wiertarkę. Czy on będzie mógł się potem wykąpać? Ma w kieszeni ortalionu ciuch na zmianę, wyjął pogniecione coś. Strzepnął - koszula w kratkę. Zuza się roześmiała.

Rolety wisiały po godzinie. Przyjrzała im się krytycznie, w sklepie wyglądały inaczej. Takie wielkie kwiaty? Adam stał za jej plecami. Odwróciła głowę: co myślisz? "Są... okropne", powiedział. Tym razem roześmiali się oboje. - I wtedy przyszła mi do głowy dziwna myśl. Że on i ja, brat i siostra, nigdy nie będziemy wspólnie urządzać domu. To nie dla nas. Adam poszedł do łazienki, ona zrobiła kolację. Kiedy wrócił, zapytała, czy wziął kredyt, którym chciał spłacić dług. Kroiła ser i czuła, że stoi za nią. Odwróciła się. "Zasada jest taka, że nie bierze się kredytu, żeby nim spłacić in-ny-kre-dyt" - łapała powietrze między sylabami, już wiedziała, co się stanie. Długi pocałunek.

Coś spadło na podłogę. On to podniósł, było niezręcznie. Musiał już iść, ale jeszcze... - Drugi pocałunek jest chyba ważniejszy od pierwszego. Jak pieczątka. To nie przypadek, chcieliśmy tego - opowiada Zuza. Po kilku lekcjach na kursie u Adama Lidka zmieniła fryzurę i porzuciła dżinsy. Czy w nowych kolorowych sukienkach spotyka się z Adamem także poza zajęciami? A może ma jego zdjęcie na tapecie komórki? Zuza musi to sprawdzić. Tak, stała się zazdrosna. Zdjęcia w telefonie nie było, ale Lidka miała teraz irytująco rozmarzoną minę. Głupia krowa.

Ostatni raz

Dwa miesiące spotkań w przelocie. - Adam wpadał na komendę pod jakimś pretekstem: oddawał pieniądze, pożyczał auto, podrzucał coś od ciotki. Potem przysyłał SMS-y: "Chciałem dotknąć twojej ręki" lub "Walczyłem ze sobą, ale musiałem cię zobaczyć". To było szaleństwo - wyznaje Zuza. "Nic więcej nie może być", pisała ona. "I tak za dużo", odpisywał.

- Im więcej prawdy było w tych SMS-ach, tym bardziej byliśmy nakręceni. Któregoś wieczoru pojechała do domu ciotki. Miało jej nie być, Adam szykował dla mamy urodzinową niespodziankę - kupił telewizor. W firmie znowu szło lepiej, był zadowolony, dużo się śmiał. Zuza chciała dołożyć do prezentu coś od siebie, kupiła koc, żeby się pod nim przyjemniej oglądało Barwy szczęścia. "Kochana jesteś", powiedział Adam, ułożył koc przewiązany kokardą na brzegu sofy. Przyciągnął Zuzę do siebie, mruknął ich ulubione "nie powinniśmy", już miał ją pocałować. I wtedy... weszła ciotka Maryla. - Natychmiast się wycofała, wypadła z domu.

Nie powiedzieliśmy ani słowa. Jakby to kiedyś musiało się stać, może nawet jakbyśmy na to czekali. Bo co innego mogło skończyć ten absurd? Zabrałam płaszcz i torebkę, Adam odprowadził mnie do auta. Odjechałam bez pożegnania - wspomina Zuza. I następny dzień, kiedy Adam przyjechał, żeby jej opowiedzieć: rozmawiał z matką, wyjaśnił, że to chwilowe, nagłe, głupie, bez przyszłości. Bardzo dobrze, właśnie to należało powiedzieć. Tym razem całowali się jeszcze intensywniej.

- "Wiesz, czego ona się boi? - zapytał. - Że my razem, że geny, choroby... No tak, ale my przecież nigdy..." - Oboje wiedzieliśmy: to ostatni raz. Nie mogliśmy się od siebie oderwać - mówi Zuza. Kiedy Adam wychodził, powiedziała: "Zrób coś, żeby mi siebie obrzydzić". I zamknęła drzwi. Kilka dni później Lidka zatrzymała ją w korytarzu. "Chcę, żebyś wiedziała. Spałam z Adamem. Zakochałam się w nim, jestem szczęśliwa. Dziękuję, że nas ze sobą poznałaś".

Agnieszka Litorowicz-Siegert

Dowiedz się więcej na temat: miłość

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje