Reklama

Reklama

Szkoła miłości

Ale one w ten sposób nie znikają. Można jakoś je unieszkodliwić? Przecież nie cofniemy się w czasie, nie zmienimy swoich rodziców, żeby nas inaczej wychowali...

Reklama

- I nie o to chodzi. Coaching to nie terapia, nie leczymy ran z przeszłości, zajmujemy się naszymi zasobami i uczymy, jak je wykorzystywać. Pomysł mam taki: nasi rodzice byli, jacy byli. A my zrekonstruujmy sobie rodziców pozytywnych. W tym celu wypiszmy dwie listy: kobiet i mężczyzn, którzy dali nam coś dobrego w życiu. To może być każdy: nauczyciel od wf-u, dziadek, autorytet, sąsiad, który był czuły dla swojej żony, pomocny w domu. A ja takiego wzorca nie miałem w domu, bo ojciec był agresywny. Mama koleżanki, jakaś ciocia, postać literacka. A następnie przy każdej osobie napiszmy, czego nas nauczyła. To są elementy pozytywnej męskości i kobiecości, z których możemy stworzyć inny obraz niż ten wyniesiony z domu.

I co wtedy?

- Gdy sobie to wszystko wypiszemy, ułożymy w całość, możemy świadomie z tego wzoru czerpać. Na przykład kiedy znów pokłócimy się z partnerem, możemy się zastanowić, jak w tej sytuacji zachowałaby się ta fajna ciocia, co by powiedziała? Takie ćwiczenie pozwala nabrać dystansu do siebie, zobaczyć, że jest wiele wzorów. W każdej sytuacji mamy wybór. Nie musimy działać automatycznie, powielając chory schemat.

- To długa droga, ale już sam fakt, że postanawiam zmodyfikować swój sposób działania, bo chcę, by mój związek lepiej funkcjonował, zmienia wiele. Bo to znaczy, że przestawiam się ze sposobu patrzenia dziecka, które mówi: bo to on mi zrobił, gdyby on był inny, to wszystko byłoby inaczej. I wkraczam na drogę ku dorosłości, która oznacza: biorę odpowiedzialność za swoją rolę w tym związku. Przyglądam się, co do niego wnoszę pozytywnego, ale też toksycznego. I staram się to wyleczyć. Niestety, mało kto ma na taką pracę ochotę. Coraz częściej związki tworzą dziś emocjonalne dzieci - zatrzymane w rozwoju psychiki na etapie kilkulatków mimo pozorów dorosłości, czyli dojrzałości cielesnej.

Dlaczego tak się dzieje?

- W dawnych kulturach każdy przechodził coś, co nazywało się inicjacją. Dostawał od swojego środowiska sygnał, że jest dorosłym człowiekiem: kobietą albo mężczyzną. Nie można było tego odsuwać w czasie ani nie przejść. Od tej chwili chłopiec musiał się zachowywać jak mężczyzna, brał odpowiedzialność za swoje życie. Tak samo dziewczynka. Mieli swoje zadania i nowe zachowania. Pewnych rzeczy nie wypadało im już robić. Cała społeczność tego od nich wymagała. I oni sami od siebie też.

A dziś niedojrzałość jest "cool".

- Bo takie "dzieci", które nierzadko wkraczają w wiek średni, zaczynają się rozsmakowywać w tym, co daje bycie niedorosłym. Na przykład w tym, że nie trzeba brać na siebie odpowiedzialności, można wiecznie uciekać i chować się, gdy tylko coś trudnego się wydarza, a całe życie traktować jak zabawę. Nic dziwnego, że tak robią, nie mają pojęcia, co tracą. Nigdy nie byli dorośli. Z perspektywy dziecka dorosłość często wygląda nieciekawie. Ale to ma swoje konsekwencje.

- Dorośli-dzieci nie są w stanie stworzyć satysfakcjonujących związków. Mogą się co najwyżej razem pobawić. Kobieta-dziecko od swojego mężczyzny oczekuje wiecznej opieki, potwierdzenia swojej atrakcyjności. Chce ciągle słyszeć: jesteś jedyną, najpiękniejszą, wspaniałą kobietą. Wariuje, kiedy on nie mówi: kocham. Facet-dziecko cały czas podświadomie czeka, aż ona mu powie: jesteś wspaniały, silny, męski, najlepszy. Wiecznie się sprawdza, udowadnia swoją męskość. Również za pomocą zewnętrznych jej atrybutów, gadżetów. Nic więc dziwnego, że takie związki się sypią albo przeżywają poważny kryzys, gdy tylko pojawia się jakakolwiek trudność, np. prawdziwe dziecko. Bo to wymaga odpowiedzialności, rezygnacji z ciągłej zabawy, z hedonistycznego podejścia.

- Póki jesteśmy razem i chodzimy sobie do kina, na imprezy, coś tam robimy dla pieniędzy, wyjeżdżamy, żyjemy powierzchownie - może być nawet przyjemnie. Ale kiedy coś się dzieje, rozpadamy się. Albo zaczyna się rywalizacja. Czyli walka na krzywdę-winę.

Czyli co?

- On się czuje skrzywdzony, bo ona zrobiła to czy tamto albo czegoś nie zrobiła, choć powinna - jego zdaniem. Na przykład nie uprasowała mu koszuli, kolacji mu nie zrobiła, a on taki zmęczony itp. A ona czuje się z tego powodu winna. Oba stany są nie do zniesienia na dłuższą metę. Bardzo szybko ona zmierza do tego, żeby przerzucić część odpowiedzialności na niego i mówi: "Ale ty mi też nie". Oboje zwykle mają w kieszeni przygotowane po dwie listy: krzywd i zasług własnych. Ty mi też nie zrobiłeś, nie przyniosłeś kwiatów, nie powiedziałeś, nie kupiłeś, nie pomyślałeś... A ja dla ciebie to i to, i to... Ty też o mnie nie zadbałaś.

- Jeśli jednocześnie wobec tej samej osoby mamy poczucie winy i krzywdy, powstaje coś, co ja nazywam więzią na drut kolczasty. Ludzie są ze sobą związani, ale nie mają ruchu. Bo cokolwiek zrobią - boli. Nie mogą się rozstać, ponieważ są tak pozahaczani, że ona ma władzę nad nim, a on nad nią.

Ale wtedy autentycznie cierpimy. Co z tymi uczuciami? One nie są ważne? Co robić, by nasze związki tak nie wyglądały?

- Przestać się zastanawiać, czyja to wina, bo to nic nie wnosi, tylko wziąć odpowiedzialność za to, co się dzieje. Podjąć decyzję: dalej tak nie chcę żyć. I zapytać się siebie i partnera, co możemy zrobić, żeby zmienić to, w jaki sposób się do siebie odnosimy. Zamiast się wzajemnie atakować czy użalać nad własnym losem, zacząć wprost mówić o tym, co czujemy, czego chcemy, czego nam brakuje. Czyli - trzeba dorosnąć.

- Zwykle proponuję swoim klientom coś, co nazywam wielkim zadaniem inicjacyjnym. Proszę, by zaplanowali dla siebie jakieś wydarzenie, działanie czy projekt, po którym będą mogli jednoznacznie powiedzieć sobie: jestem dorosłym mężczyzną albo kobietą.

Poproszę o jakiś przykład, bo trudno mi to sobie wyobrazić.

- To sprawa absolutnie indywidualna: dla jednego to będzie zdobycie Kilimandżaro, dla drugiego napisanie doktoratu czy pierwsza szczera rozmowa z własną matką. Ważne w tym zadaniu jest to, że każdy sam projektuje swoje symboliczne przejście w dorosłość. Ja na przykład zrobiłem licencję skoczka spadochronowego. Udowodniłem sobie, że jestem zdrowy, sprawny, i zmierzyłem się z podstawowymi lękami: bałem się wysokości, utraty kontroli i śmierci. Coś takiego daje olbrzymie poczucie mocy. Przekraczamy swoje dzieciństwo wtedy, gdy stajemy twarzą w twarz ze sobą i robimy to, czego zawsze się baliśmy albo uważaliśmy, że nas na to nie stać.

Są ludzie, którzy non stop się tak "sprawdzają", zdobywają kolejne szczyty.

- Zadanie inicjacyjne to co innego. Ma być zaprojektowane specjalnie w tym celu, z intencją: nie tylko coś zrobiłem, ale nadałem temu takie, a nie inne znaczenie. Warto zadbać o to, by w nasz zamiar wtajemniczeni byli ważni dla nas ludzie, to dodatkowo wzmacnia symboliczny wymiar tego, co się dzieje. To musi być świadomy proces, w którym ja sam dla siebie odgrywam rolę owego mądrego rodzica, którego nie miałem. Bo ja znam siebie najlepiej i wiem, że jeśli wydam książkę albo przebiegnę maraton czy choćby pół, to pokonam swoje słabości, udowodnię sobie, że mogę się nazwać dorosłym człowiekiem.

Skaczę z tym spadochronem, ląduję i co? W magiczny sposób dorośleję? I jak to się ma do miłości?

- Boi się pani, że to nie zadziała? Proszę spróbować. Mózg kocha rytuały, potrzebuje symbolicznego napisu "The end". Zaprojektowanie i wykonanie własnego zadania inicjacyjnego będzie dla niego takim właśnie jednoznacznym sygnałem: to już koniec. Na zawsze skończyło się dzieciństwo. A więc muszę teraz zachowywać się jak człowiek dorosły. To nie znaczy, że od razu wszystko w magiczny sposób się zmieni, że nie będę musiał nad sobą pracować. Wręcz przeciwnie. Ale częścią dorosłości jest właśnie owa gotowość do pracy nad sobą, związkiem. Chęć, by zobaczyć, co się dzieje z partnerem, zrozumieć też jego motywacje, jego potrzeby.

- Kiedy jestem dorosły, mogę to zrobić, bo znam swoją wartość. Nie boję się swoich słabości, biorę odpowiedzialność za to, co robię, czuję, staram się komunikować innym moje potrzeby, by mnie lepiej zrozumieli. Przestaję być zależny od partnera. Jestem gotowy do miłości, która nie będzie projekcją moich wymagań, tylko prawdziwym spotkaniem z drugą osobą. To dobry początek wspólnej drogi.

Rozmawiała Tatiana Cichocka

Twój STYL 2/2011

Dowiedz się więcej na temat: partnerstwo | miłość | coaching | związek

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje