Reklama

Reklama

Szkoła miłości

Dla wielu osób - najważniejsze.

Reklama

- Bo nie wiedzą, czym jeszcze miłość może być. By się w kimś zakochać, wystarczą trzy, cztery elementy, to wbrew pozorom nie jest trudne. Trochę oksytocyny u kobiet czy testosteronu u mężczyzn, jakaś gotowość, kilka czynników typu: o, to ładne, podoba mi się. I już. Tak sobie lecimy przez chwilę w tej różowej chmurce. To miłe, ale nie ma wiele wspólnego z miłością. Na tym nie da się nic zbudować. Bo ten stan z założenia szybko mija. Ulatnia się bezpowrotnie jak bąbelki z szampana. I zostaje słodkawy, ciepławy płyn.

Brrr...

- Z drugiej strony to dobry moment. Gdy hormony przestają nas zaślepiać, możemy się przyjrzeć: w czym ja tak naprawdę tkwię, co mi się nie podoba, czego chcę, i zacząć budować dobry związek. Jednak coś nam w tym przeszkadza: zarówno w nas, jak i w naszym partnerze odpalają się wówczas wszystkie wzorce rodzinne. Zachowujemy się trochę jak sterowane przez kogoś roboty.

Jakie to wzorce?

- Przejęte od rodziców albo ludzi, którzy ich zastępowali w naszym dzieciństwie. Nikt nie jest od tego wolny. Problem w tym, że mało kto ma taką świadomość, zauważa w sobie te mechanizmy. A są one przyczyną poczucia niespełnienia, konfliktów, a nawet rozpadu związków.

Chce pan powiedzieć, że u podłoża moich problemów w związku jest to, że zachowuję się jak moja mama?

- Wydaje nam się, że zachowujemy się inaczej, bo robimy to, powiedzmy, w innych kostiumach. Mój ojciec był mężczyzną oschłym i władczym, rodzina przez to cierpiała. Widziałem to i czułem, a mimo to przejąłem po nim wszystkie wzorce, choć inaczej się objawiały. Nie stałem się co prawda despotą, ale przez wiele lat byłem konserwatywny, oceniający, nieufny, zdystansowany. Chodziłem po świecie jak po polu minowym, spodziewałem się najgorszego od ludzi, co dawało się we znaki moim bliskim. Na głębszym poziomie byłem bardzo podobny do ojca, bo jego zachowanie wynikało właśnie z takiego widzenia świata. Musiałem zobaczyć, w jaki sposób powielam jego wzór, by móc zacząć to zmieniać.

Jak odkryć mechanizmy, które nami rządzą?

- Przede wszystkim trzeba przyjrzeć się swojemu ojcu i matce oraz relacji między nimi. Czy była partnerska, czy ktoś miał pozycję dominującą, kto był nieobecny, wycofany, jak się odnosili do siebie itp.

I jak to wpływa na nas?

- Nie ma miejsca, by omówić tu wszystkie modele, ale dla przykładu zobaczmy, jakie cechy będzie miała dziewczynka, a później kobieta, wychowana w rodzinie, w której ojciec jest słaby albo go nie ma w ogóle, a dominującą rolę gra matka. Ona jest dla córki wzorem kobiecości. W tym wypadku to silna postać, wie, czego chce, zarządza domem.

- Jeśli pracuje, zwykle również jest aktywna, działa społecznie, to np. lekarz ordynator, dziennikarz, bizneswoman, otacza się ludźmi. Córka dostaje przekaz: taka masz być. Czyli przebojowa, silna, przedsiębiorcza. Co wnosi tata? Jeśli jest podporządkowany matce, uległy, powstaje kłopot. Jego córka będzie nie będzie miała czegoś, co ja nazywam wewnętrzną instrukcją obsługi mężczyzny. Nie będzie wiele wiedziała o facetach, ich reakcjach, mowie ciała, o tym, jak się z nimi dogadać, o ich potrzebach, bo ojciec w swoim związku ich w ogóle nie wyrażał.

Co to dla niej oznacza?

- Zanim stworzy satysfakcjonujący związek, musi się tego nauczyć od innych mężczyzn, czyli jej relacje będą nietrwałe. Inna wersja: powtórzy układ domowy. Wybierze kogoś, kogo będzie holować przez życie. Albo będzie się starała podporządkowywać sobie swojego faceta, czyli krytykować, redukować jego rolę, by go dopasować do wzoru. Narzekając jednocześnie, że nie można na nim polegać itp.

- Zupełnie inna sytuacja powstaje, gdy dominującą rolę w rodzinie gra ojciec, a matka jest uległa albo nieobecna. Wówczas córka jest we władzy ojca. Jej podstawową potrzebą i zadaniem jest spełnić jego oczekiwania, zadowolić go, zdobyć jego uwagę. W dodatku od matki dostaje podobny wzór kobiecości: ma być plastyczna, podporządkowana mężczyźnie.

To chyba nie wróży dobrze?

- Wbrew pozorom są to często kobiety postrzegane jako atrakcyjne, mają duże powodzenie, bo umieją zdobyć męską uwagę, pożądanie. A jednocześnie nie potrafią zbudować satysfakcjonującego związku, bo nie wiedzą, kim są jako kobiety, czego chcą. Skupiają się na "nim", starają się go zdobyć, a potem zadowolić, co nie wystarczy, by związek był udany.

Powiedzmy, że zobaczyłam, jaki wzór relacji przekazali mi rodzice. Co mogę z tym zrobić?

- To jest kapitał, z którym wchodzimy w każdy związek. Możemy się więc zastanowić, jak go wykorzystać na swoją korzyść. Przewidzieć potencjalne trudności. Kluczem do zmiany jest świadomość tego, co może nami rządzić z ukrycia. To również pomaga nam spojrzeć inaczej na partnera. Widząc, jak wygląda związek teściów, lepiej zrozumiemy jego zachowania. Świetnie, jeśli on ma ochotę na tego typu wspólną rodzinną "archeologię", choćby szczerą rozmowę na temat schematów, które razem powielamy. To bardzo zbliża.

Dowiedz się więcej na temat: partnerstwo | miłość | coaching | związek

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje