Reklama

Reklama

Po drugiej stronie normy

Odpowiedziałam sobie na trzy pytania i wychodzi, że faktycznie potrzebuję pomocy - chyba znalazłam się "po drugiej stronie normy". Co mam teraz zrobić? Jak działać?

Reklama

- Musi pani opowiedzieć komuś o tym, co przeżywa. Są dwie możliwości: zwraca się pani po pomoc do kogoś, kogo pani zna, komu ufa. Może się zdarzyć, że rozmowa pomoże. Albo że ten ktoś - siostra, przyjaciółka, partner - spróbuje zorientować się, jakie dalsze kroki podjąć. Zadzwoni do poleconego przez znajomych psychiatry, pójdzie na konsultację do terapeuty.

- I druga możliwość: pani sama skontaktuje się ze specjalistą. Jak? Można zacząć od rozmowy z lekarzem rodzinnym - ma podstawową wiedzę z zakresu psychiatrii, jeśli uzna, że sytuacja tego wymaga, odeśle panią dalej, do psychiatry lub psychologa. Warto pamiętać, że wizyta u eksperta, postawienie diagnozy, które powinno zająć mniej więcej jedno, dwa spotkania, to dopiero początek procesu zdrowienia.

A co będzie dalej?

- Mamy do dyspozycji trzy podstawowe narzędzia. Bywa, że specjalista zdecyduje się wykorzystać wszystkie lub tylko dwa z nich. Są to: terapia, samopomoc i farmakoterapia. Leki najczęściej stosuje się w połączeniu z terapią, indywidualną lub grupową. Bo tabletki mogą sprawić, że przestaniemy się panicznie bać albo czuć przytłaczający żal, ale nie usuną przyczyny zaburzeń lękowych ani zaburzeń nastroju. Coś sprawia, że jesteśmy podatni na niepokój, bezsenność albo wszechogarniający smutek. Musimy podczas sesji z terapeutą zmienić nasze myślenie, wzorce zachowań, które przyzwyczailiśmy się stosować w życiu, a które widocznie nie działają na naszą korzyść.

Wspominała pani o samopomocy... Co konkretnie ma pani na myśli?

- Szwedzki psycholog Alain Topor prowadził badania nad czynnikami, które pomogły wyzdrowieć ludziom z chorobą psychiczną. Odkrył rzecz niezwykle ważną, choć banalną. Okazało się, że szanse na pokonanie trudności rosły wcale nie w zależności od tego, jaką formę terapii i jakie leki zaordynowano pacjentowi, choć i to było istotne. Najbardziej kluczowe było... dobre życie. Pomagała obecność przyjaciół, robienie sobie samemu miłych rzeczy.

- Lubi pani gotować? Proszę gotować i zapraszać bliskich na kolacje. Kocha pani masaże? Niech pani prosi partnera, by codziennie wieczorem fundował pani kojący, pełen ciepła dotyk. Świetnie, jeśli mieszka pani w miejscu, w którym dobrze się pani czuje - proszę codziennie się tym cieszyć. Lub jeśli ma pani satysfakcjonującą pracę... Szybko przyzwyczajamy się do tego, co w naszym życiu wartościowe - radzę zwracać większą uwagę na to, co nam się udało - zamiast skupiać się na porażkach.

Rzeczywiście brzmi bardzo prosto. Dobrze żyć - to wystarczy?

- Jest jeszcze jedna, kluczowa kwestia. Proszę zwracać się do siebie w myślach miło i z szacunkiem! To zadziwiające, ale prowadząc "wewnętrzne monologi" w drodze do biura, w kolejce do kasy, podczas zmywania naczyń, mówimy do siebie tak, jak nigdy nie powiedzielibyśmy do nikogo obcego, a już na pewno - do bliskiej, kochanej osoby. "Ale ze mnie idiotka. Znowu to zrobiłam!", "Głupio się odezwałem, typowe dla mnie", "Jesteś leniwa. I brzydka!" Czy komukolwiek innemu potrafilibyśmy powiedzieć coś tak okrutnego?

- W różnych poradnikach psychologicznych napisano: posłuchaj pięknej muzyki, natrzyj się olejkiem, a w ogóle najlepiej jedź na Hawaje, to się zrelaksujesz. Nawet Hawaje nic nie dadzą, jeśli po drodze będziemy obrzucać siebie w myślach obelgami.

Jak więc do siebie mówić?

- Dobrze mówić. Trzeba nauczyć się być dla siebie dobrym, cierpliwym, wyrozumiałym. Skręciła pani w ulicę jednokierunkową? "Ojej, niemądrze zrobiłam. O, ktoś mi pokazuje na migi, że jestem głupia. Uśmiechnę się do niego, pokiwam głową: głupio zrobiłam, ale jestem całkiem mądra, wie pan?". Ja tak właśnie robię, bo nie jestem najlepszym kierowcą. Zamiast mówić: "Ależ ze mnie niezdara, nie potrafię prowadzić auta!", śpiewam sobie kołysanki. Żeby się uspokoić. Polecam to wszystkim, którzy w stresującej sytuacji mają skłonność do obwiniania siebie. Proszę sobie pośpiewać jak kochanemu dziecku. To działa!

Każdy może wrócić do zdrowia?

- Odpowiem tak: miałam dwanaście lat, gdy zachorowałam. Schizofrenia. Przez kilka lat cierpiałam. Robiłam sobie krzywdę: cięłam skórę ostrymi narzędziami, potrafiłam walić głową w ścianę. Wreszcie spróbowałam popełnić samobójstwo. Na szczęście lekarzom udało się mnie uratować. Zostałam przyjęta do szpitala. Jednak... uznano mnie za przypadek beznadziejny. Skierowano do domu opieki, bym tam spędziła życie. Pracowała tam pewna kobieta. Któregoś dnia przyszła do mnie i powiedziała, że jest takie zarządzenie: każdy pensjonariusz, pacjent, musi mieć plan. Nie plan wyzdrowienia. Plan tego, co będzie robić, gdy już wyzdrowieje. Co więc ja zamierzam robić? Zaskoczyło mnie to zupełnie.

- Dotąd nikt mnie o nic nie pytał, nie zakładał, że wejdę w jakąkolwiek inną życiową rolę poza tą jedną: pacjentki. Ale od razu powiedziałam: chcę być psychologiem. A ona, nie okazując w ogóle zdziwienia, zapytała po prostu: "Chcesz studiować w Oslo czy w innym mieście?". I tak małymi kroczkami, powoli, wcielałam przy pomocy pracownicy socjalnej mój plan. I jednocześnie zdrowiałam. Skończyłam studia, zaczęłam pracę... Moja historia pokazuje, że "powrót na stronę zdrowia" jest możliwy nawet w przypadku osób uznanych za ciężko chore. Nigdy więc nie należy tracić nadziei: wszyscy zaliczamy upadki. Ale też wszystkim przytrafiają się wzloty!

Rozmawiała: Jagna Kaczanowska

TWÓJ STYL 9/2013

Dowiedz się więcej na temat: choroby psychiczne | zdrowie | adaś miauczyński | depresja

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje