Przejdź na stronę główną Interia.pl

Nie cierpię swojej pracy

W pracy spędzamy połowę swojego życia, a jednak co piąta z nas jej nie znosi, a co druga niezbyt lubi to, co robi. Narzekamy na zarobki, nudne zadania, charakter szefa i bycie niedocenianą. Czy można poczuć satysfakcję w nielubianej pracy? Jak się motywować, gdy wydaje się ona bez sensu?

Beata zmienia pracę po raz szósty i kolejny raz opowiada o tym, z jakimi strasznymi ludźmi musiała pracować. Szef był niesprawiedliwy, firma ją wyzyskiwała, koledzy czyhali na pomyłki i nikt jej nie doceniał. W poprzedniej firmie sytuacja była zaskakująco podobna - szef widział tylko pomyłki, a firma płaciła grosze. Jeszcze wcześniej szefowa wyzyskiwała ją, koledzy byli zazdrośnikami...

Reklama

Który to już raz słucham historii jej "pecha" i zastanawiam się, jak to możliwe, że nie umie znaleźć w pracy choć odrobiny zadowolenia?

Prof. Anna Zalewska, psycholog i dziekan Wydziału Zamiejscowego Uniwersytetu SWPS w Poznaniu, prowadzi badania nad satysfakcją z pracy już od lat 90. Mówi, że zawsze w każdym społeczeństwie ok. 20 proc. ludzi nie cierpi swojego zajęcia. - Badania wykonuje się od początku lat 20. XX wieku i rozkład wyników prawie zawsze jest podobny - tłumaczy i dodaje, że nie sposób podać jednego czynnika, który przesądzałby o tej awersji.

Nasze (nie)zadowolenie z pracy zależy od zbyt wielu kwestii: od oceny kompetencji przełożonych i od kontaktów ze współpracownikami, od wysokości pensji, od perspektyw rozwoju i nadziei na awans. Od stopnia samodzielności i poczucia bezpieczeństwa. Od tego, czy zawodowe zadania są dla nas źródłem przyjemności, czy po prostu sposobem zarobkowania. I wreszcie - od naszej osobowości.

Kto cierpi w pracy, czyli ludzie nieprzysiadalni

Anna Zalewska, która pomaga mi rozgryźć zagadkę niezadowolenia z pracy, uważa, że niektórzy z nas są jakby predysponowani do jego odczuwania. Najłatwiej można ich poznać po tym, że w ich przypadku zmiana posady nie zmienia nic - wszędzie są sfrustrowani mniej więcej tak samo jak Beata.

- Ludzie, którzy cierpią w pracy, to zwykle ci "uwrażliwieni" na ujemne doświadczenia. W sytuacjach niejednoznacznych, a takich w życiu zawodowym jest przecież mnóstwo, wyławiają mankamenty, widzą głównie złe strony - wyjaśnia psycholog. - Zazwyczaj przyczynami tego stanu są skłonność do negatywnej emocjonalności, ciągłe przyjmowanie postawy obronnej oraz wysoki poziom neurotyczności. Brzmi to jak wyrok skazujący na chroniczny brak satysfakcji - tym bardziej że w XX-wiecznej psychologii dominowało przeświadczenie, że neurotyczność jest poważnym felerem: zmienia życie w huśtawkę nastrojów i wymaga terapii polegającej (w skrócie) na poszukiwaniu źródeł nadwrażliwości we wczesnym dzieciństwie. Jednak z punktu widzenia fizjologii neurotyczność to po prostu zwiększona reaktywność nerwowego układu współczulnego i w dużym stopniu jest wrodzoną cechą osobowości, taką samą jak intro i ekstrawertyzm.

Hans Eysenck, wybitny angielski badacz osobowości, zrezygnował nawet z przedrostka "nad" i nazwał ją po prostu wrażliwością emocjonalną. Radził, by nie patrzeć na neurotyków jak na ludzi z felerem, lecz obdarzonych większą czułością na bodźce. Podobnie uważają przedstawiciele psychologii pozytywnej (trendu w psychologii XXI wieku, nie mylić z tzw. pozytywnym myśleniem). Twierdzą, że nadmiernie koncentrujemy się na wadach i problemach do terapeutyzowania. Kluczem do życiowej satysfakcji jest dobre rozeznanie w tym, jacy naprawdę jesteśmy, a nie naprawianie natury i błędów wychowawczych rodziców. Przecież gdyby stworzyć listę neurotyków, znalazłoby się na niej wielu takich, którzy umieli osiągnąć zawodowe spełnienie, choć byli ludźmi drażliwymi i "nieprzysiadalnymi": choćby Woody Allen czy Steve Jobs.

Zamiast walczyć z niechcianymi cechami, odkryli, jakie mają atuty, i znaleźli pracę, w której mogli z nich korzystać.

- Jeżeli człowiek znajduje się w sytuacji, która wymaga wykorzystania jego mocnych stron, zaczyna się angażować. Robi to, czemu potrafi sprostać, w czym umie osiągnąć sukces, a przynajmniej postęp - tłumaczy prof. Zalewska.

Tak powstają warunki do doświadczania flow - uskrzydlającej radości płynącej z zatopienia się w pracy wykonywanej z zaangażowaniem, pasją, zapamiętaniem. Twórca tego pojęcia, psycholog Mihály Csíkszentmihályi, mawia, że kto raz to przeżył, wie, że warto żyć. Doświadczanie flow zwykle kojarzy się nam z zawodami artystycznymi - poniekąd słusznie, bo towarzyszy często procesowi twórczemu. Ale dotyczy nie tylko pisarzy, muzyków i malarzy, "łapią" je również naukowcy, badacze, a także kucharze, konserwatorzy zabytków, sportowcy. Pod warunkiem że umieją robić to, co robią, bo flow pojawia się, gdy napotykasz wyzwania, których sprostaniu idealnie odpowiadają twoje zdolności.

Jak mówi prof. Zalewska, najważniejszym warunkiem satysfakcji jest zawsze właściwy wybór aktywności.

Twój profil, czyli jak poczuć flow

Yvon Chouinard, twórca kultowej marki Patagonia (niedawno weszła również na polski rynek), nigdy nie marzył, żeby zostać biznesmenem. Był "nieprzysiadalnym" samotnikiem, kochał wspinaczkę po górach i jazdę na gapę pociągami towarowymi. Swoje flow przeżywał, wchodząc na skalne ściany, i ono też stało się zaczątkiem jego biznesu: potrzebował stabilnych haków wspinaczkowych, jakich nie było w sprzedaży. Wykonał je sam, a potem sprzedawał innym fanatykom alpinizmu po półtora dolara za sztukę. Dziś obraca rocznie trzystoma milionami i zarządza swoją firmą - jak mówi - "przez nieobecność", bo nadal lubi być w drodze i nie cierpi biurowego życia. Podobno jego Patagonia jest prawdziwym zbiorowiskiem "nieprzysiadalnych" pracowników - Chouinard ceni wrażliwość, indywidualizm i uważa je za wyznaczniki kreatywności.

Jest jednak wśród przedsiębiorców wyjątkiem - niełatwo znaleźć szefa, dla którego te cechy nie oznaczają po prostu "trudnego pracownika". Dlatego statystycznie rzecz biorąc, neurotyczni nadwrażliwcy osiągają zawodowe zadowolenie w dwóch kategoriach miejsc: w wolnych profesjach lub na niezależnych, samodzielnych stanowiskach. Fatalnie natomiast czują się w pracy wymagającej stałej interakcji z ludźmi, poddawani codziennej kontroli i ocenie. Jeśli więc dobrze wybiorą zawód, znajdą satysfakcję. Tylko jak dobrze wybrać?

Prof. Zalewska uważa, że za rzadko korzystamy z doradztwa zawodowego: - Kierujemy się modami, pogłoskami, radami znajomych, a znacznie lepiej jest skorzystać z fachowej pomocy. Specjaliści znają rynek pracy, orientują się w wymaganiach związanych z różnymi rodzajami profesji, potrafią zdiagnozować nasze mocne i słabe strony. To ważne, bo, po pierwsze, zwykle mamy wiele złudzeń na swój temat, a po drugie czasem jedna cecha może przeszkadzać odnaleźć się w zajęciu, które sobie wybraliśmy, a stać się walorem w pokrewnym.

Z niedawno przeprowadzonego badania ankietowego Kelly Global Workforce Index wynika na przykład, że aż 20 proc. najmłodszych pracowników (w wieku do 29 lat) czuje rozczarowanie wybranym zawodem.

- Tak się zdarza, jeśli kierujemy się tylko marzeniami. Młodzi ludzie nie biorą pod uwagę, że w wykonywaniu upragnionego zawodu mogą im przeszkadzać np. cechy temperamentalne. Kończą medycynę, zdobywają zawód marzeń i przeżywają frustrację, bo ich uwarunkowania genetyczne są takie, że czują się fizycznie źle, kiedy nie mogą funkcjonować regularnie, dzień nie ma stałego porządku, pory posiłków i snu stale się zmieniają. W wielu zawodach praca na zmiany, po godzinach i w weekendy jest po prostu oczywistością, tak pracują handlowcy, lekarze, pielęgniarki, służby mundurowe. Trzeba to brać pod uwagę przy wyborze zawodu. Nie jest tak, że można się do wszystkiego przyzwyczaić. Uprawianie zawodu, który nie pasuje do naszego wewnętrznego profilu, organizm może odbierać jako stały stres, codzienny dyskomfort - tłumaczy prof. Zalewska.

Doradca zawodowy, choć oczywiście nie wyszuka nam posady, wskaże dziedzinę, w której możemy osiągnąć spore zadowolenie, wytypuje najlepiej dopasowaną do naszych możliwości, zdolności, oczekiwań i wartości kategorię profesji. Z badań wynika, że takie dopasowanie jest na pewno bardziej satysfakcjonujące niż popularna dziś postawa "możesz nauczyć się wszystkiego, idź za tym, czego pragniesz". Wynika z niej często poczucie, że stale borykamy się z przeciwnościami, nie wykorzystujemy swoich zdolności, nie jesteśmy doceniani. Oczywiście można nauczyć się wielu rzeczy, ale badania pokazują, że lepiej opłaca się rozwijać posiadane zalety niż stale uzupełniać braki, by dogonić innych. Jeśli robimy coś, do czego mamy zdolności, to szybko zyskujemy poczucie skuteczności i nasze zadowolenie z siebie i pracy rośnie. Pojawia się poczucie sukcesu i chęć na więcej. Wraz z nimi wzrasta wydajność i nabieramy rozpędu na zawodowej ścieżce.

Mieszane uczucia, czyli co ma sens

Jak mówi prof. Zalewska, dla jednych praca to kara za grzechy, dla innych dobrodziejstwo - ale opinia całej reszty mieści się gdzieś pomiędzy tymi skrajnościami. Ta reszta to aż 43 proc. Polaków (wyniki Ogólnopolskiego Badania Satysfakcji z Pracy), którzy pytani o stopień zadowolenia z posady mają mieszane odczucia. Nie cierpią szefa, ale lubią kolegów. Akceptują swoje zadania, jednak narzekają na zarobki. Z mieszanych uczuć średniej wyciągnąć nie można, bo nie sposób określić, który z czynników u kogo okaże się ważniejszy.

- Dla sporej grupy ludzi decydujące znaczenie ma wynagrodzenie - mówi prof. Zalewska. - Praca jest dla nich wartością instrumentalną - pracują po to, by zarobić, a pieniądze przeznaczyć na realizację tego, co sprawia im satysfakcję: hobby, pasję, osiąganie celów czy spełnianie marzeń. Wtedy niskie zarobki oznaczają równocześnie brak satysfakcji z posady i aby ją osiągnąć, musimy znaleźć odpowiedź na pytanie: co mogę zrobić, by zarabiać więcej?

- Co mógłbyś innego robić w tej samej firmie, żeby zarobić więcej? Jakie zadania mógłbyś wykonywać, żeby dostać podwyżkę czy premię? - podpowiada psycholog i mediator Agata Wilska z Centrum Rozwoju Holis. - Może jest inne stanowisko, rodzaj zadań, którymi twój pracodawca byłby zainteresowany? Idź do niego, zaproponuj, podpowiedz. Branie losu we własne ręce daje poczucie wpływu na sytuację, a to poprawia samopoczucie. Znajdź odwagę, żeby porozmawiać z przełożonym, przekonaj go, że wykonując inne zadania, będziesz skuteczniejsza, że firmie to się opłaci. Na takiej rozmowie na pewno nie stracisz - nawet jeśli szef nie przyjmie twojej propozycji, to zobaczy w tobie pracownika operatywnego i pełnego inicjatywy.

Oczywiście czasem to właśnie osoby, którym podlegamy, obniżają nasze zadowolenie z pracy. Są badania, które pokazują, że poziom inteligencji emocjonalnej szefa ma ogromny wpływ na funkcjonowanie całego zespołu.

- Szczególnie destrukcyjni są przełożeni pełni negatywnych emocji, ale także zwierzchnicy nieprzygotowani do pełnienia swojej funkcji, nieświadomi, czerpiący z fatalnych wzorców, wyobrażeń o kierowaniu ludźmi - mówi Anna Zalewska.

Niestety, w takiej sytuacji pracownik niewiele może. Potrzebny jest fachowiec, coach, który rozpozna sytuację, zbada relacje, wyreguluje emocje, żeby poprawić komunikację w zespole. Wiele firm decyduje się go zatrudnić, dostrzegając trudności, ale jeśli nasza nie, to warto wtedy zainwestować w osobisty coaching, choćby taki, który przygotuje nas do zmiany posady. Czasem odejście jest jedynym wyjściem - badacze zauważyli, że ludzie długotrwale niezadowoleni z pracy częściej doznają wypadków i częściej chorują: mają objawy psychosomatyczne, cierpią na depresję, wypalenie zawodowe, poczucie życiowej pustki. Jest jednak i inna droga.

Przed narastaniem niezadowolenia chroni nas znalezienie sensu wykonywanej pracy. Jak twierdzi pionier psychologii pozytywnej Martin E.P. Seligman, pojawia się ono, jeśli potrafimy dostrzec, że nasza praca czemuś służy, jest potrzebna komuś oprócz nas - grupie ludzi, społeczeństwu, instytucji. O ile flow można przeżywać, rozwijając osobiste pasje zupełnie bez znaczenia dla innych, o tyle sens żąda od nas szerszego, społecznego spojrzenia.

Są ciekawe badania sprzed dekady, z których wynika, że umieją to nauczyciele: choć niezadowoleni z zarobków i niewielkich perspektyw awansu, to mimo wszystko czują się zawodowo spełnieni. Z kolei ankieta Kelly Global Workforce Index pokazuje, że po czterdziestce u ponad połowy z nas (57 proc.) chęć poczucia sensu wyprzedza potrzebę osiągnięć i staje się ważniejsza nawet od wysokich zarobków. "Nie pytaj: jaki sens ma moja praca? - pisze Martin E.P. Seligman w książce »Prawdziwe szczęście...«. - To praca pyta ciebie: po co właściwie mnie wykonujesz? Sens jest pojęciem subiektywnym, osobistym, zależy od naszej spostrzegawczości, inteligencji, zdolności znajdowania powiązań i zależności".

Seligman w swojej książce opowiada o mężczyźnie, który zmuszony był pracować jako salowy w szpitalu. Psycholog spotkał go przy łóżku swojego pogrążonego w śpiączce przyjaciela. Obserwował, jak ten najpierw wyniósł basen, a potem porozwieszał naprzeciwko łóżka chorego fotografie morskich pejzaży. Na pytanie, czym właściwie się tu zajmuje, odpowiedział, że jest salowym i dba o swoich pacjentów. "Nie powiedział, że jego praca polega na wynoszeniu kaczek i zmywaniu tac - pisze Seligman - lecz na trosce o ludzi (»kiedy się obudzi, chcę mieć pewność, że od razu zobaczy piękne rzeczy«, powiedział). Miał podrzędne stanowisko, ale umiał sam dodać mu sensu i znaleźć zadowolenie". Bez względu na profesję każdy z nas może zrobić to tylko sam.

Magdalena Jankowska

PANI 12/2015


Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje