Przejdź na stronę główną Interia.pl

Mężczyzna, który nie potrafi kochać

To opowieść kobiety, która przyszła do mnie na terapię. Żyła z mężczyzną, który na przemian uwielbiał ją i upokarzał, opowie o tym sama, lepiej niż zrobiłabym to ja – mówi psychoterapeutka Małgorzata Ohme.

Iść do psychologa z powodu faceta, mając prawie czterdziestkę na karku? Wariactwo - myślałam. Choć w moim środowisku prawie każdy do kogoś chodził, a rozmowy na temat doświadczeń terapeutycznych wypełniały wieczorne spotkania przy winie i szepty na korytarzach korporacji.

Reklama

Ja pomyślałam o tym dopiero, gdy M. pojawił się w moim życiu. Nie od razu. Najpierw było miło. Poznaliśmy się u znajomych. Drink, small talk. Dzwonił i wysyłał mi wiersze SMS-ami. Był czarujący, zabiegał o mnie, choć byłam świeżo po rozstaniu i nie miałam ochoty na nowy związek. Zabierał mnie na wystawy, robił mi zdjęcia, opowiadał o książkach. Dzwonił wieczorem, by zagrać dla mnie na pianinie. Nie zauważyłam, jak wpadłam po uszy.

Po trzech miesiącach znajomości nie wyobrażałam sobie życia bez niego. I wtedy zaczęła się ta moja golgota. Z kilku telefonów dziennie przeszedł do jednego na trzy dni. Najczęściej dzwonił, gdy był chory, miał kaca czy depresyjny nastrój. Kiedy domagałam się kontaktu, oburzał się i tłumaczył nerwowo, że zmuszanie go do dzwonienia, gdy nie ma na to fazy, jest zabijaniem spontaniczności, tego, co najpiękniejsze w związku.

- Chcesz, żebym dzwonił tylko dlatego, że powinienem? Sprawi ci to radość? Mnie by nie sprawiło - ucinał dyskusję, a ja zastanawiałam się, czy może nie ma racji.

Wytrzymywałam dzień, dwa i pragnęłam go usłyszeć, zobaczyć. Byłam zakochana i potrzebowałam kontaktu. On nie.

Nocował u mnie czasami, ale nigdy niczego po sobie nie zostawiał. Jakby zamazywał ślady: starannie pakował szczoteczkę, bieliznę, okulary, książkę. Zawsze w tę samą czerwoną turystyczną torbę.

Nie zauważyłam, że dostosowuję swoje zachowania do jego zwyczajów. Przynoszę do niego kosmetyczkę, którą zabieram w takim samym stanie, gdy wychodzę. Szczoteczkę zostawiałam w ukrytym miejscu na jego półce. Na początku podejrzewałam, że może ma kogoś oprócz mnie albo udaje przed innymi, że nie istnieję. Potem zrozumiałam, że pozostawianie śladów byłoby dowodem na związek, a on nie chciał być w związku - przynajmniej nie w takim, jak ja sobie wyobrażałam.

Nigdy nie określał się do końca, czy się spotkamy w weekend, czy zostanie na noc. Nienawidził zobowiązań. Aktualne było to, na co umówiliśmy się danego dnia. Przyszłość nie istniała.

Każda rozmowa dotycząca jakichkolwiek planów kończyła się awanturą. Może z wyjątkiem momentów, gdy był słaby (jak wyżej) lub gdy bał się, że odejdę. Wtedy rzucał mi: "Moglibyśmy mieć takie mieszkanie w centrum" albo "Nie wykluczam, że chciałbym jeszcze mieć dziecko". Kiedyś, za jakiś czas, może. Nie miałam dzieci, więc kwestia planów była dla mnie bardzo ważna, bo byłam już po trzydziestce, gdy go poznałam.

On miał dwie córki, które kochał i które mu wystarczały w zupełności. Powinnam była to widzieć, ale nie widziałam. Podobnie jak nie umiałam wyciągnąć wniosków z tego, że nie byliśmy w stanie zaplanować żadnych weekendów ani wakacji. Wściekał się, gdy chciałam coś zabukować, i odsuwał to w czasie tak długo, aż brakowało miejsc.

Potem zrozumiałam, że on nie chciał nigdzie ze mną wyjeżdżać, a rezerwacja byłaby zobowiązaniem. Dlatego nigdy nie dziękował mi za zorganizowanie żadnej naszej wycieczki niespodzianki. A jednak je robiłam, bo miałam go na wyjazdach na wyłączność. On, ja, Paryż.

Tworzyłam sobie taką iluzję, że jesteśmy razem, jest pięknie i nadzieja wypełniała moje serce. Prawda jest taka, że wracałam z tych wyjazdów w jeszcze gorszym stanie. Miał dużą wiedzę, więc to on stawał się przewodnikiem. Słuchałam zauroczona, jak opowiadał o historii czy architekturze.

Tylko wciąż mnie pouczał, krytykował. Miałam wrażenie, że staję się jego cieniem. W Pradze każdego ranka, nim się obudził, biegłam po kawę dla niego i croissanta. Nie wiem dlaczego. On nigdy nie przyniósł mi kawy. Rzadko cokolwiek od niego dostawałam. Najczęściej gdy wiedział, że przegiął. Kiedy zauważył, że staję się nieobecna. Czyli najczęściej wtedy, jak mnie zranił lub kolejny raz odrzucił.

Po półtora roku pierwszy raz go zostawiłam. Straciłam nadzieję, że coś z tego będzie, i postanowiłam odbudować swoje życie. Z dnia na dzień stawałam się silniejsza, pomogli mi przyjaciele i rodzina. Najpierw był obrażony. Potem dzwonił, pisał, błagał. Czułam, że dostaję nagrodę za wszystkie moje starania, za to, jaka byłam dobra dla niego.

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje