Przejdź na stronę główną Interia.pl

Małżeństwo w zawieszeniu

​Nieraz rozwód jest, a jakby go nie było. W szufladzie leży orzeczenie sądu, ale ona i on wciąż mieszkają pod jednym dachem. Mijają się w korytarzu, ignorują, warczą na siebie - bo nie mogą zacząć nowego życia. Gdzie znajdują się do niego drzwi?

Ich mieszkanie meblował Rafał. On wybrał szerokie deski na podłogi i arabskie kafle do łazienki. Kiedy Agnieszka na nie patrzy, ożywają w jej pamięci wspomnienia z początków ich związku i prawie się rozczula, ale tylko na moment, bo przypomina sobie, że to ona musiała za nie zapłacić.

Reklama

- Tak było zawsze. Ja pracowałam, spłacałam raty, odkładałam, zmieniałam pracę, żeby zarobić i dorobić. On żył jak student: dorywcza praca dla jakiejś firmy architektonicznej, raz czy dwa razy w miesiącu projekt wnętrza - mówi.

Kiedy urodziła się Marysia, Agnieszka ten układ doceniała. Wracała wieczorem skonana do domu, a tu mała nakarmiona, wykąpana, w kuchni obiad na stole. Tylko że czas mijał, córka poszła do przedszkola, a Agnieszka nadal zarabiała na czynsz, kredyt, jedzenie, wakacje, Rafał natomiast niespiesznie kończył jakieś zamówienie. Ona padała ze zmęczenia, a on kupował sobie za "swoje pieniądze" kaszmirowy sweter, lepszy komputer, nowszy program graficzny.

- "Słuchaj, tak dalej być nie może" - mówię pewnego dnia. - Nie mogę sama nas utrzymywać, nie daję już rady". Wcale się tym nie przejął. Wysłuchał i spokojnie oświadczył, że nie ma etatów dla dekoratorów wnętrz, rynek jest taki, jaki jest, on nic na to nie może poradzić, ale żebym się nie martwiła, bo Szymon (szef firmy architektonicznej, z którą współpracował) obiecał mu umowę na dwa mieszkania - opowiada Agnieszka.

Ile takich rozmów odbyli?

- Dziesiątki - zaznacza. - Dopiero prowadząc je, zrozumiałam, że jemu taki układ odpowiada. Odwiezie małą do dziadków albo do przedszkola, zrobi zakupy i ma cały dzień dla siebie. Nie zależało mu na pieniądzach, nie miał ambicji zawodowych, chciał tylko przyjemnie żyć. Tyle że prowadził takie życie moim kosztem!

Właściwie się nie kłócili, bo, jak mówi Agnieszka, z Rafałem trudno się kłócić.

- Jest jak mój ojciec: słucha i nie polemizuje, a jeśli poczuje się urażony, wychodzi - opowiada. Tak więc ona czasem krzyczała, a on tylko marszczył brwi i robił minę: "Ojej, znów cię naszło?", albo rzucał: "Zobaczysz, ułoży się, będzie lepiej".

Decyzję o rozwodzie podjęła po wakacjach - na które kolejny raz pojechał tylko on z córką, bo ona pracowała. Mówi, że tamtego lata w pustym domu uświadomiła sobie, że już nic się nie zmieni: ona będzie harować, a on spokojnie sobie żyć i mieć gdzieś jej zmęczenie. Ona będzie słyszała, że coraz gorzej wygląda i że nie powinna się tak przemęczać, bo szybko się zestarzeje, a on - że taki z niego dobry tata.

"Jak to, rozwodzisz się? Tak ni stąd, ni zowąd?", zdziwiła się przyjaciółka Agnieszki. Znajomi byli zaskoczeni: owszem, czasem narzekała, jęczała, że nie daje rady, ale kiedy mówili, że ten jej facet to pasożyt i "niedojrzałek", broniła go, bo przecież gotuje, sprząta... Kolega Rafała złapał ją za łokieć na ulicy: "Aga, co ty wyrabiasz? Przecież znałaś Rafała, nie oszukał cię, wiedziałaś, że nie lubi się zmęczyć ani ubrudzić...".

"A o dziecku pomyślałaś? To ty sama jesteś winna, skoro nie wpłynęłaś na niego przez tyle lat", podsumowała mama.

"No więc dobrze - wybuchnęła Agnieszka. - Tak, wiedziałam, jaki jest. Tak, nie umiałam się z nim porozumieć. Jestem winna. I co z tego? Mam z nim zostać, bo przyprowadza Marysię z przedszkola do domu i smaży naleśniki? Nie spałam z nim prawie od roku! Chcę odpocząć, poznać kogoś innego, póki nie jest za późno". Wtedy ojciec mruknął: "Tak łatwo się go nie pozbędziesz". I miał rację - wspomina Agnieszka.

Martwy punkt

Nie jest pewna, czego - wnosząc sprawę o rozwód - chciała bardziej: potrząsnąć Rafałem czy się od niego uwolnić? Pragnęła jednocześnie, żeby się zmienił, zaczął pracować, żył odpowiedzialnie i żeby zniknął z jej życia, robiąc miejsce dla kogoś innego.

- Po prostu nie byłam w stanie dłużej go utrzymywać - przyznaje. Rafał, jeśli przeżył wstrząs, to krótkotrwały. Zachowywał się raczej jak człowiek, którego dobrych intencji nie doceniono, a walory zlekceważono.

"To jakiś absurd - powiedział, kiedy oświadczyła, że złożyła pozew. - Chcesz wszystko rozwalić, bo co? Bo za mało zarabiam?".

"Wcale nie zarabiasz. Traktujesz swoje wypłaty jak kieszonkowe!", podniosła głos Agnieszka, a Rafał wstał i rzucił tylko: "Przemyśl to. Wiem, że nie jest najlepiej między nami, ale pomagam ci, jak mogę".

- Miałam nadzieję, że wyprowadzi się do swoich rodziców. "Są już starzy, potrzebują cię, pomożesz im", zachęcałam. Popatrzył dziwnie i powiedział: "Nie zamierzam się stąd wynosić, to jest też moje mieszkanie. Spłać mnie, to odejdę".

W Polsce co roku sądy orzekają ponad 60 tys. rozwodów. W 70 proc. przypadków pozew wnosi kobieta. Nikt nie prowadzi statystyk, gdzie rozwiedzeni mieszkają po ślubie, ale badacze szacują, że co piąta para przynajmniej przez pewien czas po rozwodzie mieszka pod jednym dachem.

Według Marty Mauer-Włodarczak, psychoterapeutki małżeństw, właścicielki poradni Sensity.pl, taki rozwód to krok desperacki: - Jak z deszczu pod rynnę. Jeśli nie umieliśmy rozwiązać naszych problemów jako para, to jak się porozumiemy po rozwodzie, gdy przynajmniej jedno z dwojga poczuje się zranione, odrzucone i nie będzie chciało współpracować? Mieszkać we wspólnej przestrzeni z osobą, która ma do nas żal, gdy w grę wchodzi urażona duma i kłótnie o podział majątku, to jak życie z zaciśniętymi zębami.

Przy Marysi Agnieszka i Rafał usiłują zachowywać się "normalnie": rozmawiają o pogodzie i uprzejmie podsuwają sobie masło. Kuchnia jest teraz ciasna i wąska jak kiszka - od pokoju dziennego, z którym dawniej była połączona, odgradza ją nowa gipsowa ścianka. Postawiła ją Agnieszka, zabrała małżeńskie łoże i przeniosła się do największego pokoju. W trzypokojowym mieszkaniu będą odtąd trzy sypialnie.

W ich dawnej, wspólnej śpi na składanym łóżku Rafał. Każdy ma swoje terytorium. Z rozprawy rozwodowej wracają osobno. Ona samochodem, on autobusem.

Agnieszka chciałaby poczuć radość, ulgę z powodu odzyskanej wolności, ale nie czuje nic specjalnego.

Psycholog Izabella Kurzejewska tłumaczy, że rozwód bez rozstania powoduje uczucie utknięcia w martwym punkcie.

- Rozwodnicy to ludzie, którzy chcą zamknąć pewien etap w życiu i rozpocząć nowy. Tu jest to niemożliwe, połowiczne. Taka sytuacja jest trudna emocjonalnie - nie wiadomo, jak traktować byłego męża, co powinno ulec zmianie we wzajemnych stosunkach. Pół biedy, jeśli ludzie potrafią ze sobą rozmawiać, ale zwykle rozwodnicy właśnie nie potrafią i zostają sami z natłokiem pytań. Czy wystarczy, że ze sobą nie śpimy? Czy powinniśmy się przyjaźnić dla dobra dziecka? A może to hipokryzja? Może najlepiej w ogóle nie rozmawiać? To zamieszanie nieuchronnie prowadzi do wzajemnego osądzania i obwiniania - podkreśla.

Agnieszka narzeka: - Nie miałam możliwości ruchu, gdy byłam jego żoną, ale po rozwodzie nic się nie zmieniło. Nie mogłam sprzedać mieszkania - prawie całe było na kredyt, więc nic bym nie zyskała. Zresztą było mi żal, pracowałam na nie przez te wszystkie lata. Jedyne, co mogłam, to być zła na niego, na tę zadowoloną z życia pijawkę. Nakręcałam się, chciałam go znienawidzić, miałam nadzieję, że to go zmusi do wyprowadzki. Znam go: dopóki będzie mu dobrze, będzie mi siedział na karku i udawał, że jest moim przyjacielem. A ja, w imię tej przyjaźni, będę musiała wykładać pieniądze.

Po chwili dodaje: - Ciągle powtarzałam sobie, że to teraz dla mnie obcy człowiek.

Wieczorami, gdy Marysia śpi, w wąskiej kuchni odbywają się regularne próby sił. Ona: "Kiedy się wyprowadzisz?". On: "Kiedy mnie spłacisz". Ona: "Utrzymywałam cię dziesięć lat, wystarczy". On: "Wychowywałem nasze dziecko i pracowałem w domu, to się nie liczy?". Ona: "Więc zdecydowałeś się siedzieć mi na głowie do końca życia?". On: "Siedzę u siebie w domu".

Raz Agnieszka w bezsilnej złości każe mu oddać talerz, na którym je - to ona go kupiła. Rafał patrzy na nią z nienawiścią i wylewa zawartość talerza na stół. Odtąd nie rozmawiają o wyprowadzce.

Dwie twierdze

W nocy Agnieszka nie może zasnąć. Po raz pierwszy od ponad roku ma ochotę na seks. Przychodzi jej do głowy, żeby zakraść się do dawnej sypialni i wsunąć do Rafała pod kołdrę. "Chyba oszalałam!". Siada na łóżku ze złością. Idzie do łazienki i stoi długo pod prysznicem. Następnego dnia, gdy mijają się na korytarzu, Agnieszka odsuwa się pod ścianę. Trochę dlatego, że pamięta swoje nocne pożądanie, a trochę po to, żeby wysłać sygnał: jesteś obcy, nie dotykaj mnie. Rafał patrzy dziwnie, zabolało go.

Ale za drugim razem spogląda już z drwiną: "Nie bój się, nie dotknę cię". Pewnego popołudnia idzie na imprezę urodzinową do kolegi. Wchodzi do pokoju Agnieszki i bierze z kredensu karafkę, którą kiedyś dostali w prezencie i nawet nie rozpakowali. Agnieszka ją tam schowała, mówiąc: "To będzie prezent przechodni".

Czeka na niego rozzłoszczona do drugiej w nocy. "Jak mogłeś wziąć z mojego pokoju rzecz bez pytania?", syczy półszeptem. Następnego dnia dorabia klucze. Wypowiada umowę o internet (ona korzysta z komputera w pracy, a on, jeśli potrzebuje, niech płaci sam). Chowa w swoim pokoju proszek do prania (on sobie wciąż odsypuje). "Mogłam cię utrzymywać, gdy byłeś moim mężem, teraz jesteś... sublokatorem", rzuca.

Izabella Kurzejewska nazywa to grą w uprzykrzanie życia. - Zaczyna się od: "Ja ci teraz pokażę", a kończy nienawiścią. Paradoksalnie to przedłuża związek, po prostu taka wymiana ciosów bardzo angażuje emocjonalnie, a słabszy, nie mogąc odparować, reaguje biernym oporem. Broni się jak oblężona twierdza - mówi psycholog i dodaje, że omyłką jest przekonanie, że można walką zmusić partnera do wyprowadzki.

- To fatalny błąd. Możemy sobie powtarzać, że po rozwodzie to jest obcy człowiek, ale to nieprawda. Nie jest już mężem, ale są dzieci, a on jest nadal członkiem rodziny.

Marta Mauer-Włodarczak uważa, że u podstaw takich konfliktów leży zagubienie i niezrozumienie własnych potrzeb.

- Często rozwód wydaje się nam najprostszym rozwiązaniem, bo mamy nadzieję, że partner padnie na kolana na wieść o pozwie. Czekamy, aż przeżyje uzdrawiający szok, a gdy się budzimy, stwierdzamy, że sprawy zaszły za daleko - mówi.

A wtedy nikt nie ma odwagi zawrócić: każdy został urażony, każdy widzi tylko swoje rany i marzy o zemście.

Na własny rachunek

Agnieszka chodzi na randki. I za każdym razem czuje się głupio, wracając do domu. Jakby prowadziła podwójne życie. Jej przyjaciółka mówi: "Co z tego, że masz rozwód, skoro w kółko mówisz i myślisz tylko o nim?". To prawda. Agnieszka czuje się cudownie, bo Rafał nie przynosi już sobie markowych ciuchów ze sklepów.

Musi sam kupić jedzenie, płacić alimenty na Marysię. Robi się smutny, jakby zacięty. Córka patrzy na matkę z wyrzutem, gdy gotuje obiad tylko dla nich dwóch: "Mamo, a tata nic nie jadł".

- Ma siedem lat. Jak jej wytłumaczyć, że rozwód polega na tym, że każdy musi żyć na swój rachunek? - pyta Agnieszka. Tylko czy sama to potrafi? Latem jedzie z córką nad morze. Nudzi się, ale co za radość - pierwszy raz nie funduje wakacji Rafałowi. W domu uważnie obserwuje: chyba dostał honorarium, bo na jego półce w lodówce pojawiła się dobra wędlina.

Półtora roku po rozwodzie Rafał nie wraca do domu na noc. Agnieszka się martwi. Następnego dnia dostaje SMS: "Czy możesz dziś odebrać Marysię ze szkoły?". Może wreszcie dostał pracę, myśli, szykując córkę do snu. Przysypia już przed telewizorem, gdy słyszy pukanie. To Rafał. "Wyprowadzam się - mówi. - Szczęśliwa?". Agnieszka nie wie, co odpowiedzieć. Siada na kanapie. "Do rodziców?", pyta. "Nie - komunikuje z iskierką triumfu. - Nie do rodziców".

Dwa tygodnie później w mieszkaniu wielki remont. Marysia przeprowadza się do pokoju ojca, Agnieszka do pokoju Marysi. Kuchnia znów połączona z pokojem dziennym.

- Wcale nie czułam się szczęśliwa. Rafał poznał inną kobietę i po prostu się do niej wyprowadził. Byłam wściekła, chciałam biec ją ostrzec. Jaka ja jestem głupia, nie mogę się uwolnić od tego związku! - opowiada.

Pierwszą noc w opustoszałym mieszkaniu przepłakała. To wtedy wymyśliła wielki remont, by odwrócić uwagę Marysi planami meblowania nowego pokoju. "Będzie jak u księżniczki, zobaczysz". Ale to jej miał pomóc remont i... nie pomógł.

Marta Mauer-Włodarczak nazywa rozwód Agnieszki ucieczką od rozwiązania problemu.

- Problemem była nieumiejętność postawienia granic, powiedzenia partnerowi "stop", a potem narastająca uraza z powodu jego postępowania. Czasem chcemy coś wyegzekwować i wytaczamy działa największego kalibru, a można to uzyskać mądrymi wymaganiami. Nie trzeba się rozwodzić, żeby powiedzieć "weto". Dlaczego zdecydowała się na rozwód, zamiast szukać pomocy u terapeuty, prawnika, mediatora? - zastanawia się psychoterapeutka.

Agnieszka idzie do psychologa dopiero teraz. Właściwie chce rozmawiać o swoim nowym życiu, o tym, jak się odciąć, przestać myśleć o eksmężu, ale wychodzi inaczej. Terapeutka pyta, dlaczego nie pracowała mniej, skoro była zmęczona. Dlaczego nie przestała dawać mężowi pieniędzy na dom, jeśli chciała, żeby płacił ze swoich? Dlaczego nie jeździła na wakacje, skoro chciała odpocząć i więcej czasu spędzać z dzieckiem? Może jednak wolała zarabiać?

Agnieszka obrusza się, ale psycholog uspokaja - przecież nie o ocenianie tu chodzi, lecz o jej, Agnieszki, potrzeby. O to, czego oczekuje od innych i co sama chce dać. Jak ważne są dla niej pieniądze? Więź z dzieckiem?

Nie pójdzie do przodu, jeśli tego nie zrozumie. To samo mówi Marta Mauer-Włodarczak: - Jeśli nie rozumiemy, jaka była nasza rola w tym, że się nie udało, nie możemy iść dalej.

Agnieszka czesze się w łazience i nakłada starannie szminkę. Za chwilę do Marysi ma przyjść tata, a Agnieszka chce mu powiedzieć: "Wiesz, Rafał, obwiniałam cię, a sama nie byłam wobec ciebie w porządku. Wcale nie jesteś obcy, jesteś dla nas ważną osobą". Nie ma pojęcia, co będzie dalej, ale chce to zrobić. Żeby ruszyć z miejsca.

Magdalena Jankowska

PANI 4/2015

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje