Przejdź na stronę główną Interia.pl

Głodne uczucia

Jedzenie to sposób na zaspokajanie głodu? Jak się okazuje - nie tylko. Pomaga uporać się ze złością, bywa nagrodą albo pocieszeniem. Ale niestety przez chwilę. Bo niechciane uczucia wracają ze zdwojoną siłą. Jak sprawić, by znikły na zawsze? Pytamy Magdalenę Jarzębowską, psychodietetyka.

Czy jedzeniem możemy wpływać na nastrój?

Reklama

Magdalena Jarzębowska: Oczywiście! Jeśli nęka panią chandra, proszę jeść dużo jarmużu, sałat, szpinaku. Na pewno podziała, chociaż być może efekt nie będzie natychmiastowy. Wykazano jednak, że chorzy na depresję mają niedobory witamin z grupy B, a także - nienasyconych kwasów tłuszczowych. I ich podanie przynosi poprawę. To trochę tak jak z uprawianiem sportów i braniem narkotyków. Może pani zacząć biegać, pływać - regularny ruch sprzyja wydzielaniu endorfin, hormonów szczęścia. Albo wziąć magiczną pigułkę i poczuć natychmiastowy przypływ euforii. Krótkoterminowy efekt podobny, ale konsekwencje dramatycznie różne. Podobnie można jeść zdrowo i czuć się lepiej albo zjeść tabliczkę czekolady, paczkę czipsów, kawałek tortu.

Bo cukier krzepi.

- Krzepi, ale tylko przez chwilę. Przekąski - głównie słodycze - ociekają cukrem, a nasz mózg uwielbia glukozę, to jego podstawowe paliwo. Czujemy przyjemność, uspokajamy się. Tylko że cukrowy "kop" szybko mija. Zostaje po nim poczucie winy, ospałość, drażliwość. I dodatkowe kilogramy. Tak się jednak składa, że w większości lubimy iść na łatwiznę. Na efekt zdrowego żywienia trzeba zaczekać. A my chcemy mieć jeden przycisk, który naciśniemy i problem się rozwiąże w ciągu pięciu minut. Takim przyciskiem są właśnie przekąski - wystarczy otworzyć kuchenną szafkę. Szybko i tanio.

Chyba nie chodzi tylko o to. Jedna z kobiet wspomina matkę - chłodną, mało wylewną. W nagrodę albo na pocieszenie dostawała od niej budyń.

- Nauczyła się w ten sposób samą siebie pocieszać i nagradzać. To częste i jest wynikiem tego, że czasem rodzicowi łatwiej jest dać dziecku na pocieszenie słodycz, niż porozmawiać o jego emocjach. Żeby się dowiedzieć, co się stało, trzeba usiąść, wczuć się w sytuację, być może zastanowić się nad rozwiązaniem jakiegoś problemu. To wymaga zaangażowania. Nie zawsze jest na to czas, przestrzeń. Bo rodzic jest zabiegany, sam nie wie, co począć z własnymi trudnymi emocjami, o dziecięcych nie wspominając.

Łatwiej ugotować budyń...

- W skrócie można to tak ująć. Budyń uciszy, ukoi emocje, ale oczywiście nie rozwiąże problemów. Za jakiś czas sytuacja się powtórzy. Tym razem dziecko już samo otworzy szafkę, w której zawsze czekało ciasto, czekolada na smuteczki. To stanie się jego strategią radzenia sobie z napięciem, stresem na długie lata.

W Trójmieście przeprowadzono badania wśród młodych kobiet. Okazało się, że aż 82 procent z nich je, choć nie odczuwa głodu! To ich pocieszenie, relaks, nagroda. Czy większość z nas nie potrafi radzić sobie z emocjami w inny sposób?

- No tak, ponieważ jedzeniem w prosty sposób możemy sobie załatwić wiele spraw. Sama czasami wykorzystuję słodycze jako szybki "uspokajacz". Podam przykład: jakiś czas temu jechałam do Warszawy na zajęcia ze studentami. W połowie trasy w samochodzie zapaliła się kontrolka - okazało się, że zepsuł się alternator. Utknęłam w szczerym polu. Wiedziałam, że nie zdążę na wykład, stracę czas, czekając na pomoc drogową. Potrzebowałam szybkiego relaksu. W bagażniku miałam babeczkę z lukrem. Zjadłam ją i poczułam się trochę lepiej.

Co panią odróżnia od bohaterek naszego reportażu? One też zajadają stresy, pewnie zachowałyby się identycznie w podobnej sytuacji.

- Zjadłam ciastko, żeby zebrać siły i zacząć działać. Zrobiłam to świadomie, by zaspokoić potrzebę zestresowanego mózgu. A ciastko było małe! Świadomość jest kluczem do samokontroli. Tymczasem w wielu przypadkach tej świadomości brakuje. Sięgnięcie po przekąskę, czekoladę to nawyk. Nie podąża za nim żadna refleksja. Jest napięcie emocjonalne, bo zdenerwowałam się na męża, szefa, dzieci - i ręka wędruje automatycznie po pudełko z lodami. Brak tu myśli: "Zjem lody, zrobi mi się lżej na duszy, a potem pójdę przeprosić syna, na którego nawrzeszczałam. Zapytam męża, o co mu chodzi. Powiem szefowi, że nie życzę sobie, żeby podnosił na mnie głos". Tak jakby ciastko mogło coś naprawdę zmienić. A nie może.

Mam wrażenie, że mechanizm zajadania emocji jest bliźniaczo podobny do uzależnienia od alkoholu.

- Alkoholizm to też nawyk: uzależniony reguluje swoje stany emocjonalne, pijąc - inaczej nie umie. Tak samo jak człowiek uzależniony od zakupów, hazardu. Oczywiście, konsekwencje uzależnienia od alkoholu i jedzenia są zupełnie inne, więc trudno te "nawyki" porównywać.

W przypadku alkoholizmu w mechanizm uzależnienia wciągnięta jest cała rodzina. A przy nałogowym zajadaniu emocji?

- Niewątpliwie ma ono wpływ na bliskich. Szczególnie niszczący na dzieci, zwłaszcza córki. Wykazano w badaniach, że matka przekazuje córce sposób radzenia sobie z trudnymi emocjami. Nawet jeśli ukrywa słodycze, podjada w nocy, a w dzień, przyłapana na gorącym uczynku, mówi: "Nie bierz ze mnie przykładu!". Dziewczynka obserwuje i się uczy, że jedzenie to "wróg" kobiety. Trzeba z nim walczyć, odchudzać się. Często życie rodziny kręci się wokół jedzenia. Krążą wokół niego wszystkie myśli "podjadaczki", choć w ten sposób samopoczucie regulują także mężczyźni. Bywa, że objadanie się staje się w rodzinie tematem zastępczym. Wygodniej jest wszcząć kłótnię o to, że ktoś zjadł dwa litry lodów, niż porozmawiać: co się z nami dzieje? Dlaczego już ze sobą nie rozmawiamy, nie lubimy razem spędzać czasu?

W reportażu jedna z bohaterek chce być kobietą idealną dla swojego partnera. Nie broni swoich racji w trakcie sporu, wycofuje się, a potem idzie po czekoladę.

- Wybiera rozwiązanie, które jej samej wydaje się bezpieczniejsze. Bo kiedy powie partnerowi: "Nie traktuj mnie tak", on może się obrazić. Coś się stanie: nakrzyczy na nią, a może odejdzie? Lepiej milczeć, ale to ma swoją cenę. Roy Baumeister, psycholog, przeprowadził wiele eksperymentów dotyczących siły woli. W jednym z nich podzielił ludzi na dwie grupy: członkom obu wyświetlano smutny film. Ci pierwsi mogli reagować naturalnie, tym drugim kazano przez cały czas się uśmiechać. Potem obie grupy zaproszono na poczęstunek i okazało się, że osoby zmuszone do utrzymywania sztucznego uśmiechu zjadły znacznie więcej czipsów, słodyczy. Udawanie kogoś, kim nie jesteśmy, działanie wbrew wartościom, które w głębi ducha uważamy za istotne, to kosztowna strategia. I nie starcza nam już sił, by opierać się pokusie natychmiastowego pocieszenia, relaksu - batonikowi, ciastku, paczce czipsów.

Ta sama bohaterka wyznaje, że jedzenie stało się jak idealny partner: nigdy nie zawodziło, zawsze było na zawołanie.

- No tak, na pewno bezpieczniej jest się związać z czekoladą niż z drugim człowiekiem. Któremu czasem trzeba powiedzieć "nie", który może nas zranić. A jedzenie daje i niczego nie chce w zamian. Łatwiej jest zjeść ciastko, niż pogadać z mężczyzną, powiedzieć mu o swoich potrzebach, wysłuchać, czego on oczekuje.

Uczy pani klientów, jak uwolnić się od przymusu jedzenia. Jak zacząć?

- Od zaakceptowania faktu, że trzeba zmienić myślenie. Bo od myśli, interpretacji rzeczywistości zależy działanie.

A jak zacząć zmieniać nawyki żywieniowe?

- Nie chodzi o to, żeby iść na dietę i po dwóch miesiącach wrócić do starych nawyków. Trzeba się nauczyć nowych strategii postępowania w sytuacjach trudnych. Człowiek, w którym kłębią się złość, smutek, frustracja, musi coś z tym zrobić. Znaleźć sposób na rozładowywanie napięcia.

Zestresowałam się w pracy, bo miałam długą i irytującą naradę u szefa. Zamiast sięgnąć po batonik, powinnam pojechać na basen?

- Tak byłoby najlepiej. Ale by pokonać nawyk sięgania po słodycze, potrzebuje pani silnej woli. Tymczasem Roy Baumeister, o którym wspominałam, odkrył, że nasza silna wola jest jak mydło - z każdym kolejnym użyciem jest jej mniej. Nie jest łatwo odmawiać sobie na co dzień szybkiego pocieszenia, jeśli od lat do tego przywykliśmy. Trzeba w to włożyć sporo wysiłku. A wiele osób nie jest w stanie go podjąć, bo spala się od rana do wieczora, zapominając o potrzebie ładowania akumulatorów. I znów zajadają stres trzema tabliczkami czekolady i zapijają litrem coli. Przecież tak właśnie kończy się wiele diet! Jeśli chce się pani uwolnić od przymusu jedzenia, proszę dbać o higienę psychiczną co najmniej tak samo, jak dba pani o makijaż do pracy, przeglądy techniczne auta, czystość w domu. Musi pani znaleźć czas i energię, żeby zatroszczyć się też o własny komfort wewnętrzny. Wtedy znacznie rzadziej będzie się pojawiała myśl: "zjadłabym coś".

Ale jednak będzie się czasem pojawiała. I co wtedy?

- Mówiłam już o samoświadomości - to klucz do zmiany stylu życia. Jedna z moich klientek objadała się słodyczami - jak się okazało, robiła to zawsze po ostrej wymianie zdań z nastoletnimi dziećmi. Wiedziała już, co uruchamia w niej mechanizm zajadania emocji. Ale to dopiero początek. Bo trzeba też zdać sobie sprawę, dlaczego dana sytuacja budzi we mnie tak silne uczucia, czemu nie mogę ich przezwyciężyć? Długo rozmawiałyśmy. Doszłyśmy do wniosku: klientka każde "nie" nastoletniego syna czy córki traktowała jak podważenie jej kompetencji rodzicielskich. Gdy dzieci się sprzeciwiały, nie chciały spełnić matczynej prośby, ona czuła się nieszanowana, zaczynała myśleć: "Jestem złą matką. Nie wiem już, co robić". Była bezradna, a jednocześnie wściekła.

No dobrze, ale co można zrobić z tą bezradnością i wściekłością?

- Uświadomić sobie, że to nie dzieci i ich sprzeciw budzą złość. To nasza interpretacja ich zachowania tak na nas działa. Bo przecież cóż może znaczyć to "nie"? Niekoniecznie: "Jesteś beznadziejną matką i nie będę cię słuchać". Może sprzeciw wynika z lenistwa? Czasem "nie" znaczy też: "Nie chcę. Nie teraz. Potem". Ale jeśli dodamy do tego swoją "bajeczkę", coraz bardziej się nakręcamy. Ani się obejrzymy, a już lądujemy na kanapie z tabliczką czekolady i kacem moralnym. Nie dopuszczajmy do tego, by wściekłość, lęk, poczucie bezradności w ogóle się pojawiły. To da się zrobić. Gdy w drodze do Warszawy zepsuł mi się samochód, też mogłam złapać się w pułapkę myśli: "Co za pech. Zawsze mnie to spotyka, chyba ktoś mnie przeklął! Co teraz będzie, co powiedzą studenci, ja się nie nadaję do tej pracy, jaka jestem nieszczęśliwa!". Tymczasem pomyślałam jedynie: "A niech to! Ale jestem zła! Zjem ciastko, zrobię sobie przyjemność, a potem, już na luzie, zadzwonię po pomoc drogową". Koniec historii. Ciastko jest tylko ciastkiem, a nie lekiem na całe zło. A ciastko od czasu do czasu jest zwyczajnie dobre. I warto je zjeść. Smacznego!

Rozmawiała Jagna Maczanowska, psycholog

Magdalena Jarzębowska - jest psychologiem, trenerem, wykładowcą. Pracuje z osobami borykającymi się z nadwagą i otyłością, a także tymi, które chcą zmienić nawyki żywieniowe. Autorka Programu Psychodietetycznego zmienswojenawyki.pl. Prowadzi gabinet w Lublinie.

Twój STYL 11/2016

Zobacz także:


Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje