Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Bunt żony idealnej

Matki wychodzą na ulice. Nie po to, żeby demonstrować. Idą na zajęcia w klubie fitness, wykłady na uczelni, kurs garncarstwa, na kawę z przyjaciółkami. Bo chcą mieć też swoje życie, z dala od domu, męża, dzieci. Z dala od mitu... matki Polki. I dobrze robią. Wyjdzie to na zdrowie całej rodzinie. Jak przeprowadzić w domu aksamitną rewolucję i zdobyć wolność? Pytamy Małgorzatę Ohme, terapeutkę.

Współczesna mama - jak wynika z badań - na pierwszym miejscu stawia partnera, zdrowie i przyszłość dziecka. Poczucie zawodowego spełnienia, realizację marzeń spycha na dalszy plan. Dlaczego?

Reklama

Małgorzata Ohme: - Dlatego, że dla samooceny polskiej kobiety przez lata najważniejsza była rola matki. I nadal trochę tak jest. Jednak pojawiły się już rysy na tym wizerunku. Czytam wiele blogów i zauważyłam, że bardzo zmieniła się treść tych pisanych właśnie przez mamy. Kiedyś wśród tytułów blogów prym wiodły "Matka Polka", "Macierzyństwo jest najważniejsze", "Dzieci są ważne". A dzisiaj mamy: "Taka sobie matka", "Matka, żona i kłopoty", "Matka, żona i kochanek". To jest forpoczta, blogerki lansują nowe mody, także w dziedzinie wychowywania dzieci, prowadzenia domu.

Trudno jest zmienić to podejście do bycia żoną i matką, prawda?

- Trudno, bo to część naszej kultury. Lecz faktycznie coraz więcej kobiet w pokoleniu dwudziesto-, trzydziestolatek czuje, że dawne wzorce im nie wystarczają. Bo patrzymy na małżeństwa naszych rodziców, dziadków i mówimy sobie: ja tak nie chcę. Mama całe życie dbała o ojca, o mnie i rodzeństwo, o dom i co dziś z tego ma? Rodzice są niby razem od czterech dekad, ale co najmniej od dwóch praktycznie ze sobą nie rozmawiają. Było warto? Kwestionujemy te wzorce, bo mamy inne przykłady: czytamy w prasie o parach, które żyją według odmiennych reguł, oglądamy je w serialach. Zaczyna nam świtać, że matka Polka i polski macho to nie musi być nasz wybór. Tak nie muszą wyglądać nasze małżeństwa. Tyle tylko że często trudno jest nam znaleźć odpowiedź na pytanie, jak mają wyglądać. Jaki ma być mój bliski związek? Moja rodzina? A ja? Kobiety poszukują. Sprawdzają.

To dobrze?

- Tak. Na dłuższą metę dla nikogo nie jest korzystne, by kobieta poświęcała się całkowicie na rzecz rodziny i domu. Źle wyjdzie na tym nie tylko ona, ale i jej partner, dzieci. Matka, dla której centrum wszechświata jest dziecko, podświadomie może blokować jego dojrzewanie. Bo oczekuje, że - skoro ona zrezygnowała ze swojego życia, potrzeb, marzeń - ono odwdzięczy się tym samym. Te z nas, które wybrały rolę żony idealnej, nie najlepiej radzą sobie później z syndromem opuszczonego gniazda. Nagle okazuje się, że gdy z domu wyfrunęły dzieci, zaczyna brakować tematów do rozmowy z mężem. Drogi kobiety i mężczyzny się rozeszły i nie ma już pomiędzy nimi uczucia, bliskości intelektualnej, seksu. Małżeństwo się rozpada.

Ale przecież nikt nie zmusza kobiety, żeby skoncentrowała się na potrzebach dziecka, partnera i zapomniała o własnych. Ona sama dokonuje takiego wyboru. Wiele matek mówi, że spełniają się jako żony idealne, świetne mamy.

- Oczywiście, bo to bardzo przyjemna funkcja, ale niestety nie jest to zajęcie na całe życie. Bo dzieci od nas odchodzą! Współczesna kultura wynosi matki na piedestał. Mówi się o tym, jak istotna jest rola rodzica. To odpowiedzialność i nobilitacja. Matki nie czują się spychane na margines: one dopominają się o to, by wszyscy wokół doceniali i szanowali ich wkład: chcą móc przewijać dzieci w metrze, zabierać je do teatru, karmić piersią przy restauracyjnym stoliku. Wyszły "z podziemia", zdają się mówić: "To ja jestem najważniejsza, ode mnie zależy kształt przyszłego społeczeństwa". Ale uwaga: można się w tej roli zatracić. Stracić chęć szukania spełnienia na innych płaszczyznach. No i chodzi jeszcze o poczucie władzy.

Władzy?

- Wyłączna opieka nad dzieckiem, wypełnianie wszystkich ważnych obowiązków domowych w pojedynkę to, paradoksalnie, także narzędzie kontroli nad partnerem. Teraz on musi mi się podporządkować. "Chcesz odejść? A jak? Nawet sam nie włączysz pralki. Marzy ci się wyjazd w góry? To jedź razem z dziećmi, beze mnie. Ciekawe, czy opanujesz wrzaski czteroletniego synka i fochy siedmioletniej córeczki bez mojej pomocy. A ja pojadę, jeśli ty..." - i tu następuje wymiana handlowa. Można się zasłaniać tą tarczą przez całe lata: jestem matką, żoną, jestem wszystkim, beze mnie nie masz nic. Jednak dzieci odchodzą, gdy dorosną. A brudne koszule można dać do pralni. Więc wcześniej czy później ta władza się skończy. I co wtedy?

Czyli lepiej z tej roli matki i żony na pełny etat wyjść. Lecz serce się kroi.

- No tak, serce się kroi, kiedy na przykład na weekend w góry jedziemy tylko z partnerem i żegna nas czteroletni synek z buzią w podkówkę. Co robić? Powiedzieć sobie: trudno, robię to dla mojego dobra, dla mojego związku i robię to też dla tego dziecka. Bo będzie nas obserwować po powrocie z gór czule obejmujących się, szepczących, bo przypomnieliśmy sobie z mężem, co to znaczy bliskość, intymność? Romantyczny wypad we dwoje ładuje rodzinne akumulatory na długi czas. Rodzice, którzy nie poświęcają się całkowicie dla dziecka, to też przykład do naśladowania. Wzór związku kobiety i mężczyzny, z którego za ileś lat ten czterolatek skorzysta.

Rozstawania trzeba się nauczyć?

- Pewnie! A kiedy, jeśli nie w dzieciństwie? Potem będzie bolało bardziej. Im później zaczniemy wychodzić z domu i zostawiać dziecko z ojcem, nianią, babcią, tym będzie trudniej. Nam i jemu.

Patrzę na wyniki badania Bebilon 2. Współczesność zaczyna się dziś poświęconego mamom. Kobieta, która ma wreszcie trochę wolnego czasu, przeznacza go... na sprzątanie, gotowanie i zakupy.

- Tylko co piąta wybiera się do kosmetyczki, realizuje swoje pasje czy spotyka z przyjaciółkami. Wygląda to tak, jakbyśmy tworzyły ranking rzeczy, które mogą poczekać, bo teraz mamy dziecko, męża i dom. Sport może poczekać, koleżanka może poczekać, hobby może poczekać... To nieprawda. Tak nam się zdaje, a potem, po kilkunastu latach może się okazać, że nie mamy do czego wracać. Bo nie mamy znajomych, nie pamiętamy, co kiedyś lubiłyśmy robić, spotykamy na dwudziestoleciu matury przyjaciółkę z jednej ławki i okazuje się, że ona wyglądem przypomina... naszą córkę. Bo należała akurat do tych, które sądziły, że fryzjer, maseczka na twarz i sport to coś, na co zawsze należy znaleźć czas. Smutno. Źle.

No właśnie. A można tego uniknąć. Z badań jasno wynika, że partner wspiera, gdy kobieta chce wygospodarować czas tylko dla siebie... Powtarza: "Kochanie, nie musisz sama wszystkiego robić, ja cię odciążę, a ty zadbaj o siebie, rozwijaj się".

- Często tak mówi współczesny polski mąż, nawet kupuje karnet do klubu fitness. Niestety, kiedy przychodzi ten moment - kobieta pakuje torbę, wkłada adidasy, staje w drzwiach i mówi "wychodzę", on reaguje zadziwieniem i przerażeniem. "Co? Dzisiaj? A ja mam sam z nim zostać?" - i tu rzuca wymowne spojrzenie w stronę dziecka. No i ona nie wychodzi, bo dziecko płacze, mąż musi skończyć raport kwartalny dla szefa. Są też te przyczyny, o których mówiłyśmy wcześniej: tak naprawdę często ona nie chce wyjść, woli zostać z dzieckiem, bo ma z tego rozmaite psychologiczne "zyski": poczucie spełnienia, kontroli... Wiele kobiet czuje się też winnych, że chcą coś zrobić dla siebie, wystarczy jedna nieprzychylna mina, wzruszenie ramion, żeby złamać tę wolę "wybicia się na samodzielność".

To co robić?

- Trzeba pamiętać, że mężczyzna jest zadaniowcem. Dać mu cel: "Mój drogi, kup mi karnet do klubu na środy wieczorem, na pilates. I w te środy nie bierz pracy do domu, bo będziesz zostawał z dzieckiem. Albo zadzwoń po mamę, wynajmij opiekunkę. Zorganizuj tak czas, żebym mogła raz w tygodniu wychodzić". Przygotujmy się na to, że on powie: "Ale zaraz, w środy to ja gram w bilard. A mama ogląda serial". Nie wyręczajmy, ale i nie wycofujmy się: spokojnie, partner po prostu głośno myśli, układa sobie harmonogram. Dajmy mu chwilę, poradzi sobie, jest dorosły. On nie musi rozumieć, nie ma wybaczać - ma to przyjąć do wiadomości. Koniec, kropka.

A gdy on powie: "Nie. Nie zgadzam się. Jesteś matką i żoną, masz siedzieć w domu i zajmować się dziećmi, rodziną, a nie latać po jakichś pilatesach".

- To jest ciekawa informacja na temat naszego mężczyzny. Jeśli nie przeraziła nas wystarczająco, żeby zabrać walizki i natychmiast się wynieść, to można spróbować rozmowy: "Jakie jest twoje wyobrażenie na temat kobiety, a jakie są moje potrzeby?". I zastanowić się, czy jesteśmy w stanie odnaleźć siebie na tym obrazku. Tak naprawdę jednak pakowanie walizek nie jest najlepszym pomysłem. Bo choć to, co słyszymy, jest raniące, rozczarowujące, może wynikać jedynie z tego, że on, nasz mężczyzna, ma utrwalony w myślach jakiś konkretny wzorzec męskości i kobiecości i potrzebuje czasu, by go zmienić. Warto go zachęcić. Bo często on... po prostu się boi.

Czego?

- Tego, że nie podoła opiece nad dzieckiem. Tego, że jak kobieta zacznie wychodzić, realizować pasje i marzenia bez niego, to "rozhula się na mieście i pójdzie w tango". Pytajmy: a jakie ty masz wyobrażenie? Czego się najbardziej obawiasz w tej sytuacji? "Bo zaczniesz wychodzić w środy, a potem w piątki, w soboty, no, a ja już wiem, jak ty spędzasz soboty, przecież poznaliśmy się w sobotę, w klubie". Wtedy można dalej drążyć: "A jaka jest różnica między mną dziesięć lat temu a mną teraz? No taka, że wtedy byłam sama i poznałam ciebie. A teraz jesteśmy razem, kocham cię, mamy dziecko". Bądźmy cierpliwe. Pamiętajmy, że to jest trochę tak: godziłyśmy się na jakiś stan rzeczy, a teraz przychodzimy i mówimy: "Zmieniłam zdanie". Bo pojechałam na wakacje i zobaczyłam, jak funkcjonują inne pary, bo poszłam na terapię, spotkałam przyjaciółkę z dawnych lat, która powiedziała: "Rany boskie, kiedyś byłaś taką aktywną babką, co się z tobą porobiło?".

Chcemy nagle zacząć prowadzić własne życie? To jest dla partnera zaskoczenie?

- Tak. On może mieć trudność w odnalezieniu się w nowej sytuacji. Nie miej do niego pretensji. Miej dopiero, kiedy mu powiesz, raz, drugi, trzeci, a on nie będzie chciał razem z tobą dokonać żadnych zmian w organizacji waszego życia. A że jemu się nie podoba wizja tych zmian? No pewnie, że mu się nie podoba, miał święty spokój, codziennie czas dla siebie: na trzy treningi dziennie, bo się przygotowuje do Ironmana. A teraz okazuje się, że z Ironmana nici, bo będzie musiał nauczyć się prać i zajmować dziećmi.

No dobrze, a co ma zrobić kobieta, która przez ostatnich kilkanaście lat odkładała swoje potrzeby i marzenia na "święte nigdy", a teraz sama nie pamięta, czego kiedyś chciała, o czym marzyła?

- Wierzę w pomoc innych kobiet. W ich mądrość. Trzeba znaleźć koleżanki, które są w takiej sytuacji jak ja. Na warsztatach rozwojowych, w klubie fitness, w domu kultury. Nie wiesz, gdzie w ogóle masz iść? Wpisz w wyszukiwarce: "Matki, które nie wiedzą, co zrobić ze swoim życiem". Wyskoczy milion stron, portali, blogów, forów. Zobacz, co rówieśnice w twojej sytuacji robią. Spróbuj tego samego. Raz, drugi, trzeci. Zobacz, kiedy ci serce zabije. Na kursach hiszpańskiego? W szkole jogi? Na spływie kajakowym? Warsztatach medytacji? Nie masz znajomych, nie wiesz, do kogo zadzwonić, chciałabyś do Kaśki, ale nie odzywałaś się do niej od dziesięciu lat? Wyślij SMS-a: "Kasia, obudziłam się z długiego zimowego snu. Przepraszam, że cię olałam i nie dzwoniłam taki szmat czasu. Ale myślałam o tobie dzisiaj. Jest jakaś szansa na kontakt?".

Jest takie powiedzenie: "Chcesz coś zmienić w swoim życiu? Zmień więc coś w swoim życiu".

- Dokładnie tak! I nie słuchaj głosu wewnętrznego krytyka, który mówi: "Nic ci nie wyjdzie, jesteś tylko matką i żoną". To nieprawda. Jesteś świetna, możesz spełniać się w wielu dziedzinach, po prostu spróbuj. Zrób pierwszy krok. Najlepiej - dzisiaj.

Rozmawiała Jagna Kaczanowska

Twój Styl 10/2015

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje