Reklama

Reklama

Znikający instynkt

By dać sobie w związku szansę pozostania atrakcyjnym seksualnie, trzeba zachować zarówno bliskość, jak i dystans. Umiejętnie przechodzić z jednego stanu w drugi - mówi Ewa Woydyłło.

Reklama

PANI: Ostatnio przeglądałam amerykańskie badania dotyczące tego, jak często kochają się osoby żyjące w stałych związkach. Wyniki były zatrważające. Ludzie nie mają do tego głowy. Tak zajmują ich praca, spłacanie kredytów, wychowywanie dzieci…

Ewa Woydyłło: W Polsce jest znacznie gorzej. Po pierwsze dlatego, że ten temat jest lekceważony, głównie przez kobiety, przecież mają tyle obowiązków. Ważne, że w domu jest czysto, dzieci są zadbane. Nie uprawiają seksu od miesięcy? Trudno, są ważniejsze rzeczy.

Młode kobiety też tak zaniedbują życie seksualne?

- Zależy od środowiska, w którym żyją. Społeczeństwo polskie jest bardzo zróżnicowane. Wykształcone kobiety z dużych miast nie są pod takim wpływem matek, babć, rozmawiają ze sobą o seksie. Mają świadomość, skąd się bierze ich seksualność.

Czytałam niedawno książkę Michaela Mary’ego „5 sposobów na miłość”. Autor ciekawie opisuje, dlaczego pożądanie zanika. Zaskoczyła mnie teza, że ponoć to, w jaki sposób człowiek pożąda, i to, czego pożąda, kształtuje się już we wczesnych latach życia, zanim wejdzie w jakikolwiek związek z partnerem. Czasem ludzie zaczynają ze sobą być, chociaż czują, że ta druga osoba nie do końca jest w ich typie. Na początku przeżywają emocjonalną i fizyczną symbiozę i te różnice są niewyczuwalne, ale gdy zakochanie mija, coraz częściej widzimy, jak bardzo jesteśmy inni.

- Tak, jedno jest aktywne, drugie odwrotnie. Jedno lubi seks ostry, drugie – czuły i delikatny. Różnice mogą pojawić się we wszystkim. Dopóki jesteśmy zakochani, pożądanie jest niejako naturalne, potem ważne okazuje się to „seksualne dopasowanie”, gdy go nie ma, namiętność gaśnie szybciej.

Czy z tym można coś zrobić?

- Trudne pytanie… Może trzeba zdać sobie sprawę, że partner do końca nam nie pasuje. Nie zamiatać problemu pod dywan, tylko uczciwie przyznać, że mamy trochę inny temperament, upodobania. A potem starać się wspólnie nad sobą pracować. Trochę naginam się do jego potrzeb, on do moich i choć nigdy nie będzie między nami wielkich fajerwerków, to może być po prostu dobrze.

A erotyka w małżeństwie? Zdaniem Mary’ego erotyczne jest to, co zakazane, co wiąże się z przełamywaniem tabu, przekraczaniem własnych granic. Jeśli przyjąć taką definicję erotyki, pojawia się pytanie: Na czym ma polegać zakaz w stałym związku? Jaki porządek mogą burzyć partnerzy?

- Nie do końca się zgadzam z tym, że erotyczne jest to, co wiąże się z przekraczaniem granic, przełamywaniem tabu, choć na pewno ludzi od wieków bardziej podnieca to, co zakazane. Dlatego też na przykład mocną stroną nieformalnych, ukrywanych związków jest seks – tam erotyczne napięcie trwa podsycane właśnie łamaniem tabu.

Ale myślę, że mamy tak wiele seksualnych barier, że właśnie najpiękniejsze jest przekraczanie tych granic, poznawanie samych siebie w stałym związku. Tylko wtedy mamy to poczucie bezpieczeństwa, akceptacji, możemy pokonywać wstyd, bariery. Proszę się nie dawać zwieść wszędobylskiej nagości, pozornej seksualnej otwartości. Nasze podejście do erotyki nie zmieni się w ciągu kilku, a nawet kilkunastu lat.

A bliskość i dystans? Kiedyś znany seksuolog powiedział mi, że ludzie przestają się pragnąć, bo są ze sobą zbyt blisko. Coraz mniej intensywne życie seksualne jest ochroną własnej niezależności, własnej tożsamości.

- W tym jest dużo prawdy. Dwoje ludzi, zanim się w sobie zakocha, żyje osobno. Dzielił ich dystans, a przez miłość się do siebie zbliżają. Życie wszystkich zakochanych to ciągłe zbliżanie się i oddalanie. Mija czas, a wraz z nim zmienia się związek. Ludzie budują codzienność, coraz większą psychiczną bliskość. Partnerzy rzadziej mówią „ja”, coraz częściej „my”. By dać sobie w związku szansę pozostania atrakcyjnym seksualnie, trzeba zachować zarówno bliskość, jak i dystans. A więc umiejętnie przechodzić z jednego stanu w drugi.

Mary napisał, że w jednej ze stacji telewizyjnych przeprowadzono eksperyment. Za odpowiednim wynagrodzeniem dwoje ludzi skuto na tydzień kajdankami. Już po krótkim czasie doszło między nimi do pierwszego konfliktu, następnie do wybuchów nienawiści, w końcu mieli tylko jedno życzenie: nie widzieć się więcej. W eksperymencie doprowadzono bliskość do skrajności. „Ja” musiało podporządkować się „my” do tego stopnia, że poprzez wybuchy wściekłości ludzie próbowali się wyzwolić od przymusu bycia razem.

- Analogiczne reakcje można znaleźć w związku. Gdy ludzie są ze sobą blisko i żyją niemal w symbiozie, oddalają się od siebie fizycznie, bo to jest jedyna rzecz, w której mogą się od siebie dystansować.

Ideał to ciągła zmiana bliskości w dystans. Mary pisze: „Bliskość chroni nas przed samotnością, a dystans przed nadmiernym zespoleniem”. Tylko jak to zrobić, gdy się wspólnie mieszka, płaci rachunki, wychowuje dzieci?

- Musimy sobie wzajemnie na to oddalanie pozwolić. Nie trzymać się kurczowo partnera. Za tym często idzie lęk, bo wtopieni w kogoś nie musimy przejmować się własną niedoskonałością. Przeglądamy się w kimś jak w lustrze. Czujemy się ważni, potrzebni. Dopiero gdy znów na chwilę zostaniemy sami ze sobą, zobaczymy, na jakim etapie życia jesteśmy.

A jak to zrobić? Nie dzwonić do siebie po kilka razy dziennie, nie opowiadać sobie wszystkiego ze szczegółami, nie paradować przed sobą w szlafroku, z brudnymi włosami. Są tacy, którzy korzystają w tym samym czasie z łazienki i nazywają to prawdziwą bliskością. Tylko że potem płacą za to cenę – na partnera patrzą jak na brata, a nie jak na pociągającego kochanka.

Rozmawiała Katarzyna Troszczyńska

PANI 5/2010

Tekst pochodzi z magazynu

PANI

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje