Reklama

Reklama

Ruch oporu

Zaklinacze ludzi

Środa. Na warsztat biorę społeczny dowód słuszności. W skrócie: "Nowe szaty cesarza". Jeśli czytałaś bajkę, pamiętasz, że król był nagi, gdyż nie chciał wyjść na głupka, więc udawał, że widzi nieistniejące ubranie. Tak samo postępowali wszyscy wokół. Bo jeśli wszyscy coś robią, to znaczy, że mają rację. I ja będę robić to samo. Na tym opiera się cała moda: w jednym sezonie wierzymy, że buty w szpic są ohydne, a w kolejnym ulegamy zbiorowemu złudzeniu, że jest przeciwnie. Są piękne i tylko w takich można pokazać się na ulicy. W skrajnej formie bezrefleksyjne podążanie za innymi prowadzi do zjawiska nazywanego psychozą tłumu.

Reklama

Na przykład Orson Welles, aktor i reżyser, w 1938 roku wyprodukował słuchowisko radiowe "Wojna światów". Amerykanie, którzy mieli włączone odbiorniki, uwierzyli, że ich kraj zaatakowali Marsjanie, a zachowania sąsiadów, czy przechodniów na ulicy zdawały się potwierdzać tę teorię. Jedni mówili: "Widziałem spieszące dokądś tłumy. Na pewno ludzie uciekają z miasta". Inni: "Było kompletnie pusto, zrozumiałem, że mieszkańcy pochowali się do piwnic i schronów".

Współczesne przykłady? Dajemy sobie wmówić, że padniemy ofiarą świńskiej grypy, więc koniecznie trzeba kupić szczepionki, i że cellulit jest odrażającym wynaturzeniem, którego należy się pozbyć kosztem wielu tysięcy złotych. Bo wszyscy tak robią, mówią, uważają, więc to musi być prawda.

Ta zasada znana jest od dziesiątków lat. Właśnie dlatego artyści zatrudniali w operach swoich "rieurs", którzy śmiali się w odpowiednich momentach, i "pleureurs", którzy płakali. A ja postanawiam zostać "fałszywym klakierem". Wybieram się z Jolką do teatru Polonia na sztukę "32 omdlenia" z Krystyną Jandą i Jerzym Stuhrem w rolach głównych. Sztuka jest momentami zabawna, a momentami wzruszająca i skłaniająca do zadumy. Ja zamierzam zachowywać się całkiem na opak. I sprawdzę, czy dla sąsiadów z widowni mój śmiech i powaga w nieodpowiednich chwilach będą zaraźliwe.

Siedzimy z Jolką z lewej strony widowni, rząd jest krótki, tylko kilka osób. Bardzo dobrze. Światła gasną, spektakl się zaczyna, a ja zaczynam moje przedstawienie. Siedząca obok mnie dziewczyna najpierw rzuca mi zadziwione, ukradkowe spojrzenia, a potem... chichocze wraz ze mną! Społeczny dowód słuszności ma wielką siłę rażenia. Wiedząc to, będę starała się na przyszłość wykorzystywać możliwość "zarażania" innych śmiechem, na przykład w sytuacjach kryzysowych, po kłótni, w stresie. Mam nadzieję, że zadziała. Fajnie byłoby mieć taką psychologiczną broń na rozluźnienie atmosfery.

Wszyscy jesteśmy lemingami

Chyba że ma się autorytet - siła autorytetu jest tak wielka, że można kierować ludźmi jak pionkami na planszy - stwierdzam w czwartek, czytając o wynikach eksperymentów Leonarda Bickmana, psychologa. Bickman sprawdzał, czy przypadkowi przechodnie będą reagować na prośbę o podniesienie walającej się na ulicy torby i wrzucenie jej do kosza. Podnosili i wrzucali do kosza, ale w zasadzie tylko wtedy, gdy eksperymentator ubrany był w uniform strażnika.

Zaintrygowany tym rezultatem Bickman postanowił testować uległość ludzi wobec osób w uniformach w jeszcze ciekawszy sposób. "Strażnik" podchodził do losowo wybranego przechodnia i mówił: "Widzi pan tego faceta stojącego przy parkometrze? Zabrakło mu monet. Proszę dać mu dziesięciocentówkę!", po czym oddalał się i znikał za rogiem. Aż 92 procent osób spełniło tę niecodzienną prośbę!

Oczywiście nie mogę przebrać się w mundur strażnika miejskiego, policjanta ani nawet leśnika. Jedyny dostępny mi uniform to... fartuch lekarski. Tak odziana zaczepiam w centrum Warszawy ludzi, którzy przechodzą w niedozwolonym miejscu. Reakcje są zaskakujące: nikt mi nie mówi, żebym się odczepiła. "Ma pani rację, pani doktor, człowiek stary a głupi, potem lekarze na urazówce mają kłopot", "Wie pani, ja się spieszę, oczywiście na przyszłość będę chodzić po pasach, przepraszam!", słyszę.

Autorytet to uniform albo tytuł na wizytówce, a nawet trzy literki "von" przed nazwiskiem, ale i... moc oddziaływania skostniałych procedur. Każdy wie, że w urzędach działa się na zasadzie "automatycznego pilota".

Działamy bezmyślnie, bo... tak już jest, i kropka. Po co? Nikt nie zadaje sobie tych pytań. Udowodniła to psycholożka Ellen Langer, która w ciekawym eksperymencie wysłała do 40 sekretarek nowojorskich notatkę o takiej oto treści: "Ten papier ma być niezwłocznie zwrócony do pokoju 238". I cóż... 90 procent sekretarek posłusznie odesłało karteczkę do pokoju 238. Bo od najmłodszych lat wszyscy im powtarzali: "Rób, co ci mówię, i nie dyskutuj!"

Wiesz i... możesz się oprzeć

Piątek. Na koniec eksperymentu zostawiam sobie zasadę niedostępności i zasadę sympatii. Zgodnie z tą pierwszą zawsze pragniemy tego, czego nie możemy dostać, a to, co mamy, zdaje nam się mało atrakcyjne. Chcąc więc kogoś namówić do kupna szatańsko drogiego odkurzacza, należy przekonać go, że to produkt luksusowy, dostępny tylko dla nielicznych. Tak właśnie mówił Jolce sprzedawca. Druga reguła jest jasna: jeśli kogoś lubimy, będziemy gotowi zrobić dla niego więcej. A jak sprawić, by ktoś nas polubił? Najprostszy sposób to... poprosić tę osobę o przysługę.

Po pierwsze, zostaniemy w ten sposób "dłużnikiem", a zawsze miło mieć kogoś, kto ma u nas dług do spłacenia, a po drugie, nasz dobroczyńca podświadomie będzie musiał wytłumaczyć samemu sobie, dlaczego jest dla nas taki dobry. I udzieli sobie najprostszej odpowiedzi: bo nas lubi .

W sobotę dzwonię do Jolki, żeby opowiedzieć jej o wynikach eksperymentu. Kupiła ten cholerny odkurzacz, bo wcześniej dostała w prezencie nawilżacz powietrza i miała poczucie, że musi się odwdzięczyć (zasada wzajemności). Prezentacja trwała dwie godziny, Jolka zapewniała, że dba o czystość w domu, higiena jest dla niej ważna (więc musi mieć sprzęt do wyciągania roztoczy z materaca - zasada zaangażowania i konsekwencji). Skoro tej maszyny używano do prania arrasów na Wawelu, to przecież z pewnością jest warta swojej ceny (społeczny dowód słuszności). Sprzedawca przedstawił się jako magister inżynier, czyli ekspert (zasada autorytetu). Faktycznie, użył narzędzi wpływu społecznego i Jolka nie mogła mu nie ulec. Była posłuszna, bo te narzędzia są uniwersalne i działają na wszystkich.

Jolka milczy. - Ech, no, masz rację. Wszystko, co mówisz, to prawda. Ale wiesz co? Miałam dziesięć dni na odstąpienie od tej umowy. I skoro już wiem, dlaczego kupiłam ten odkurzacz, nie będę konsekwentna. Zadzwonię i anuluję transakcję. Lubię moje roztocza. A jeszcze bardziej lubię moje cztery tysiące! - kończy radośnie.

No właśnie. Być może, stosując zasady wpływu społecznego, nie jestem w stanie skłonić ludzi do stuprocentowego posłuszeństwa. Ale przynajmniej potrafię podejmować decyzje bardziej racjonalnie, analizując "za" i "przeciw". To się opłaca!

Jagna Kaczanowska, psycholog

TWÓJ STYL 11/2014

Dowiedz się więcej na temat: psychologia

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje