Przejdź na stronę główną Interia.pl

Odpowiednie dać rzeczy słowo

Kłócę się z sąsiadem o miejsce parkingowe, ktoś złośliwie zajeżdża mi drogę, kolega z biura przerzuca na mnie swoje obowiązki. "Ale masakra!", mówimy. Ale czy na pewno "masakra"? Psycholog Iwona Majewska-Opiełka przekonuje, że to my we własnej głowie tworzymy stres, bo rzeczywistość wcale nie przysparza nam tylu powodów do zdenerwowania. I radzi, jak wypracować w sobie nawyki, dzięki którym ubędzie nam trosk.

Twój STYL: "Jestem w dołku". "Ale stres!" Pewnie często słyszy pani takie deklaracje. W końcu ponad 60 proc. Polaków twierdzi, że żyje w ciągłym stresie... Ciekawa jestem, czy pani bywa zestresowana?

Reklama

Iwona Majewska-Opiełka: - Staram się tak tego nie nazywać. Słowo "stres" niesie w sobie negatywny ładunek emocjonalny. Mam wrażenie, że nadużywamy tego słowa, ono stało się kluczem czy raczej wytrychem przydatnym do tłumaczenia każdej sytuacji. Podobnie zresztą jak sformułowanie: "Nie mam czasu". Kompletna bzdura. Czas to jest akurat to, czego wszyscy mamy dokładnie tyle samo.

Chce pani powiedzieć, że stres nie istnieje? To taki pseudonaukowy wymysł?

- Absolutnie nie. Stres to po prostu biologiczna reakcja w określonej sytuacji. Zmienia się poziom ciśnienia, adrenaliny, kortyzolu, stężenie cukru we krwi... U kogoś, kto ma wypadek, złamie nogę, z pewnością zachodzi taka właśnie reakcja. Ale kiedy w pani biurze zbliża się koniec roku, trzeba podliczać budżet, jest dużo pracy, to skacze pani ciśnienie? Wzrasta poziom cukru we krwi? Sądzę raczej, że to kwestia języka, którego używamy do opisania świata i siebie w tym świecie. Potrafię nazywać swoje emocje, jestem dokładnie świadoma tego, co w danej chwili czuję, a dzięki temu wiem, co mogę z tym zrobić, żeby poczuć się lepiej.

Rzadko mówimy: jestem smutny. Albo: czuję się rozczarowany, bo szefowa mnie nie doceniła. Wolimy powiedzieć: jestem zestresowany.

- No właśnie, wolimy w każdej sytuacji powiedzieć "stres". Myślę sobie, że gdybyśmy potrafili lepiej nazywać własne emocje, stresu w naszym życiu byłoby mniej. Jeśli to, co czujemy, nazwiemy smutkiem, rozwiązanie nasunie się samo. Podobnie gdy stwierdzimy, że to coś innego: słuszny gniew. Albo fizyczne zmęczenie. To są jakieś konkrety, a skoro tak - można myśleć o sposobach poradzenia sobie w danej sytuacji: można się wypłakać i wyżalić, rozładować gniew, zadbać o odpoczynek... A to przecież tylko trzy stany emocjonalne z setek, jakie możemy przeżywać! Jeśli wszystkie je wrzucimy do jednego worka z napisem "stres", bardzo nam będzie trudno zrobić z tym coś konstruktywnego. Gdybyśmy we dwie chciały teraz wymyślić, co ma zrobić czytelniczka, żeby być mniej zestresowana, to... pewnie nic nie wymyśliłybyśmy. Bo jak do tego worka podejść, jak dotknąć tego, co w środku? Zbyt wiele elementów składowych. Nie da się.

A co może pomóc? Zdiagnozowanie własnego stanu emocjonalnego, precyzyjne nazwanie tego, co czujemy?

- To jest pierwszy krok. Nie dla wszystkich łatwy. Nieliczni z nas wyrastali w rodzinach, w których dawano rzeczom i uczuciom odpowiednie nazwy. Jaki jest tego skutek? Młody człowiek wchodzi w dorosłe życie i tak naprawdę nie ma pojęcia, czym gniew różni się od smutku i co można zrobić z jednym, a co z drugim. Kiedy słucham ludzi, zwłaszcza młodych, robiących karierę, jestem porażona tym, jak nieskomplikowane jest ich życie emocjonalne, jak mało w nim barw. Dzisiaj - tak się zdaje - wszystko, całe spektrum ludzkich przeżyć można określić za pomocą dwóch słów: "ekstaza" i "masakra". Oczywiście tej drugiej jest znacznie więcej, bo taką mamy tendencję, że rzadko widzimy gdzieś całkowite szczęście, "ekstazę" właśnie. No i jeśli dla kogoś "masakrą" jest to, że szef na niego krzywo spojrzał, że go poprosił, by został godzinę dłużej w biurze czy przygotował raport w dwa dni zamiast siedmiu, no to... Od samego wydźwięku tego słowa, tej "masakry", można mieć sztywne barki, czyli klasyczny fizyczny objaw stresu!

Spróbuję to sobie wyobrazić. Szef wpada, wygląda na wściekłego, jestem przerażona, muszę zostać po godzinach, dziecka nie ma kto odebrać z przedszkola, mąż jest na mnie obrażony... Każdy z nas świetnie zna ten stan. No, masakra po prostu!

- Widzi pani! I jak znaleźć rozwiązanie sytuacji, którą określa pani w ten właśnie sposób? To oczywiście nie jest miłe zdarzenie, nie przeczę, w końcu nikt nie lubi, gdy się na niego krzyczy, kiedy trzeba brać nadgodziny. Ale z drugiej strony przecież to są zwyczajne, codzienne zdarzenia. Dokładnie tak, każdy z nas je zna! Spróbujmy więc podejść do kwestii trochę inaczej: taka jest moja praca, moje obowiązki. To naprawdę nie są wyzwania przekraczające ludzkie możliwości. Jeśli ktoś zaczyna od narzekania, zastanawiania się, jak bardzo jest nieszczęśliwy, snucia czarnych scenariuszy: "Szef zły, pewnie mnie wyrzuci!" - od samego myślenia jest już w prawdziwym stresie. Bo mózg tę codzienną sprawę odbiera jako realne zagrożenie. Rośnie poziom adrenaliny, serce bije szybciej. Sami siebie "wkręciliśmy" w tę sytuację. A przecież nawet nie zabraliśmy się do roboty! Jeśli natomiast napotykając przeszkodę, chcę zakasać rękawy i wziąć się od razu do dzieła, z każdą kolejną godziną mam do zrobienia coraz mniej. I wtedy się okazuje nieoczekiwanie, że ani to zadanie nie było dla mnie takie trudne, ani nie czuję takiego napięcia.

Często myślimy o stresie w kategoriach zewnętrznych, prawda? Stresuje mnie ktoś obok - mąż, szef, kierowca w aucie z przodu...

- Niestety, o życiu myślimy w kategoriach zewnętrznych, a nie w kategoriach naszej reakcji na to, co się dzieje. Przecież to nie mąż mnie irytuje. To ja irytuję się w relacji z mężem, w określonej sytuacji. Czyli... źródło zdenerwowania jest we mnie. Skoro tak, mogę mieć wpływ na rozwój wypadków i na własne emocje. To proaktywność, cecha charakteru, która bardzo wiąże się z umiejętnością rozładowywania stresu i generalnie radzenia sobie z codziennymi troskami. Chodzi o to, czy odpowiedzialność za własne stany emocjonalne, za to, co się dzieje, przenoszę na kogoś innego? Zżymam się, że mnie wkurza, gnębi, nakręcam się coraz bardziej, bo przecież nic nie mogę z tym zrobić, to nie leży w mojej gestii! Czy też może w każdej życiowej sytuacji staram się znaleźć taki obszar, w którym mogę działać - i robię to? Odpowiadam za siebie, więc jeszcze wzrasta we mnie poczucie siły biorące się stąd, że czuję się sprawcą, aktorem, a nie jedynie obserwatorem zdarzeń. Skądinąd wiadomo, że stres wspaniale rozładowuje się w działaniu. Można bić poduszkę, biegać, ale w sumie po co? Skoro innym wyjściem jest po prostu zrobienie czegoś, co zmieni naszą sytuację. Działać, działać, działać!

Łatwo powiedzieć, trudno zrobić... Ta proaktywność, czyli umiejętność przejmowania steru, odpowiedzialności za własne życie, jest cechą wrodzoną?

- Raczej nabytą. Co więcej, można się jej nauczyć nawet w późnym wieku. Często myślimy na zasadzie: jakiegoś mnie, Panie Boże, stworzył, takiego mnie masz. Nie mamy świadomości, że własny charakter można kształtować, zmieniać i że warto to czynić. Ostatnio modne jest słowo "przepracować" - kolejny wytrych jak "stres" i "nie mam czasu". Ludzie z upodobaniem chcą "przepracowywać" własne dzieciństwo, a to jest szukanie odpowiedzialnych na zewnątrz: zrzucanie winy na mamę, tatę, na to, na co nie ma już wpływu: było - minęło. Tymczasem dobrze byłoby "przepracować" własny charakter. Udoskonalić i wyrobić, dzięki czemu łatwiej będzie się nam żyło.

Ma pani jakiś przepis na "przepracowanie" własnego charakteru, żeby mieć mniej powodów do stresu... przepraszam: do irytacji i zdenerwowania?

- Tak. Powiem o przepisie nieżyjącego już Stephena R. Coveya, który opracował siedem nawyków skutecznego działania. To kompetencje, umiejętności, które pomagają ogarnąć rzeczywistość, rozwiązywać problemy, małe i duże. Proaktywność, o której właśnie mówiłam, to pierwszy z nawyków. Drugi to zaczynanie każdego przedsięwzięcia z wizją jego końca. Chodzi generalnie o to, aby pamiętać, po co coś robimy, jaki efekt chcemy osiągnąć. To pozwala łagodniej przejść przez wyzwania i stale dostosowywać działania do potrzeb. Nawyk trzeci: zawsze rób najpierw to, co najważniejsze. Nie chodzi tu jedynie o wydajność, tylko o to, by ciągle mieć na uwadze własną hierarchię wartości. Czwarta rzecz: myśl i działaj zgodnie z zasadą "wygrana-wygrana". Wyobraźmy sobie sytuację: spiera się pani z kimś o miejsce parkingowe. Jego zdaniem pani miejsce jest szersze i powinna się pani zamienić, bo ma mniejszy samochód. A pani nie chce się zamieniać, bo myśli pani automatycznie: "Dlaczego ja mam mieć gorzej?".

 Pewnie, że tak właśnie myślę, w końcu chcę mieć lepiej. Dlaczego mam oddać komuś dogodniejsze miejsce i sama cierpieć... To chyba normalne, że tak uważam?

- Oczywiście, ale Covey właśnie namawia do porzucenia tego typu myślenia: "Jeśli on wygra - to ja przegram. Jeśli ja wygram - on przegra". Zastanówmy się: może uda się ustalić taki podział miejsc na parkingu, w wyniku którego wszyscy sąsiedzi będą zadowoleni? Przecież istnieje taka ewentualność: zwołać zebranie mieszkańców, na nowo wyznaczyć miejsca parkingowe. To jedna propozycja. Kolejna: może na przykład pani jest wszystko jedno, na którym miejscu postawi pani auto, ale chciałaby, by ten sąsiad, który postuluje zamianę, wyprowadzał na spacer psa w kagańcu. Całe morze możliwości. Wszyscy mogą być zadowoleni. I o ileż mniej stresów, o ile przyjemniejsza atmosfera!

A piąty nawyk?

- Dobrze jest dążyć do tego, by zrozumieć innych, zanim zacznie się oczekiwać, że oni nas zrozumieją. Nie denerwować się: naprawdę dojść, o co chodzi człowiekowi, z którym rozmawiamy. Co czuje, na czym mu zależy? Tylko wtedy możemy zdobyć jego zaufanie, sympatię, możemy mu pomóc, niezależnie od tego, czy jest naszym klientem, petentem, dzieckiem, mężem, szefem. Słuchanie ze zrozumieniem bardzo ułatwia życie, obcowanie z innymi. Trosk jest automatycznie mniej, bo... mniej jest sporów i kłótni. Nawyk szósty: umiejętność osiągania synergii, współdziałania z innymi. Nawyk siódmy Covey nazywa "ostrzeniem piły", ja wolę określenie "ładowanie baterii".

"Ostrzenie piły" brzmi dość groźnie! Na czym to polega?

- Na mądrym odpoczynku. Nie musimy być cały czas w ruchu, ciągle tryskać entuzjazmem i każdego dnia w pracy popisywać się kreatywnością i pełną mobilizacją. Patrząc na niektóre z nas, zwłaszcza te, które chcą uchodzić za "kobiety sukcesu", nie mogę się oprzeć wrażeniu, że ten sukces ma być mierzony dynamometrem: im więcej biegam, mówię, do ilu rzeczy więcej się naraz zabieram, tym lepiej. Nie potrafimy zrezygnować z części odpowiedzialności, więc nie dajemy rady zrobić wszystkiego na najwyższym poziomie, tak jak byśmy chciały, i... znów się martwimy, denerwujemy, brak nam wolnego czasu. A właśnie on jest niezbędny. Ja nie pracuję ciągle, od rana do nocy, ale też idę na spacer z córką, piszę dwie strony książki. To jest właśnie "ostrzenie piły". Daje poczucie większej kontroli nad życiem i energię do działania!!

Jeśli będę kontrolowała swoje życie, działała skutecznie, planowała codziennie odpoczynek, nie będę miała powodów do mówienia: "Ale masakra!"?

- Znów wracamy do nazewnictwa. Wierzę w potęgę podświadomości. Nie należy dostarczać jej zbyt wielu negatywnych informacji nawet żartem, bo podświadomość na żartach się nie zna. "Świat jest zły. Rety, jaka jestem zmęczona! Szef to idiota. Dobrze, że już piątek. Nie cierpię poniedziałków, nie cierpię mojej roboty!" - jeśli tak pani sobie powtarza, to tak właśnie zacznie myśleć. Czasami ludzie mnie pytają: czy nie jestem zestresowana, mając na głowie tyle obowiązków. Prowadzę własną firmę, szkolę, piszę książki, mam dom i rodzinę... Ale ja kocham to, co robię. Nawet w takich okresach, w których mam więcej pośpiechu i pracy - jak teraz, napięcie, które być może odczuwam, jest pozytywne, mobilizujące. Tak staram się je postrzegać. Jeśli lubię pisać książki, siadam codziennie do komputera z przyjemnością, nawet zmęczona, bardzo późno. Tylko w ten sposób da się polubić własną pracę i mieć mniej "stresu" z jej powodu.

Rozmawiała Jagna Kaczanowska

Iwona Majewska-Opiełka jest psychologiem, doradcą w zakresie rozwoju osobowości, trenerem liderów. Założycielka Akademii Skutecznego Działania. Autorka licznych książek, w tym Wychowania do szczęścia, Czasu kobiet, Drogi do siebie i Ku doskonałości.

Twój STYL 1/2015

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje