Reklama

Reklama

Kto dzisiaj sprząta?

Wróżka, czarodziejka

Katarzyna, 33 lata, zanim zaszła w ciążę, pracowała na wysokim stanowisku w banku. Jest mamą trzyletniego Olafa: Weekend za miastem z przyjaciółmi. Piłam wino, nie mogłam oderwać się od rozmów z koleżankami. Aż przyszedł czas kąpania dzieci. "Niech zrobią to ojcowie, żeby dziewczyny mogły pogadać", powiedział mąż przyjaciółki.

Reklama

Trzej natychmiast się podnieśli oprócz mojego. Grzesiek stwierdził: "Na kąpielach zna się żona". Musiałam się ruszyć. Na to się umówiliśmy: ekspertem od domu i dziecka jestem ja. Tamtego wieczoru nie wkurzyłam się na niego, ale na koleżanki.

- "Jak możesz na to pozwalać?! No i czemu po macierzyńskim nie wróciłaś do pracy?! - mówiły oburzone. - Wolę zrobić jedną rzecz, a dobrze - odpowiadałam lekko wstawiona. - Myślicie, że robicie kariery? Przerastają was obowiązki, więc pracujecie na pół gwizdka i w domu, i w pracy". Były obrażone.

Jak było w domu?

Mama w kuchni przesiadywała godzinami, ale nie zajmowała się gotowaniem. Pochylona nad maszyną pisała artykuły do gazet. Była dziennikarką, często wyjeżdżała. Nie pamiętam, by sprawdzała mi lekcje. Domem zajmował się tata. W letnie soboty pakował do koszyka kanapki, zabierał mnie i brata nad rzekę. Mama nie jeździła, bo była zajęta. Całe dzieciństwo mi jej brakowało.

Jak uczyłam się odgadywać myśli męża?

Wiedziałam, że wiążę się z neurotycznym pedantem wychowanym przez owdowiałą matkę. Widziałam jego słabości, jeszcze zanim przysięgliśmy sobie w kościele miłość. Mógł spać tylko w białej pościeli. Zmieniał ją dwa razy w tygodniu. Twierdził, że wannę należy wyszorować płynem po każdej kąpieli. To wszystko robił sam. Radził sobie też w kuchni. Do czasu, aż wprowadziłam się do jego mieszkania. Zdarzało się, że zwalniałam się wcześniej z pracy, żeby ugotować, posprzątać. Chciałam sprostać jego oczekiwaniom, a nawet je wyprzedzić. Szybko się do tego przyzwyczaił. Ale mnie sprawiało przyjemność dogadzanie mężczyźnie, którego kocham. W życiu najbardziej bałam się samotności, dużo bardziej niż śmierci czy raka.

Z dnia na dzień robił w domu coraz mniej, bo ja mu na to pozwalałam. Bo był opiekuńczy, szarmancki. Imponowało mi, że ma ważną pracę - jest chirurgiem. Jeździliśmy do Toskanii. Po powrocie zapraszał znajomych na włoską kolację. "Zrobimy steki po florencku", mówił. Układał menu, ale to ja gotowałam. Tak samo chyba wyobrażał sobie opiekę nad dzieckiem. Co do jednego byliśmy zgodni: wrócę do pracy, dopiero gdy maluch skończy trzy lata. "Bo dla dziecka najlepiej, gdy jest przy nim matka", twierdził Grzesiek.

Też tak sądziłam. Miałam pierwszy i jedyny kryzys, gdy syn skończył kilka miesięcy. 

Czego nie wytrzymałam?

- "Nie chcę być nieżyczliwa, małostkowa, nie będę psuć atmosfery, kłócąc się o pierdoły - mówiłam siostrze, singielce, która twierdziła, że za dużo na siebie biorę. - Cały wieczór rozmawiałam z twoimi plecami, bo zasuwałaś w kuchni. Przyszłam rano i zastałam cię znów przodem do kuchennych szafek! Jakbyś w ogóle się stąd nie ruszała! - była oburzona. - Tak to jest, gdy ma się małe dziecko i trzeba cały coś podgrzewać, gotować - tłumaczyłam. - Tak to jest, gdy ma się męża, który w sobotę śpi do dwunastej!" - kontrowała siostra.

Przez pierwsze miesiące mąż nie umiał zajmować się synem. - "Zabrałbyś go na spacer, żebym mogła się zdrzemnąć - prosiłam w niedziele. Wracali po dwudziestu minutach. - Mały się drze, nie mogę go uspokoić" - mówił poirytowany. Nie wyrabiałam, więc nasz dom nie przypominał już mieszkania pedantów. Polerowanie kranów, zmienianie pościeli dwa razy w tygodniu zostawiłam mężowi. A on, przyzwyczajony, że ja wszystko robię, potrafił wrócić z dyżuru i wściekać się, że jest nieporządek. Zmieniał poszewki, szarpiąc poduszki, opróżniał zmywarkę waląc talerzami. "Więcej zrobić nie mogę, zarabiam pieniądze!".

A ja stawałam się coraz bardziej zmęczona, czas przeciekał mi przez palce. Gdy syn spał, potrafiłam godzinę przesiedzieć na kanapie esemesując albo patrząc w okno. Mąż zaczął coś zauważać, bo stał się czulszy: "Kochanie, co się z tobą dzieje?", zachodził w głowę. Jednego dnia kupił mi perfumy, innego żeń-szeń na wzmocnienie. Któregoś razu zdjął z regału modele samochodzików, które kolekcjonował, żebym miała mniej sprzątania.

Pamiętam, powiedziałam wtedy przyjaciółce, że jestem przerażona: "Mam 30 lat i padam z nóg, a przede mną jeszcze tyle samo lat pracy". Mówiłam też, że w całym roku czekają mnie tylko dwa tygodnie radości, kiedy wyjedziemy do pensjonatu pod Florencją. "Na głowie będę miała tylko dziecko, bo ktoś za mnie ugotuje i posprząta". Ale kryzys minął. Syn podrósł, a ja stałam się bardziej zorganizowana. Wieczorami siadaliśmy we trójkę do kolacji, a potem wygłupialiśmy się na kanapie - rodzina w komplecie.

"Pani mąż to cudowny ojciec. Tak często widzę go z wózkiem", zachwycały się sąsiadki. Rzeczywiście, odkąd syn skończył dwa lata, Grzesiek lepiej się z nim dogadywał. Gdy kupił sobie rolki i wychodził pojeździć, zabierał wózek. Szkoda tylko, że nadal nie lubi dłużej zostawać z synem. Gdy chcę wyskoczyć do kosmetyczki, mówię, że mam wizytę u dentysty. To toleruje. Używam sztuczek, ale w końcu to facet.

Kompromisy?

"Pani stanowisko jest zajęte - usłyszałam w banku. - Mamy lżejsze dla młodej matki". Z kierownika sekcji zdegradowali mnie do roli specjalisty. Pensja o połowę mniejsza. Zabolało. Zrezygnowałam więc, bo nie potrzebujemy aż tak bardzo pieniędzy.

"Zajmiesz się rodziną, będziemy mieć troje dzieci", przyklasnął mi Grzesiek. Tłumaczę sobie, że za wybory trzeba zapłacić, a ja i tak wybrałam najlepiej. Przeczytałam niedawno słowa: "Za każdym mężczyzną sukcesu stoi zmęczona kobieta. Za każdą kobietą sukcesu stoi samotność". Ja wolę wariant pierwszy.

Ani master chef, ani pani domu

Dorota, 38 lat, dyrektor w firmie doradczej, mama dziesięcioletniej Julii: "Twoja mama umarła?", pytały córkę dzieci w nowej szkole. Byłam w szoku. Niektóre nauczycielki też myślały, że Julka jest półsierotą. Dlaczego? Bo do szkoły zawoził ją tata, i to on chodził na zebrania. Mąż jest grafikiem, pracuje w domu, ja od 8 do 19 haruję na etacie.

Od lat było tak, że włączałam się w domowe życie wieczorami: robiłam zakupy według listy, którą przygotował mąż, pomagałam Julce w lekcjach, czytałam jej książki, zabierałam do teatru, szykowałam ubranka na rano. Julka akceptowała to. Do czasu, kiedy w szkole ktoś zasugerował, że nie interesuje się nią matka. To wtedy płakała, że chce mieć mamę, która czeka na nią z obiadem. Ale ja taka nie byłam.

Co zapamiętałam z domu?

Małżeństwo rodziców to był mezalians. Mama z inteligenckiej rodziny, tata robotnik. Połączyłam ich ja, czyli wpadka. Ojciec chciał zasłużyć na matkę, więc usługiwał i sprzątał. Gotowała ona, ja w domu nie kiwnęłam palcem. Miałam tylko dobrze się uczyć. Gdy przyjechałam na studia do Warszawy, wynajęłam kawalerkę.

Kieszonkowe od rodziców ledwo starczało na czynsz, ale nawet gdy byłam biedna, raz na dwa tygodnie sprzątała mi gosposia. Nie gotowałam. Gotowe dania odmrażałam w mikrofalówce albo przywoziłam to, co zrobiła mi mama. Domowe prace uważałam za odmóżdżające. Poza tym szybko się męczę. Gdy próbowałam robić porządki, był jeszcze większy bałagan. Z mężem rozstałam się, gdy Julia miała dwa lata - nie potrafił sprzątać, zająć się dzieckiem ani zarabiać pieniędzy. Po rozwodzie przestał się do nas odzywać.

Jak wyglądał układ idealny?

Sushi? Zupa tajska? U Piotra miałam wybór lepszy niż w niejednej knajpie. Opanował kuchnię azjatycką i meksykańską, a ja przestałam mieścić się w spodnie. Ale to mi nie przeszkadzało. Czułam się kochana. "Tata, pójdziemy na huśtawkę?", "Tata, poczytaj mi bajkę. Nieee! Nie mama! Taaata!". Po roku naszej znajomości córka widziała w Piotrze ojca. Ja - dobrego partnera. "Będę pracował w domu, żeby dopilnować dziecko, ugotować, zrobić zakupy", mówił przed ślubem. Był wolnym strzelcem, ja miałam etat w korporacji. Uważałam, że to układ fair, bo zarabiałam trzy razy więcej.

Przez lata w domu nie robiłam prawie niczego. Miałam jeden obowiązek: wyjmowanie prania z pralki i chowanie, gdy wyschło. W każdy czwartek nasz dom ogarniała Ukrainka.

Zaczęło się walić, gdy...

Były tygodnie, kiedy Piotr miał dużo zleceń. Przywoziłam wtedy obiady z azjatyckiej knajpy. Myślałam, że Julce smakowały. Któregoś wieczoru usłyszeliśmy w kuchni huk i płacz. Córka wylała na rękę gorący sos z patelni. W drodze do przychodni ryczała: "Próbowałam ugotować coś normalnego!". Na szczęście oparzenia nie były groźne. "Coś normalnego?", myślałam.

Na drugi dzień z książki Jamiego Olivera, uczyłam się, jak gotować w 30 minut. Robiłam jej udka kurczaka. Pierwszy raz w życiu. Podałam twarde i niedopieczone. Chciałam wstawić do piekarnika, ale córka krzyczała: "Teraz się brzydzę! Nie umiesz nic zrobić! Co z ciebie za matka!". Dzień później powiedziała nam o aferze w szkole. Poszłam do wychowawczyni, próbowałam Julce tłumaczyć, przytulać, ale był płacz. Wtórował jej mąż: "Zbyt długo cię nie ma w domu. Pańcie z jej szkoły mają cię za potwora, a mnie za mięczaka".

W podmiejskim środowisku nasz styl życia ocierał się o patologię. Pracowałam dziesięć godzin dziennie. Zarządzałam kilkunastoma osobami. Ale za to spłacałam raty za dom, w którym Piotr urządził sobie pracownię. Kupowałam laptopy, xboxa, przed którym córka i mąż szaleli miesiącami. Ale teraz słyszałam, jaka jestem okropna. "Nawet nie znasz moich nowych koleżanek", wyrzucała córka.

Co miałam zrobić? Do północy stać przy kuchni? Należał mi się odpoczynek, przecież pracowałam, a nie oddawałam się drogiemu hobby. Miałam zrezygnować z etatu? A może dać córce feministyczny wykład o tym, że kobieta to nie tylko dom i gary? Że "poświęcanie się dla rodziny", które widzi u matek koleżanek, to według mnie lenistwo i brak życiowej inicjatywy. Zaczęłam lawirować. Zawoziłam dziecko do szkoły, ale tylko w te dni, kiedy miała na ósmą. Mieszkaliśmy pod Warszawą, poranny dojazd w korkach do pracy zajmował mi godzinę. Do firmy wpadałam więc zazwyczaj lekko spóźniona.

Czasem próbowałam gotować, ale częściej udawałam. W restauracji kupowałam "domowe obiady" - kurczaki, buraki, purée. Tak jak chciała Julka. Tak jak jadła u Zosi czy Gosi. Przemycałam je razem z zakupami i zamykałam się w kuchni. Do piekarnika wrzucałam czosnek, zioła, żeby pachniało jak u mamy. I odgrzewałam obiad. Mąż był ze mną w spisku, robiliśmy to dla dziecka, żeby czuło się zaopiekowane w tradycyjny sposób. Poprawiał jej się humor.

Zrozumiałam, że rodzina potrzebuje gestów: ugotuję dla ciebie, uprasuję ci bluzeczkę, więc jesteś ważna. Gdy mąż wyjeżdżał o szóstej rano na konferencję do innego miasta, wstałam o piątej, żeby zrobić mu jajecznicę. Ale to drobne gesty, nie zmieniłam się nagle ani w perfekcyjną panią domu, ani master chefa.

"Mamo, zróbmy w tym roku u nas święta!", poprosiła córka niedawno. Zesztywniałam, bo zawsze jeździliśmy do rodziców lub teściów. Ale stwierdziłam, że organizację wigilii potraktuję jak zadanie w pracy. Rozdzielę obowiązki: Piotr przyniesie choinkę, dokupi kilka krzeseł. I nowy obrus. Gosposia sprzątnie, poprasuje. Ugotuje mama i teściowa. Ja kupię makowce i pierniki.

Wiem, że Julka chciałaby mnie widzieć krzątającą się w kuchni, ale to niemożliwe. Coś zamarkuję. "Wlej do rozgrzanego piekarnika olejek cynamonowy i imbirowy" - poradziła mi szefowa. - Ja tak robię. Dom pachnie świątecznym ciastem". Myślę, że to dobra rada. Kocham moją rodzinę i zrobię dużo, żeby byli szczęśliwi. Ale muszą zrozumieć, że kocham też siebie. I ważna jest dla mnie praca.

Natalia Kuc

TWÓJ STYL 12/2013

Tu znajdziesz specjalny e-book świąteczny, a w nim wiele przydatnych rad jak sprawić, by święta były radosne i... spokojne

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje