Reklama

Reklama

Kto dzisiaj sprząta?

Partnerstwo bez owacji

Helena, 33 lata, tłumaczka. Mężatka, matka dwuletniej Anieli. Jest w siódmym miesiącu ciąży: Podział obowiązków jest u nas partnerski. To dla mnie oczywiste. Nie po to wyszłam za mąż, żeby dokładać sobie pracy albo sprzątać po mężu. Ale nawet my mamy czasem pod górkę. Kilka miesięcy temu, gdy się okazało, że znów będę mamą, zaproponowałam: "Wykorzystajmy roczny urlop macierzyński, podzielmy się nim po równo".

Reklama

Ale mój mąż, który przy dziecku potrafi zrobić wszystko, zaczął tłumaczyć, że nie może. Bo pracuje na uczelni, a jego szefowie są po sześćdziesiątce. Bo to tradycyjni macho. Poświęcali się karierze, a dzieci widywali, gdy spały. - "Co z tego?! - pytałam. - Nie rozumiesz? Zdegradują mnie, wyśmieją!". Z jednej strony go rozumiałam. Ale co? Mieliśmy się poddać? Przez kilku twardzieli z jego pracy?

Jak bylo u mamy i taty?

Nie mogę przypomnieć sobie widoku mamy, która odpoczywa. Nawet obiad jadła na stojąco: "Mam mało czasu, a jeszcze muszę wstawić pranie", mówiła. Zmywała naczynia bolącymi od gośćca rękami. Nie używała zmywarki. "Szkoda prądu", tłumaczyła. Przykre, że nigdy nie żałowała siebie. Patrzyłam na nią i wiedziałam: moje życie będzie wyglądać inaczej.

Pamiętam pierwszy dzień, gdy wprowadziłam się do Bartka. Szedł do pracy wcześniej niż ja, więc rano zrobiłam mu śniadanie. Następnego dnia prasował mi sukienkę, bo tym razem ja się spieszyłam. Na nic się nie umawialiśmy. Po prostu się działo. Bartek był bałaganiarzem, który lubi porządek. Nie przeszkadzało mi, że od razu nie odkłada rzeczy po sobie, przy nim nauczyłam się odpuszczać. Wchodziliśmy do domu i... buty w kąt, kurtka na krzesło. Po śniadaniu talerze zostawały na stole. "Pozbieramy później", mówiliśmy. I tak się działo.

Gdy dwoje ludzi się szanuje i kocha, działa instynkt, pewne rzeczy "robią się" same. Bartek dobrze gotował, prasował. Nauczył się, gdy mieszkał sam. Zgrzyty? Zaczęły się, oczywiście. Dopiero po ślubie.

Jak zaczęliśmy kłócić się o sprzątanie?

Kiedy minęła pierwsza faza zauroczenia, w której nie liczyło się nic oprócz nas, bałagan zaczął mi jednak przeszkadzać. Częściej go dostrzegałam niż mąż. Co trzeci dzień biegałam po domu z odkurzaczem i ścierką. Głośno wzdychałam, żeby pomógł. "Nie wychodź do pracy, nie dam sobie rady!". Był z nami dwa tygodnie, mówił, że musi wrócić na uczelnię. Ryczałam. Przyjechała moja matka. Wyżywałam się na nim za to, że go nie ma. Bartek częściej w nocy wstawał do małej. Na zajęcia szedł nieprzytomny. Nie współczułam mu, też chodziłam na rzęsach.

- "Mógłbyś podgrzać mleko. - Dopiero, co pozmywałem. - Jeśli myślisz, że zmywanie jest porównywalne z całodniową opieką nad niemowlakiem...". Żeby uniknąć awantur, wymyśliliśmy, że podzielimy się pół na pół, raz kąpie on, raz ja, to samo z prasowaniem, wynoszeniem śmieci, ale było trudno. Kąpaliśmy zazwyczaj we dwoje. Wieczorami padałam z nóg, nie chciałam słyszeć o prasowaniu, nawet co drugi czy czwarty dzień.

Rozliczałam męża ze wszystkiego i wciąż wychodziło, że robię więcej. Nie przewinął rano Anieli, wrzucałam brudną pieluchę do jego aktówki. Potrzebna nam była empatia, ale wtedy jej zabrakło. Oswajaliśmy się z nowymi rolami powoli. Bartek wziął na siebie nauczenie córki szybszego zasypiania. Udało się! Zaczęłam mu odpuszczać drobiazgi.

Wszystko gra?

"Już tęsknimy i dajemy sobie radę", odbierałam SMS-y od Bartka, gdy siedziałam w samolocie do Londynu. Niedługo po tym, gdy wróciłam do pracy, wyjeżdżałam z firmy na dwudniowe szkolenie. Aniela została z ojcem, wziął wolne w pracy. A ja tak tęskniłam, aż chciało mi się płakać. Miałam w głowie słowa matki: "Nie powinnaś jechać, masz siedmiomiesięczne dziecko!".

Myślałam o miłości ojców do dzieci często pozbawionej wyrzutów sumienia i o społecznej presji. O tym, że gdyby na moim miejscu siedział Bartek, pewnie nie czułby się winny. Za to czuł się tak, kiedy dwa miesiące przed narodzinami naszego drugiego dziecka złożył na uczelni wniosek o przyznanie mu czterech miesięcy urlopu. Mieliśmy podzielić się pół na pół, ale wynegocjował: "Ja biorę cztery, ty osiem". "Gratuluję, panie Bartku", usłyszał od szefa katedry, prorektor nie był tak przychylny: "Nowe czasy, niewieścieją nam faceci", powiedział.

Ponoć ktoś rzucił prymitywny żarcik, że jeśli Bartek ma poranne mdłości, może część zajęć oddać kolegom. - "Po raz pierwszy boję się, co zastanę w pracy, gdy wrócę po czterech miesiącach - powiedział mąż. - Ja bałam się przy pierwszym dziecku i boję się teraz. Czyli jesteśmy równi" - powiedziałam.

No, może nie do końca. Moi rodzice, teściowie, przyjaciółki nie mogą opanować zachwytu: "Ale ci się trafił mąż! Zajmie się niemowlakiem!". Wszyscy biją mu brawo. Mnie nie, choć to będzie mój drugi urlop macierzyński.

Tu znajdziesz specjalny e-book świąteczny, a w nim wiele przydatnych rad jak sprawić, by święta były radosne i... spokojne

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje