Reklama

Reklama

Wakacje leśnych ludzi

Po latach fascynacji pięciogwiazdkowymi hotelami znów ciągnie nas do natury. Nie chcemy jednak rezygnować z komfortu, do którego przywykliśmy na wakacjach all inclusive. Sposobem na połączenie tych dwóch światów mogą być glampingi - luksusowe campingi , które w tym sezonie przeżywają prawdziwe oblężenie.

Konrad Mańkowski z dzieciństwa w Baranówce pamięta głównie zieleń. Niezbyt uporządkowaną, raczej swobodną, dziką nawet. Była też drewniana chatka, w której wychował się jego ojciec. To właśnie on, po tym jak już wyprowadził się do miasta i odchował własne pociechy, stał na stanowisku, żeby Baranówki nie sprzedawać. Czekał na moment, w którym na ziemi przekazywanej z dziada pradziada, będzie można rozwinąć rodzinny interes.

Reklama

Doczekał się cztery lata temu. To wtedy Konrad postanowił zamienić pracę umysłową na fizyczną, cudzy biznes na własny, a elegancki biurowiec na otulinę Kampinoskiego Parku Narodowego. Chociaż, po prawdzie, była to bardziej "ewolucja" niż szybka zamiana. - Dwa lata. Tyle zajęło mi mentalne przestawienie się z pracy przy biurku na pracę w Baranówce, gdzie jestem administratorem, budowlańcem i konserwatorem w jednej osobie -  mówi.  - Uparliśmy się , że stworzymy miejsce blisko natury, niebanalne, komfortowe. Takie, w którym sami chcielibyśmy spędzić czas.

Dzisiaj na czterech hektarach Baranówki (oficjalna nazwa: Baza Baranówka) stoją namioty w stylu safari wyposażone w drewniane podłogi, piętrowe łóżka, półki i szafki. Każdy z nich ma taras ze stolikiem i ławkami. Nocą całość oświetla elektryczne światło, a sanitariaty, wieczna bolączka kempingów, nie odbiegają standardem od tego, co widuje się w wielu domach. Czas spędza się tutaj na kąpieli (na terenie znajduje się czyste jeziorko), graniu w siatkówkę, ćwiczeniu w strefie cross, i spacerach po parku narodowym.

Skromnie? Może i skromnie, ale, jak mówi Aleksandra Szałek z serwisu Slowhop, zajmującego się pośredniczeniem w wynajmie niebanalnych noclegów, na glampingu właśnie brak atrakcji jest największą atrakcją. - To miejsce, które z jednej strony powinno służyć wyciszeniu, z drugiej zaś, dawać możliwość zgromadzenia nowych doświadczeń -  tłumaczy. - Podróże do ciepłych krajów, noclegi w luksusowym hotelu, darmowe drinki, nie robią już wrażenia. Teraz szukamy przeżyć.

Namiot po królewsku

Trendy trudno datować, jednak w przypadku glampingu, można dość precyzyjnie wskazać, kiedy ta forma rekreacji pojawiła się w Polsce. Pionierami byli prawdopodobnie właściciele Glendorii - warmińskiej ostoi otwartej w 2012 roku. Jeśli zaś chodzi o skalę globalną: Wikipedia podaje, że na świecie po raz pierwszy słowa "glamping" (neologizm powstały z połączenia "glamourous" i "camping") zaczęto używać w 2005 roku. Jednak o ile słówko jest dość nowe, sama idea mobilnych, luksusowych mieszkań, już nie.  - W XIX wieku bogato wyposażone namioty zabierano ze sobą na safari -  tłumaczy Szałek.  - Głównie Brytyjczycy, chcąc być blisko natury, a jednocześnie nie rezygnować ze standardu życia, na wyprawy do Afryki wieźli ze sobą dywany, meble, naczynia, nawet obrazy.

Historia dostarcza i wcześniejszych przykładów. Do najbardziej spektakularnych należy Pole Złotogłowia: obóz zbudowany w XVI wieku, jako miejsce spotkania króla Anglii, Henryka VIII i króla Francji Franciszka I, na którego przygotowanie francuski władca wydał zawrotną wówczas kwotę 200 tys. liwrów. Gdyby zaś sięgnąć do rodzimych dziejów, na myśl przychodzą przebogate namioty tureckie, zdobyte pod Wiedniem i do dziś przechowywanych na Wawelu.

- Wędrówkę w głąb historii tak naprawdę można by ciągnąć aż do mongolskich jurt - konstrukcji mobilnych, tymczasowych, a jednak zawierających w sobie wszystko, co potrzebne do stworzenia domu -  podsumowuje Szałek.

Znajdź się w jurcie

Dziś glamping to zjawisko globalne, ale z wyraźnym lokalnym rysem. Azjaci stawiają na domki na drzewach, Skandynawowie i Słoweńcy na szałasy, w Polsce zaś dobrze przyjęły się jurty. To namioty efektowne, wytrzymałe i stosunkowo łatwe do zmontowania: jak tłumaczy Ewa Tompolska, która wraz z Katarzyną Szeszko prowadzi ośrodek Yurta Spa pod Wierchomlą, do postawienia jednej konstrukcji potrzeba czterech osób, a po 12 godzinach pracy zyskuje się całkiem przestronną przestrzeń: jest miejsce na dwa miejsca do masażu, kilka mebli, nawet na kominek.

Jednak dla Ewy i Katarzyny, praktyczne względy nie były najważniejsze.  - Zależało nam na kształcie - okrągłym i materiałach - naturalnych, tak by nasi goście czuli się otoczeni przyrodą nie tylko na zewnątrz, ale i wewnątrz spa -  mówi Ewa.  - Tworzymy miejsce dla osób, którym zależy na bliskim kontakcie z naturą, dbających o przyrodę i o własny dobrostan umysłowy i emocjonalny. Są wśród nich i tacy, którzy znaleźli się na życiowym rozdrożu, a odcięcie od cywilizacji pomaga im w odnalezieniu siebie na nowo - dodaje. 

Odcięcie w sensie dosłownym: w spa nie ma zasięgu, a z oddalonej o 40 minut marszu wsi, wiedzie do niego tylko jedna droga.

Oprócz jurt nieźle sprawdzają się też w Polsce namioty bańki (klientom kojarzą się z czystością, sterylną przestrzenią), domki na drzewach (konstrukcja trudna, niebanalna) i wszelkiego rodzaju samoróbki.

Eksperymenty w zakresie tych ostatnich skutkują czasem stworzeniem małej, budowlanej pracowni.  - U nas zaczęło się od chęci stworzenia miejsca dla dzieci z pobliskiej szkółki żeglarskiej. Tak, żeby w czasie niepogody miały gdzie wypić herbatę. Domki na wodzie spodobały się jednak turystom więc zaczęliśmy je wynajmować - mówi Patrycja Wlizło z HT Houseboats. Dzisiaj domków jest kilkanaście - to drewniane konstrukcje na pływakach, wyposażone m.in. w kominki, jacuzzi, czasem też prywatne motorówki. Jest wśród nich i rekordzista - jedyny w Polsce dwupiętrowy, pływający budynek na wynajem. Obok nich powstały konstrukcje na lądzie (te już pod nazwą Herbals SPA).  - Są domki na ziemi i domki na drzewach, domki dla dwóch i dla sześciu osób, proste kostki i bryły z trapezoidalnym dachem, nie ma dwóch takich samych domków -  wylicza Wlizło.

Obok takiej architektonicznej rozpusty pojawiają się i próby o wiele bardziej minimalistyczne: W ubiegłym roku Dariusz Pyrz na beskidzkim polu zbił podest, a na podeście postawił łóżko. Osłonił je baldachimem, obok zamontował ruską banię. Kiedy zapowiedział, że za korzystanie bierze kwotę zbliżoną do ceny hotelowego pokoju, niektórzy pukali się w głowę. Szybko jednak przestali, bo okazało się, że chętnych było więcej niż nocy w sezonie.

Styl.pl

Reklama