Przejdź na stronę główną Interia.pl

SHOW - magazyn o gwiazdach

Kto rządzi w domu Englertów?

Z kim się przyjaźni, jak wołają na nią koleżanki i co robi, że ma tak zniewalające ciało... O tym wszystkim tylko w wywiadzie dla SHOW.

Katarzyna Jaraczewska, SHOW: Rozmawiamy w bufecie Teatru Narodowego i widzę, że wystarczyła jedna mała prośba, żeby koledzy przycichli.

Reklama

Beata Ścibakówna: Kobieta powinna mieć posłuch u mężczyzn. 

Ten teatr to dla pani miejsce wyjątkowe, gdzie widzowie mogą podziwiać jedną z najlepszych pani ról - w "Tartuffie", granym od 12 lat. 

- ...choć z przerwami, ze względu na ciążę i zastępstwa oraz to, że Wojtek Malajkat, grający bohatera tytułowego, został dyrektorem innego teatru, potem rektorem, co wymusiło przerwy. 

Aktorzy występują tam znakomici, ale to pani króluje na scenie. 

-(Śmiech) Przez grzeczność nie zaprzeczę, ale faktycznie, cenię sobie postać Doryny. Zdziwiłam się, że reżyser obsadził mnie w tej roli. 

Dlaczego? 

- Bo to taka mocna baba, w dodatku starsza. Gdy zaczynaliśmy próby, miałam 35 lat, ale Jacques Lassalle, zmarły niedawno reżyser spektaklu, powiedział, że ona musi mieć energię i siłę fizyczną. Tak tę postać przedstawiają Francuzi. 

Ma pani cięty język, jest dynamiczną, charakterną kobietą, a jednocześnie jest zagadkowa. 

- To świetnie, że jestem tak postrzegana! Jestem sobą, ale nie chcę za bardzo się odkrywać. Aktorka nie powinna wszystkiego zdradzać. O mnie i tak dużo wiadomo. Bo jestem w takiej, a nie innej rodzinie, i gram w takim, a nie innym teatrze czy serialu. Tak naprawdę znają mnie najbliżsi i moje przyjaciółki, a mam takie jeszcze z przedszkola i z podstawówki, z którymi cały czas utrzymuję kontakt. One mówią do mnie, jak wcześniej, Siwa. Ale też nic w życiu nie udaję. Wystarczy, że chowam się za moimi postaciami. A na co dzień, jak każdy, mam swoje lepsze i gorsze dni. Na szczęście tych drugich jest niewiele. 

Kiedy szła pani do szkoły teatralnej, też chciała się pani chować za rolami? 

- Pod koniec lat 80. było zupełnie inaczej. Wtedy tak wiele filmów i seriali nie powstawało, nie było prasy kolorowej, a o Internecie nikt nie marzył. Pokochałam granie w liceum, gdy występowałam w teatrze amatorskim. Zdawałam do szkoły, bo chciałam grać - w zasadzie było mi wszystko jedno, gdzie. Nie wyobrażałam sobie, jak potoczą się dalej moje zawodowe losy. Nie koncentrowałam się na tym, żeby zaczepić się w serialu, potem w filmie, a na koniec zrobić reklamę. Zaczynałam od teatru i  za aktorkę teatralną się uważam, choć uwielbiam stawać przed kamerą. 

Czy dzisiejsi młodzi aktorzy podchodzą do pani zawodu bardziej jak do potencjalnego źródła ogromnego dochodu, a samo granie już nie jest tak istotne? 

- Nie chcę uogólniać, ale teraz młodzi zdają sobie sprawę, że konkurencja na rynku jest olbrzymia i chcą zaistnieć na rynku jak najwcześniej: w  serialu, czy choćby w reklamie. Myślą, że gdy to się uda, to już tak już zostanie, a to nieprawda. Zaraz przyjdą następni, bardziej zdolni. Mam wrażenie, że amatorszczyzna wpycha się wszędzie, choć na szczęście nie do teatru, bo tu bez techniki nie da się zaistnieć. 

Lubi pani patrzeć na to, co robią koledzy? 

- Jestem fanką teatru i kina. Trzeba oglądać - to też jest część naszej pracy i  wiedzy. Co prawda nie jestem wiernym widzem seriali na Netfliksie, zazwyczaj oglądam kilka odcinków, żeby być zorientowaną.Nie jestem w stanie obejrzeć wszystkich sezonów "Gry o tron", bo to nie jest moja bajka, ale od "Wersalu" nie mogę się oderwać. Lubię seriale kostiumowe, a dla aktora taki kostium to wyzwanie. W takiej produkcji chętnie bym zagrała. 

Tymczasem gra pani w serialu jak najbardziej współczesnym i to, unikalną w polskich warunkach, rolę biseksualnej pani anestezjolog. 

- Niektórzy znajomi dziwili się, że przyjęłam taką rolę. A zrobiłam to dlatego, że trzeba o takich ludziach, których nie jest mało, opowiadać. Tym bardziej, że "Diagnoza" ma nieprawdopodobną oglądalność, więc warto widzom powiedzieć, że tak jest: że można kochać najpierw mężczyznę, a potem kobietę, że preferencje seksualne mogą się zmienić z wiekiem. To, moim zdaniem, znakomity temat, który nie jest w pełni wykorzystany w  serialu, a lekko zaznaczony. A można by było to tak pięknie i dojrzale opowiedzieć. I  nie chodzi mi o jakieś bardzo śmiałe sceny erotyczne, tylko o to, skąd nagle bierze się ta fascynacja swoją płcią. 

Może w kolejnym sezonie scenarzyści pochylą się nad doktor Olgą. 

- Niech państwo o tym piszą. Scenarzyści nie są głusi na sugestie. 

Zastanawiałam się, czy ta nowa pani ordynator (Danuta Stenka) wejdzie między pani bohaterkę i doktor Agnieszkę (Agnieszka Wosińska)? 

- Na razie przeczytałam kilka odcinków i nic takiego się niestety nie dzieje. Też żałuję. 

Ale rozumiem, że są panie sobie bliskie jako koleżanki z jednej garderoby przynajmniej. Przyjaźń w zawodzie, w który wpisana jest rywalizacja, jest możliwa? 

- Z Danusią jesteśmy w jednej garderobie już 12 lat i  tak czasami gawędzimy sobie, a  czasem milczymy, czasem coś czytamy. Garderobę, przy innym spektaklu, dzielę również z Ewą Wiśniewską, która jest cudowną, sypiącą anegdotami osobą o niezwykłym poczuciu humoru. Uważam więc, że przyjaźń między aktorkami jest możliwa. Gram teraz w spektaklu "Madame de Sade", gdzie na scenie pojawia się sześć aktorek. Wszystkie tak się zaprzyjaźniłyśmy, że spotykamy się poza teatrem, w domach i rozmawiamy przy dobrym jedzeniu i winie. Moja pierwsza produkcja teatralna też wzięła się z przyjaźni. Małgosia Kożuchowska, Ewa Wiśniewska, Dorota Landowska i ja, rozmawiając w garderobie, wymyśliłyśmy, że wyprodukujemy spektakl. I udało się! Ewę zastąpiła Edyta Olszówka. Objechałyśmy całą Polskę i świat, i naprawdę nigdy nie było między nami ani jednej scysji... Bycie producentem też mi odpowiada. 

To też kawałek pani ogródeczka. 

- Tak, tu wszystko zależy ode mnie: wybór aktorów, reżysera, tekstu, sponsorów. Oczywiście, jeśli ktoś mi coś dobrze radzi, nie lekceważę tych głosów. Gdy stawiam sobie cel, to muszę go osiągnąć. 

A lubi pani rządzić? 

- Oczywiście, jak każda kobieta. 

To kto rządzi u państwa w domu? 

- Pies. Bella. To mały maltańczyk. Tym trzem kilogramom osobowości jest podporządkowany nasz tryb dnia. Kto może, bieży do domu, żeby ją wyprowadzić i pogłaskać. 

A kogo Bella uważa za najważniejszą osobę? 

- Cóż.... mnie. 

Ma pani teraz sporo zobowiązań: bo i serial "Drogi wolności", i teatry telewizji, i próby w teatrze i normalne spektakle, jak choćby "Garderobiany", na którego nie sposób zdobyć bilety. Muszę zapytać: jak gra się z Janem Englertem? 

- Powiem tak: lubię grać z osobami, które cały czas coś do spektaklu wnoszą, nie są sztampowe, inspirują. Jan Englert jest takim aktorem. Każdego dnia jest inny w ramach granej postaci. Po prostu mistrz. 

Jak wygląda pani życie w dniu premiery, bo słyszałam opowieści aktorach strasznie przeżywających takie wydarzenie. 

- Jeśli premiera jest dobrze przygotowana, a wszystko wklepane na twardy dysk, to oczywiście są nerwy i adrenalina, którą uwielbiam, ale zachowuję względny spokój. Czasem jednak spektakl jeszcze się rwie, nie wszystko jest do końca przećwiczone, i nie chodzi tu o zapamiętanie tekstu. Wtedy są duże nerwy. I  muszę powiedzieć, że z wiekiem trema jest coraz coraz trudniejsza do okiełznania. Zawsze jednak stosuję jedną zasadę: przed premierą jem tylko delikatne śniadanie. Aktor musi być na głodzie. 

Stąd ta nienaganna figura. Co roku latem redakcja dostaje zdjęcia z waszych rodzinnych wakacji w Juracie. Wygląda pani jak milion dolarów. 

- Och, wiele moich koleżanek świetnie wygląda. Może nie są fotografowane w kostiumie kąpielowym, bo nie jeżdżą do Juraty, tylko na egzotyczne wyspy. Trudno, robią nam zdjęcia, ale na plaży specjalnie się nie kontrolujemy, a to, jak wyglądam, jest efektem dbania o siebie przez wiele lat. Wiem, co lubię, a czego nie lubię jeść, i nigdy nie wmuszam w siebie jedzenia. Do tego regularne ćwiczenia i  sukces gwarantowany. Zdjęcia będą dobre! 

Czy ostatecznie nauczyła się pani pływać? Bo krąży taka anegdotka o tym, że jako studentka na wyjeździe omal nie utonęła pani w oceanie i żeby zaimponować rektorowi, a obecnemu mężowi, nauczyła się pani pływać. 

- Powiem tak: pływać potrafię, ale wchodzić do wody po prostu nie lubię. Nie jest ona moim żywiołem, ba, nawet w wannie siedzieć nie lubię, bo skóra tak nieprzyjemnie odmięka. Wolę latać albo być na ziemi. Podziwiać przyrodę. 

To widać na pani Instagramie. Inne gwiazdy prezentują kolejne stylizacje, produkty, wyjścia, imprezy, a pani zachwyca się kwiatami. 

- W maju wszystko kwitnie, a ogródek odstresowuje. Ostatnio zasadziłam piękną hortensję. Będzie cieszyć nasze oczy. 

Może z tej fascynacji powstanie program "Beata w ogrodzie"? Bo najwyraźniej celebryctwo level hard to nie jest pani bajka. 

- Dziękuje, że pani to powiedziała. 

Rozumiem, że to chce pani też przekazać córce: że ta otoczka nie jest najważniejsza, choć nie można jej lekceważyć. 

- Ona to już dawno wie, ma też w domu dwie osoby, które dają przykład. Helena dostała kilka propozycji, nie tylko serialowych, ale i z programów typu show. Odmówiła, podobnie jak wielu wywiadów i sesji, choć ostatnio wzięłyśmy udział w tej z  okazji dnia matki. Mamy piękną pamiątkę. Ja prowadzę mój Instagram, ale nie zamęczam ludzi porcją kilkunastu zdjęć i moimi wynurzeniami na każdy temat: co jem, co gotuję, w  co się ubieram i gdzie, i po co jadę czy lecę samolotem. Rozumiem, że można się dzielić swoją codziennością, ale to nie dla mnie... Trzeba troszkę prywatności zachować dla siebie. 

SHOW Katarzyna Jaraczewska

Zobacz także: