Reklama

Reklama

SHOW - magazyn o gwiazdach

Aleksandra Kwaśniewska: Chcę żyć w zgodzie ze sobą

Skoro stawiasz na show-biznes, powiedz, co takiego daje ci popularność?

Reklama

- Możliwość spotykania fajnych ludzi, prowadzenia rozmów na ciekawe tematy. To jest dla mnie bonus. Nie to, że pójdę na jakiś bankiet. Przyjemnością jest sama praca w mediach. Pierwszy wywiad, jaki zrobiłam, to była rozmowa z Jerzym Stuhrem. Potem jeszcze wielokrotnie zdarzało mi się siadać z dyktafonem naprzeciwko osób, które podziwiałam. Dla takich chwil robię to, co robię. Jestem pogodzona z tym, że ludzie będą myśleli o mnie różnie. Zależy mi tylko na tym, żeby zrozumieli mnie ci, którzy przypuszczalnie polubiliby mnie prywatnie. Podejmuję dziś dużo bardziej świadome wybory. Mam już trzydzieści parę, a nie dwadzieścia parę lat i nie chcę mi się angażować w rzeczy, które nie do końca czuję.

Od pięciu lat jesteś współprowadzącą programu "Mała czarna". Masz wpływ na tematy rozmów?

- Przed rozpoczęciem sezonu mamy spotkanie redakcyjne. Biorą w nim udział wszyscy: reżyser, producent, wydawca, gospodyni programu, czyli Kasia Montgomery i my, współprowadzące. Robimy burzę mózgów. Każda proponuje temat, który leży jej na sercu.

Co ostatnio wymyśliłaś?

- Próbuję przeforsować temat związany z upadkiem "maczyzmu", ale nie będę wdawać się w szczegóły, żeby go nie spalić. W programie mamy dużo wolności. Nie ma sztywnego scenariusza i zaleceń, co mamy mówić. Tym bardziej że nagrywamy "live-to-tape", czyli bez montażu. Mocną stroną "Małej czarnej" jest to, że my się wszystkie autentycznie lubimy i jesteśmy ciekawe tego, co mamy do powiedzenia. Powiew świeżości wnoszą też zmieniający się goście. Uwielbiam tę robotę.

A lubisz oglądać siebie na ekranie?

- Nie przepadam.

Coś byś w sobie zmieniła?

- No pewnie. Denerwuję się, że minę mam nie taką, że mówię irytującym głosem. Przypominam sobie, o czym nie zdążyłam powiedzieć.

Zdarzało ci się "popłynąć"?

- Kiedyś z Zuzą Ziomecką poszłyśmy drogą tak frywolnych skojarzeń, że popłakałyśmy się na wizji ze śmiechu. To był jedyny raz, kiedy "zgotowałyśmy się" tak, że popłynęły nam makijaże. Ja niestety mam taki charakter, że mimo zacięcia psychologicznego, zawsze szukam pretekstu do zgrywy.

Kiedy ostatnio prowadziłaś program z Najsztubem, nieźle iskrzyło między wami.

- Na początku nie byłam fanką pomysłu, by do naszego babskiego kurnika wrzucać koguta. Ale okazało się, że lubię być z nim w programie. Lubię dyskutować i gdy ktoś ma inne zdanie. Nudzi mnie i wręcz irytuje, kiedy wszyscy potakują, bo też mało tematów jest tak jednoznacznych, żeby nie dało się na nie spojrzeć z różnych stron. Ciekawi mnie cudzy punkt widzenia. Nie zacietrzewiam się.

Najtrudniejsza rozmowa, jaką musiałaś przeprowadzić?

- Kiedyś była u nas trenerka interpersonalna, która opowiadała o sposobach na osiągnięcie poczucia szczęścia. Była cudownie pogodna, niemal jak z innego świata, więc padło pytanie, czy jej przygnębieni klienci nie podejrzewają jej o to, że sama nie ma się czym przejmować. I ona wtedy, z tym samym pogodnym wyrazem twarzy, opowiedziała o tragicznej śmierci swojego syna, a ja osłupiała myślałam tylko o tym, żeby się nie popłakać. Tak bolesne tematy kosztują mnie zawsze dużo emocji. Już lepiej sobie radzę z trudnymi gośćmi.

Czyli jakimi?

- Onieśmielonymi, zamkniętymi, mówiącymi tylko to, co wypada. Na szczęście mamy dużo fajnych gości, bo większość osób przychodzi do tego programu chętnie.

W pracy pomaga ci wiedza psychologiczna?

- Na pewno. Przecież wywiady to też rozmowa psychologiczna. Często trafiam na rozmówcę, który się pilnuje. Widzę fasadę, grę. Wtedy techniki psychologiczne pomagają mi otworzyć te osoby. Ale potem jest autoryzacja...

A ty jak autoryzujesz?

- Zwykle sporo zmieniam, bo jestem przywiązana do swojego stylu pisania. Ale nie zmieniam poglądów, a to wcale nie jest normą niestety. No i muszę pamiętać, że są tematy, które działają na prześmiewców jak płachta na byka.

Na przykład?

- Zawsze ryzykowny jest temat pieniędzy. Ludzie myślą, że na nich śpię. Nie mieści im się w głowach, że mogę przed zakupem patrzeć na metkę. Albo że podróżuję ekonomicznie. Sama już nie ogarniam liczby moich rzekomych posiadłości. Raz czytam, że mieszkam w luksusowej willi w Wilanowie, potem, że mam apartament nad morzem. W obu przypadkach - pudło.

Czytałam dziś, że "przestali płacić celebrytom za imprezy". Co teraz?

- (śmiech). Szkoda gadać. To są takie bajeczki, które mają podsycać niechęć do grupy uważanej za uprzywilejowaną. Gdy czytam, że moim źródłem zarobkowania jest chodzenie na imprezy, to mi ręce opadają.

A żyjesz z pieniędzy podatników?

- Od lat się zastanawiam, jak to by się miało odbywać. Szczególnie że sama jestem podatnikiem i wkładam do budżetu państwa z całą pewnością więcej, niż mogłabym z niego wyjąć. Jestem tak przewrażliwiona na punkcie tych bzdur, że od lat na wszelki wypadek odrzucam propozycje pracy z telewizji publicznej, żeby nie pojawił się zarzut, że to są pieniądze podatników. Pracuję w prywatnych firmach i od nich dostaję wynagrodzenie.

To skąd te wszystkie plotki?

- Plotki świetnie się sprzedają. Im gorzej o tobie napiszą, tym lepiej dla nich. Najbardziej irytujące jest to wszechobecne "obnażanie prawdy", bo ta prawda zwykle nawet nie stała obok.

Chce ci się walczyć z niechęcią do celebrytów?

- Nie chce mi się na tym koncentrować. Dziś nawołując do tolerancji, usłyszysz, że powinnaś się wstydzić, bo jesteś nietolerancyjna wobec nietolerancyjnych. Walka o prawo do nienawiści jest w ludziach tak duża, że nie ma sensu z tym dyskutować. Trzeba to przyjąć do wiadomości.

O czym dziś marzysz?

- O rzeczach błahych. Nic mi tak nie spędza snu z powiek jak zdrowie moich najbliższych, łącznie z psami. Jedyne, o czym marzę, to żeby ludzie których kocham, byli jak najdłużej w dobrym zdrowiu. Z całą resztą sobie poradzę.

Justyna Kasprzak, IZ

SHOW 1/2014


Show

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Aleksandra Kwaśniewska | ślub