Przejdź na stronę główną Interia.pl

SHOW - magazyn o gwiazdach

Być eko i nie zwariować

​Dwie celebrytki pokłóciły się ostatnio o bycie eko. Temat modny i na czasie. Ale co właściwie znaczy? To tylko wymysł gwiazd, czy jednak konieczność dla nas wszystkich?

Wyrzucić słomki, naturalne futra i skórzane buty. Segregować śmieci, nakładać na twarz tylko wegańskie kremy i prać ubrania wyłącznie w orzechach. Sikać pod prysznicem i pod żadnym pozorem nie kupować wody w butelkach. Wystrzegać się foliowych reklamówek i ubrań z poliestru. Porad, a tak naprawdę nakazów i zakazów na temat tego, jak żyć w duchu eko jest sporo. I łatwo się w tym gąszczu pogubić. Łatwo też ludzi walczących w słusznej sprawie, uznać za oszołomów, przykuwających się do drzew i psich bud. Z pomocą ekspertów spróbujemy więc odpowiedzieć na pytania, dlaczego ekologia jest tak ważna i dotyczy każdego z nas. I jak żyć w jej duchu i nie zwariować. 

Królik doświadczalny

Reklama

To z jego powodu wybuchła ostatnio wojna pomiędzy Kingą Rusin (47) i Małgorzatą Rozenek-Majdan (40). Ta druga została twarzą marki kosmetycznej, która przeprowadza testy na zwierzętach. Rusin nazwała ją za to pozbawioną wyższych wartości hipokrytką. Na czym polegają takie testy? 

Najpopularniejszy, na tolerancję błony śluzowej, polega na wcieraniu preparatów w oko królika. Jako że króliki nie wydzielają płynu łzowego, preparat pozostaje na oku przez 24 godziny. Po tym czasie najczęściej oko ulega całkowitemu zniszczeniu. Test na toksyczność: substancje podaje się zwierzętom dożylnie, zmusza się je do połknięcia lub wdychania. Po kilku dniach zwierzę się zabija, by sprawdzić stopień szkodliwości substancji w organach wewnętrznych. Test na podrażnienie skóry: strzyże się lub goli futro zwierząt, a potem nakłada na skórę testowane substancje, aby sprawdzić, jakie czynią szkody. 

Choć w 2013 roku Unia Europejska wprowadziła zakaz testowania kosmetyków na żywych zwierzętach, poza Unią proceder trwa w najlepsze. "Poza tym, ten zakaz dotyczy tylko małego wycinka, bo należy pamiętać, że testy na zwierzętach dotyczą również większości leków, chemikaliów i żywności", zauważa Monika Gawlik, biotechnolożka, członkini Stowarzyszenia Otwarte Klatki. I dodaje w jednym z wywiadów: "Szacuje się, że co roku do eksperymentów używa się kilkuset milionów zwierząt. W samej Wielkiej Brytanii w 2011 roku ››użyto‹‹ 3,7 miliona zwierząt. Dokładna liczba zwierząt, na których prowadzone są doświadczenia, jest trudna do obliczenia. Niestety w Polsce znaczna większość konsumentów nie jest świadoma tego, że ich ulubiona marka kosmetyków testuje je na zwierzętach", zauważa. 

Kinga Rusin zachęca, by sprawdzać, czy szampon lub żel, który chcemy kupić, był testowany w ten sposób. "Każdy z nas konsumentów może bez wysiłku, dyskomfortu i wielkich poświęceń codziennie w jakiś sposób przyczynić się do poprawy sytuacji zwierząt i planety. Łatwo zrezygnować z marek kosmetyków testowanych na żywych zwierzętach. Są setki alternatyw (droższych oraz tańszych) i wymaga to małego wysiłku", podkreśla. \

Jutro nie będzie futra?

Cierpienie zwierząt to temat szeroki. Bo umierają w męczarniach nie tylko dla branży kosmetycznej ale także m.in. odzieżowej. W sieci roi się od filmów, pokazujących żywcem obdzierane ze skóry zwierzęta futerkowe. Gwiazdy robią, co mogą, by przyczynić się do powstrzymania tego procederu. "Od lat nie noszę prawdziwego futra i odmawiam założenia go do zdjęć czy na wybieg. Jest mi wstyd, że kiedyś je nosiłam! Na szczęście teraz jestem mądrzejsza", stwierdziła ostatnio znana top modelka Anja Rubik (35). Wtóruje jej Kinga Rusin, która walczy też z myślistwem i modą na naturalne futra: "O stopniu cywilizacji świadczy nasz stosunek do zwierząt. W jakim świetle stawia nas niechlubna pozycja lidera w produkcji skór na futra w Europie? Podczas kiedy hodowle zwierząt futerkowych są w wielu cywilizowanych krajach zakazane, w Polsce zabija się rocznie 10 milionów zwierząt, które są potem eksportowane do Chin i Rosji", mówi. 

Noszenie naturalnych futer powoli staje się niemodne. Kilka tygodni temu Pamela Anderson, hollywoodzka seksbomba i działaczka na rzecz zwierząt, ogłosiła: "Wysłałam kilka sztucznych futrzanych płaszczy do Melanii Trump i Kim Kardashian. Obie przysięgły, że więcej nie założą prawdziwych". Słynne domy mody Burberry, Versace i Armani też zrezygnowały ostatnio ze sprzedaży naturalnych futer. Tak jak popularne polskie sieciówki: Reserved, Sinsay, Mohito czy Solar. 

O co tyle hałasu? O warunki, w jakich przechowywane są zwierzęta futerkowe, i skalę ich zabijania. Do wykonania przeciętnych rozmiarów futra zabija się około 55 norek. Rocznie na świecie ginie ich około 26 milionów, a w samej tylko Polsce około 600 tysięcy. Najczęściej dusi się je gazem. Lisów zabija się w naszym kraju ok. 250 tysięcy rocznie. Uśmierca się je, rażąc prądem. Choć rośnie grono przeciwników noszenia naturalnych futer, są tacy, którzy pozostają niezłomni. Należy do nich m.in. modowa wyrocznia, Anna Wintour, która mawia: "Futro to pozycja numer jeden każdej eleganckiej kobiety, i nic tego nie zmieni". 

Plastik nie jest fantastic

O ile problem cierpiących zwierząt leży na sercu tylko określonej grupie ludzi, o tyle kwestia zalewających nas śmieci dotyczy już każdego z nas. W mediach co i rusz pojawiają się zdjęcia zaśmieconych plaż na drugim końcu świata. Piętrzą się na nich stosy plastikowych butelek, pojemników po szamponach, pieluch, golarek i foliowych reklamówek. Problem wydaje się być odległy, bo trudno sobie wyobrazić, że pudełko po zużytym przez nas szamponie dryfuje gdzieś u wybrzeży Dominikany. "Nic bardziej mylnego. Mamy w tym swój udział np. podróżując. A plastik zalewa także Polskę", tłumaczy w rozmowie z SHOW Ewa Chodkiewicz z organizacji WWF. I dodaje: "Nasze polskie plaże i lasy też nie wyglądają dobrze. Roi się w nich od nielegalnych składowisk. Tymczasem gminne systemy gospodarki odpadami są niewydolne, o czym dobitnie świadczą niedawne pożary odpadów. Płoną polskie śmieci i odpady, i te z zagranicy. A my za chwilę utoniemy w śmieciach", słyszymy. 

Propagatorką wyeliminowania plastiku z naszego życia jest Anja Rubik (35). Gwiazda namawia, by m.in. zrezygnować z używania słomek, a na zakupy chodzić z własną, najlepiej płócienną, torbą. "Te foliowe, które dostajemy w sklepie, używamy przez 12 minut. Tyle mniej więcej trwa nasza droga ze sklepu do domu. Później rzucamy taką torbę w kąt. Ale ona z nami zostaje na zawsze. Bo plastik się nie rozkłada. Umrzemy my, umrą nasze dzieci i ich dzieci, a ta plastikowa torba, którą rzuciliśmy w kąt, będzie trwała i zaśmiecała nasza planetę", tłumaczy Rubik. 

Wydaje się, że foliowa reklamówka to nic takiego? Nic bardziej mylnego - na stronie WWF znajdują się dane dotyczące plastiku w naszym otoczeniu: "W całej UE zużywamy aż 46 miliardów plastikowych butelek rocznie. Jednorazowe sztućce, talerze, kubki, słomki, butelki, foliowe torebki - służą nam chwilę, a zostają na ziemi i szkodzą środowisku przez kolejne kilkaset lat. Ponad milion zwierząt ginie rocznie przez plastikowe śmieci w morzach i oceanach. Możemy to zmienić, dokonując świadomych wyborów każdego dnia". Anja Rubik mawia: "Wszystko, co możemy zrobić, to być bardziej świadomymi lub ofiarować datek. Jednak jeśli chodzi o nasze morza i w szczególności plastik, który je zanieczyszcza i zabija naturalne środowisko, to stajemy się częścią problemu. Tym samym możemy być również częścią jego rozwiązania. W związku z tym, prosimy wszystkich Was, abyście złożyli plastikową obietnicę i zobowiązali się do zrezygnowania z korzystania z jednego - niepotrzebnego plastiku w Waszym życiu. Ja zrezygnowałam z używania słomek". Może warto pójść jej śladem? 

Dla środowiska czy dla sławy?

Wśród gwiazd aktywnie działających na rzecz naszej planety są i takie, które mimo dobrych chęci, robią ekologii zły PR. Niechlubny przydomek "eko-wariatki" przylgnął do Izy Miko (37). Choć początkowo jej działania na rzecz propagowania ruchu eko były godne naśladowania. Aktorka mieszkająca w Hollywood założyła bloga, na łamach którego zachęcała ludzi do oszczędzania wody i energii, recyklingu ubrań i segregacji śmieci. Rzeczowo tłumaczyła, dlaczego warto zgniatać butelki przed ich wyrzuceniem, co robić z zużytymi bateriami i dlaczego należy wyłączać urządzenia z prądu. Dzieliła się też wegańskimi pomysłami na pielęgnację (zamiast dezodorantu, polecała na przykład chronić się przed przykrym zapachem, smarując pachy limonką). Z czasem jednak jej wpisy i instruktażowe filmiki zaczęły wzbudzać śmiech. 

Sporo kontrowersji wywołała jej porada, by w ramach oszczędzania wody, oddawać mocz podczas kąpieli pod prysznicem (choć podobno robi tak sporo sław, m.in. Gwyneth Paltrow). Ale prawdziwa bomba wybuchła, gdy Iza wrzuciła do sieci instruktażowy filmik z okadzania szałwią. Celem walki ze złymi mocami Miko okadzała różne części ciała (uszy i oczy, bo one słyszą i widzą "różne gówna", a także pachy). Najwięcej uwagi gwiazdka poświęciła okadzaniu, jak to nazwała: otworów, a więc waginy i odbytu. "Okadźcie szałwią swoją waginę. Okadźcie ją! Tyłek... Wszędzie, gdzie jest akcja. W moim przypadku nie ma tam zbytniego ruchu, ale na wszelki wypadek", mówiła, pokazując, jak prawidłowo wykonać zadanie. Z dnia na dzień "eko-Miko" straciła wiarygodność, co niestety zdyskredytowało też sporo innych celebrytów, wspierających dbanie o środowisko. 

Dużo złego zrobiła też dla propagowania ekologii pewna znana polska działaczka na rzecz obrony zwierząt, która chcąc zrobić ze swojego psa wegetarianina, niemal go uśmierciła. Buldog francuski, karmiony wyłącznie ryżem i marchewką zamiast 11 kilo ważył niecałe cztery. Na szczęście takie przypadki są odosobnione, a dbanie o środowisko przestaje być chwilowym trendem, a staje się sposobem na życie. 

Przykład Reni Jusis (44), pierwszej znanej propagatorki bycia eko, pokazuje z kolei, że czasem życie weryfikuje nasze plany. I radykalne eko-zasady nie zawsze dadzą się wdrożyć. W 2012 roku piosenkarka napisała "Poradnik dla zielonych rodziców", w którym radziła m.in. nosić niemowlę w chuście, usypiać je w hamaku, kupować pieluszki wielorazowego użytku i czyścić dom za pomocą sody. Zasłynęła też poradą, by zamiast proszku do prania używać piorących orzechów, a zabawki lepiej wykonywać samemu z kartonowych pudeł i zużytych plastikowych butelek. Życie zweryfikowało te założenia, gdy na świat przyszło drugie dziecko artystki. Pieluszki wielorazowe uczuliły skórę małej Gai, a indyjskie orzechy piorące powodowały szarzenie ubrań. Reni podeszła więc do eko-rodzicielstwa zdroworozsądkowo. I wprowadziła w życie tylko te patenty, które sprawdziły się w jej rodzinie. Do tego samego namawia Polaków, bo jak podkreśla dziś w wywiadach, daleka jest od eko-terroru.