Reklama

Reklama

Michał Borczuch: O łzach i teatrze

Michał Borczuch, reżyser, i Krzysztof Zarzecki, aktor. Obaj w młodym wieku stracili matki, zmarły na raka. Borczuch miał wtedy 7 lat, matka Zarzeckiego odeszła w dniu, kiedy ten zdawał maturę z języka polskiego. To wspólne doświadczenie stało się punktem wyjścia do stworzenia spektaklu "Wszystko o mojej matce". To sztuka o kobietach, pamięci, teatrze i mierzeniu się z utratą. Spektakl walczy o główną nagrodę Festiwalu Boska Komedia.

Katarzyna Wilk: Jakie jest pana pierwsze wspomnienie z dzieciństwa?

Reklama

Michał Borczuch: - Pamiętam łąkę w krakowskim Nowym Bieżanowie z kominami Łęgu na horyzoncie.

Pytam, bo ja swoich pierwszych zapamiętanych chwil nie mam prawa pamiętać. Psychologowie mówią, że świadomie zapamiętujemy historie z życia po ukończeniu trzech lat. Wcześniejsze wspomnienia są tylko wydarzeniami, które ktoś tyle razy nam opowiedział, że wydaje nam się, że sami je pamiętamy. Spektakl "Wszystko o mojej matce" jest stworzony z takich strzępów pamięci, tego co zapamiętaliście z Krzysztofem Zarzeckim, a co w rzeczywistości mogło zupełnie inaczej wyglądać.

- Spektakl nie jest budowany ze wspomnień, które są zapisane w obrazach, z tego co jest zapisane na siatkówce. On jest powstał z moich opowieści o mojej matce i z Krzyśka opowieści o jego matce, które zderzane nagle z aktorkami grającymi w spektaklu ulegały rozwinięciu. My sami łapaliśmy się na tym co nam się wydaje, że pamiętamy czego nie pamiętamy i zastanawialiśmy się czy w ogóle będziemy w stanie ten spektakl pokazać. Ten spektakl jest zbudowany z pewnego rodzaju interpretacji, opowieści, która powstaje kiedy to wrażenie opowiada się osobie często kompletnie obcej.

Kto wyszedł pierwszy z pomysłem zrobienia tego spektaklu?

- Pewnie byśmy się o to kłócili z Krzyśkiem. Uważam, że ja byłem pierwszy. 

I jak zareagował?

- Pomysł pojawił się ze wspólnej rozmowy o tym co robić w teatrze, jaki temat podjąć. Ale też  z rozmowy po co w ogóle zajmujemy się teatrem. Pamiętam, że to ja rzuciłem ten pomysł: "Zróbmy to o naszych matkach, zróbmy to o sobie". Reakcja Krzyśka była bardzo entuzjastyczna, energetyczna. W takim zastanawianiu się nad tym, po co robić teatr, nagle ten teatr stał się odpowiedzią na to pytanie.

Do waszej dwójki doszła jeszcze Marta Ojrzyńska, która też dała cząstkę siebie coś bardzo osobistego. W spektaklu można zobaczyć nagrania aktorki z końca jej ciąży, a także po porodzie, już z dzieckiem. Co czuliście przed premierą? Większy lęk niż zwykle przez to, że sztuka jest tak bardzo osobista?

- Z jednej strony mieliśmy poczucie, że robimy coś bardzo ważnego, z drugiej obawialiśmy się, na ile coś, co jest ważne dla nas, będzie zrozumiałe dla widza. Nie mieliśmy obaw związanych z tym, co mówimy ze sceny, o czym opowiadamy. Cały proces naszej pracy polegał na mierzeniu się i z odpowiedzialnością, i z poczuciem wspólnoty jeżeli chodzi o pracę zespołową. I tym, co chcemy opowiedzieć, a czego boimy się powiedzieć.

Były takie historie, które nie pojawiły się w spektaklu?

- Tak, były.  Proces pracy je weryfikował. Nagle okazywało się, że są takie momenty, historie, o których jeszcze teraz nie można mówić. I myślę, że one absolutnie nie zmieniają szczerości naszej wypowiedzi, bo to selekcja materiału, która odbywa się w naturalny sposób. Natomiast specyficznie w tym projekcie musieliśmy odpowiedzieć sobie na pytanie co znaczy ten spektakl dla nas, ale też co znaczy dla naszych rodzin. Stąd pewne rzeczy, a nie było ich dużo, uległy pewnej weryfikacji.

Jak wyglądała praca z zespołem? Przy tak osobistym materiale wymagała ona ogromnego zaufania.

- Tak. Ale nikt w tym zespole nie pojawił się przez przypadek. Wiemy, że te wszystkie aktorki są świetne, ale to nie o to chodzi... Wybór tego zespołu wiązał się przede wszystkim właśnie z zaufaniem. W procesie pracy nad takim spektaklem, który był niezwykły, fantastyczny, najważniejsze było nie narzucanie narracji przez tekst, tylko jak najdłuższe dogrzebywanie się do opowieści i do sensu tego wszystkiego. Robienie tego wspólnie.

Dogrzebaliście się do takich wspomnień, których wcześniej pan czy Krzysztof Zarzecki, nie pamiętaliście?

- Oczywiście, było wiele taki rzeczy, które nagle w zderzeniu z ludźmi z zewnątrz były weryfikowane. Dobry aktor domaga się więcej i więcej informacji o bohaterze, którego ma zagrać. I teraz reżyser może mu je dać, może ich też celowo nie dać. Ale to jest zawsze proces, który powoduje, że po obu stronach otwierają się nowe rzeczy.

Widzowie, którzy wychodzą ze spektaklu "Wszystko o mojej matce" podkreślają, że nie pozwala im się pan wzruszyć. Kiedy już łza kręciła im się w oku, opowieść była przełamywana, pojawiał się cynizm, czarny humor.  Skąd ten zabieg? Chciał pan podroczyć się z widzem?

- Zależało nam bardzo na tym, żeby nie popaść w sentymentalizm, ale też żeby spektakl miał siłę rozjuszenia czy drażnienia widza. Nie chodziło nam o to, żeby wystawiać teraz laurki naszym matkom i biednego widza teatralnego zmusić do pochylania się nad nami i naszym losem półsierot. Wydaje mi się to w ogóle niepoważne.

Oczywiście, ale tak ze skrajności w skrajność?

- Zależy kto się gdzie wzrusza. Rozmawiałem z widzami, obcymi mi ludźmi, którzy po spektaklach przychodzili do garderoby i byli totalnie wzruszeni tym spektaklem. To nie jest nawet pytanie o strategię, a bardziej o to co i kiedy nas wzrusza.

A co pana wzrusza?

- Mnie wzruszają te sytuacje, w których wypadki zdarzeń nagle pokazują drugie, absurdalne oblicze.

A kiedy ostatnio pan płakał?

- Ostatnio płakałem w pociągu, kiedy słuchałem muzyki.

Czyli łatwo się pan wzrusza.

- Muzyka ma potencjał do wywoływania łez. Jest z czego innego zrobiona. Piosenki, które nas wzruszają, to są krótkie formy, które działają wielopoziomowo. Spektakl dwugodzinny powinien działać i na poziomie emocjonalnym, i intelektualnym. Od łzy widza podczas spektaklu bardziej interesuje mnie łza widza dzień po spektaklu.

O "Wszystko o mojej matce" powiedział pan: "Sprawdzamy na ile takie sprawy osobiste, a nie historyczne mogą mieć swoje miejsce w teatrze". I okazuje się, że mogą. Spektakl odniósł sukces. Odetchnął pan z ulgą?

- Okazuje się, że mieliśmy dobrą intuicję. Ja sam jestem widzem teatralnym, kinowym, czuję, że coraz bardziej potrzebujemy rzeczy, które z pozoru są hermetyczne. Można je nazwać osobistymi, można je nazwać hermetycznymi. Po prostu bliskie. Czuję jakiś kryzys opowiadania dramatu na scenie. Opowiadania na scenie Szekspira.

A do tego właśnie wraca się na scenie Teatru Polskiego we Wrocławiu. Z jednej z najważniejszych polskich scen teatralnych usuwa się kluczowe spektakle zastępując je wspomnianym Szekspirem.

- Można powiedzieć, wszyscy dobrze o tym wiemy, że w teatrze, w dramaturgii teatralnej jest dużo takich pewniaków. Szekspir to jest taki pisarz, który z pewnością daje gwarancję, że ludzie na niego przyjdą. I chyba z tego powodu Cezary Morawski, nowy dyrektor tej sceny, zdecydował się na taki krok. I z tego powodu chce otworzyć swój sezon Makbetem.

Ostatnia deska ratunku?

- Albo to poczucie, że trzeba scenie imienia Jerzego Grzegorzewskiego nadać kopa w postaci literatury z najwyższej półki.

Jest pan optymistą.

- Nie, wszystko mówię absolutnie ironicznie. Przecież wiemy z czego spektakle budował Grzegorzewski. Budował je z literatury i to często tej wielkiej, ale przefiltrowywał ją przez coś, co było jego osobistą perspektywą, dekonstruował ją. Nie chce mi się wierzyć, żeby to była przestrzeń, po której Cezary Morawski jako dyrektor artystyczny Teatru Polskiego się w ogóle poruszał. 


Styl.pl

Reklama