Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Marzenie o latino-ciele

Tańce latynoamerykańskie z roku na rok zyskują na popularności. Nic dziwnego, pozwalają uruchomić własną zmysłowość i wyrazić siebie w zupełnie nowy sposób. Paweł Sakowicz, tancerz i choreograf, zwraca jednak uwagę na ich mroczniejszą stronę związaną z historią kolonializmu i stosunkiem cywilizacji Zachodu do kultury podbitych społeczności. Jego spektakl „Masakra” - zaprezentowany podczas festiwalu Boska Komedia w Krakowie - stał się zarówno wyrazem podziwu i fascynacji tym rodzajem tańca, jak i okazją do krytycznej refleksji o „białym wyobrażeniu latino".

Izabela Grelowska: Spektakl "Masakra" opowiada o tańcach latynoamerykańskich, które w pana życiu też zajmowały ważne miejsce. Proszę trochę opowiedzieć o tym doświadczeniu.

Reklama

Paweł Sakowicz: - Zajmowałem się tańcem towarzyskim przez dekadę. Zacząłem jako dzieciak, skończyłem po maturze i to była ogromna część mojego życia. Większość tego czasu tańczyłem z moją siostrą, więc taniec stał się częścią życia naszej rodziny.

I jak to się stało, że poszedł pan w innym kierunku?

- Powodów rezygnacji z dalszej kariery było kilka. Zdałem maturę, wyjechałem do Warszawy, czułem potrzebę zmian. Wiedziałem, że jeśli nie poświęciłbym się temu w pełni, nie mógłbym się rozwijać na poziomie, na jakim by mi zależało. Byłem też nieco zmęczony estetyczną otoczką i pewnymi cechami tańca towarzyskiego, które nieco mnie ograniczały. Potrzebowałem w tańcu więcej wolności, improwizacji, a taniec towarzyski to dość mocno skodyfikowany język.

Sporo tych kodów można było zobaczyć w pierwszej części przedstawienia. Począwszy od kontaktu jaki tancerki nawiązywały z publicznością typowego raczej dla turnieju niż dla teatru.

- Staraliśmy się nie traktować tańca towarzyskiego latynoamerykańskiego prześmiewczo i ironicznie. Mam duży szacunek do tego kunsztownego języka, który jest bardzo trudny, bardzo wystudiowany. Jest wiele ciekawych aspektów tańców latynoamerykańskich i było dla nas interesujące przefiltrowanie ich przez bardziej współczesne oko choreografii  krytycznej czy eksperymentalnej. Dlatego gramy ze spektakularnością tancerzy, w tym przypadku tancerek, które starają się trochę uwieść widownię, trochę zaprezentować jak najlepiej, trochę rywalizować. To grupa, która się wspiera, a jednak jakiś rodzaj konkurowania o "bycie tą najlepszą" również jest tam obecny.

- Na scenie nie ma mężczyzn, chciałem pracować tylko z czterema performerkami: Izą Szostak, Karoliną Kraczkowską, Ramoną Nagabczyńską i Agnieszką Kryst. Ale spektrum możliwości kompozycyjnych jest dość szerokie: mamy tańce solowe, tańce w parach, tańce synchroniczne. Oryginalny materiał tańców latynoamerykańskich poddaliśmy edycji związanej z zapętleniem ruchu, spowolnieniem, przyspieszeniem, wyolbrzymioną teatralnością czy z kolei w drugą stronę - z minimalnym ruchem skoncentrowanym na biodrach, najważniejszej dla nas części ciała w spektaklu.

W części określonej jako Czysty Teatr zobaczyliśmy taneczne show, a w części nazwanej Czysty Taniec ruchu było zadziwiająco niewiele...

- Razem z Anką Herbut, dramaturżką, chcieliśmy podzielić spektakl na dwie części: Puro Teatro i Puro Baile. I rzeczywiście w części Czysty Teatr pojawia się pełny taniec, a w części Czysty Taniec jest go mniej i jest on skoncentrowany na dość prostej pracy bioder. Ale właśnie tam podjęliśmy próbę znalezienia odpowiednich pytań i odpowiedzi, dotyczących istoty tańca i tego, jak on jest tematyzowany szczególnie w kontekście problematyki zawłaszczeń kulturowych czy performowania tożsamości.

W kulturze latynoamerykańskiej, a w szczególności w tańcu, ta gra miedzy kobietą a mężczyzną jest bardzo ważna. A tu na scenie zostają same kobiety. Dlaczego?

- Myśląc o kulturze latynoamerykańskiej, bardzo mocno wiążemy ją z postacią macho, a sam taniec towarzyski mocno podkreśla charakterystyczne cechy i wizualność konkretnych płci. Ja chciałem pokazać, że możemy na te tańce spojrzeć w inny sposób i w zupełności wyemancypować tancerki. Dlatego one w choreografii przejmują również role męskie i wymieniają się tymi rolami. W jednym z fragmentów spektaklu ciągle wymieniają się tym, kto prowadzi i kto jest prowadzony, kto się obraca i kto jest obracany. Dekonstruujemy typowe dla partnerów i partnerek figury i zasady bycia.

Jest w Krakowie instruktor tańca, który mówi na kursach "odnajdźcie w sobie ciało boskie latynoskie". To już nie tylko kroki, ale pożyczanie tożsamości.

- W czasie pracy nad "Masakrą" bardzo interesowało mnie coś, do czego nie miałem za bardzo dostępu, kiedy sam zajmowałem się tańcem towarzyskim. Nigdy nie rozmawialiśmy o uwikłaniu kulturowym, czy niejasnościach związanych z pochodzeniem tego tańca. A rzeczywiście ta piętrowość zapożyczeń, podróży, inspiracji, kradzieży jest przeogromna. Na przykład samba, której początki wywodzą się z Afryki, później pojawiła się Bahii w Brazylii, następnie rozprzestrzeniła się na Stany Zjednoczone, Europę. Sto lat temu w Londynie uznano, że będzie się ją teraz tańczyć na salonach i na turniejach. Niektóre kroki uproszczono, w innych dodano ornamentacje. I ten spektakl jest trochę o tym - o białym wyobrażeniu bycia latino.

A to nie jest zupełnie naturalne, że kultury się przenikają, że są zapożyczenia i wpływy?

- Oczywiście, że to jest naturalne, tylko nie wiem, dlaczego o tym się otwarcie nie mówi. Chciałem nie tyle zrobić spektakl edukacyjny, co spowodować, by następnym razem osoba widząca program telewizyjny, turniej tańca, albo idąca na zajęcia z salsy mogła się zastanowić, co pożyczamy, czym się inspirujemy. Czym jest inspiracja, zapożyczenie, czym jest kradzież.

Dlaczego ta tożsamość latynoamerykańska, czy może raczej jeden z jej elementów, jest tak atrakcyjny? Tańce latynoamerykańskie nieustannie zyskują na popularności.

- Te tańce stają się coraz bardziej popularne, bo mają coś, czego nie może zaoferować nasza kultura taneczna. Marzenie o latino-ciele wiąże się z uruchomionymi biodrami. Biodra są cały czas w ruchu, rotują, trzęsą się. Tego elementu nie daje nam tradycja baletowa ani ludowa, gdzie biodra są zablokowane. Tańce latynoamerykańskie wiążą się z obudzeniem w sobie żywiołowości, zabawy w namiętność i to naturalne, że są tak popularne.

Bo możemy się w nich bardziej wyrazić jako kobieta i mężczyzna?

- Tak. Myślę, że ładunek sensualności czy wręcz seksualności, który jest w tych tańcach, pozwala poczuć się bardziej namiętnie i rozbudzać seksualne pożądanie.

Ale na konkursach tańca towarzyskiego pożyczanie czy podkradanie tożsamości latino nie ogranicza się do wyzwalającego ruchu bioder. To także np. używanie bronzerów.

- To szalenie delikatny temat, który bardzo mnie interesuje. Zastanawialiśmy się długo, jak to przedstawić. Ja sam, kiedy tańczyłem taniec towarzyski na wyższym poziomie, chodziłem na solarium i smarowałem się bronzerem przed każdym turniejem. Mówiono nam wtedy, że robi się to, aby lepiej wyglądać w światłach, ale nigdy nie było mowy o tym, że tak naprawdę próbujemy się również wizualnie upodobnić do oryginalnych wykonawców tego tańca. Pewna hiperteatralność i spektakularność reprezentacji, a mówię tu o butach, kostiumach, makijażu, przyciemnionej skórze jest czymś, co jest obecne w świecie tańców towarzyskich latynoamerykańskich i jest wyrazem pragnienia stania się kimś innym.

Podkreśla pan przesłanie spektaklu, wprowadzając również tekst. To nie jest typowe dla działań choreografów.

- Kiedy myślimy o tańcu, rzeczywiście niekoniecznie myślimy o tekście, ale powstaje coraz więcej prac, które korzystają z tego środka. To dobry sposób, kiedy chcemy nakierować uwagę widza na jakąś problematykę. A do tego choreografia jest niezwykle pojemnym pojęciem. Choreografować można ciała, ale też tekst, obiekty, przestrzeń czy widownię.

Podczas tego festiwalu można było obejrzeć sporo projektów nowej choreografii. To pojęcie nie dla wszystkich jest zrozumiałe, przybliży pan naszym użytkownikom, czym jest nowa choreografia i czego mogą się spodziewać po spektaklach?

- Bardzo się cieszę, że w tym roku program taneczny na Boskiej jest tak bogaty, bo to pozwala widzom, którzy zazwyczaj chodzą na spektakle teatralne zobaczyć coś nowego, czego mogą nie do końca rozumieć. Jednak ja zawsze staram się proponować odbiorcom, żeby nie cenzurowali samych siebie i nie wyrokowali zbyt szybko "nie rozumiem, nie wiem czym to jest." Przedstawienie taneczne można zrozumieć intelektualnie, ale można też zrozumieć emocjonalnie, somatycznie. Niektóre spektakle są hermetyczne, ale zawsze jakieś elementy: ciała, muzyka, kostium, czy wytworzona przestrzeń już z czymś nam się kojarzą, budzą wspomnienia czy emocje. Zapraszam, by być otwartym na to, jak się ogląda czy czyta spektakl, bo rzadko kiedy jest jedna właściwa interpretacja pracy choreograficznej.

Bartosz Szydłowski, dyrektor Boskiej Komedii, powiedział mi, że publiczność spektakli tanecznych jest dość specyficzna. Raczej mocno wyrobiona i zorientowana w temacie. Dla kogo pan robi swoje przedstawienia?

- To jest trudne pytanie. Chciałbym tworzyć spektakle, które byłyby jednocześnie oryginalne i nowatorskie, a z drugiej strony przystępne i zapraszające. Mieszkam i pracuję w Warszawie i mogę trochę powiedzieć o tamtejszej publiczności. To przede wszystkim ludzie zainteresowani sztukami wizualnymi, tańcem, teatrem. W tej chwili tak dużo choreografii wkrada się w teatr i w galerie sztuki, że pozyskujemy do swoich prac widownię z innych dziedzin. Chcemy zapraszać coraz więcej ludzi do oglądania naszych prac, jednocześnie dbając o coraz większą widzialność i autonomię tańca.

Motywem przewodnim tegorocznej Boskiej Komedii jest pytanie o rolę artysty "w świecie, z którego odeszli bogowie". Jak swoją rolę widzą choreografowie?

- Mam wrażenie, że choreografia najlepiej ze wszystkich sztuk reaguje na to, co się dzieje i dobrze przewiduje to, co może nastąpić. Charakterystyczna dla tańca umiejętność improwizacji może być przydatna w tak szybko zmieniającej się rzeczywistości. W końcu choreografia rzadko kiedy jest dosłowna, trochę błądzi, trochę zakręca, trochę wywraca coś na drugą stronę, i dzięki temu jest też w stanie naświetlić wiele rzeczy z niezwykłą wrażliwością. Rolą choreografa jest mieć bystre oko, wyczulone ucho i dobre serce.

Styl.pl

Reklama