Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Wiktor Rubin: Polska jest zrealizowaną ideą Hitlera

Po serii Czarnych Protestów w całej Polsce, nagłych zmianach na kierowniczych stanowiskach w teatrach i czystkach repertuarowych w Polakach zrodziła się potrzeba zamanifestowania swoich poglądów. Wiktor Rubin z Jolantą Janiczak zadają pytanie: Czy dziś nasz sprzeciw nie pozostaje jedynie pustym gestem?

Spotykamy się dzień po wystawieniu spektaklu "Żony stanu, dziwki rewolucji, a może i uczone białogłowy" na festiwalu Boska Komedia. Spektaklu, który kładzie nacisk na problem nierówności płciowej. I by rozmawiać o tym, jak kobiety są traktowane, odbierane, umawiam się z męską częścią duetu Rubin&Janiczak. Nie jest to dosyć przewrotne?

Reklama

- Nie, nie jest przewrotne bo problem nierówności płciowej uderza w obie płci, tylko na inny sposób. Mam poczucie że funkcjonowanie w silnie  patriarchalnej strukturze upośledza ludzi w ogóle. Patriarchalny  wzorzec kulturowy, wedle którego funkcjonujemy może być opresyjny względem mężczyzn, jak i kobiet. Mężczyźni niejednokrotnie muszą odgrywać wbrew swoim predyspozycjom silnych, zatwardziałych, ciągle walczących samców, a kobiety wiadomo, stereotypów i oczekiwań względem kobiet nie musze powtarzać. Niestety patriarchat jest stary jak świat i wzorce te nosimy w sobie, i mężczyźni i kobiety.

- Ten spektakl jest wymierzony przeciwko temu modelowi funkcjonowania świata, czyli przeciwko stosunkom społecznym opartym na hierarchiach. Hierarchie to treningi posłuszeństwa. Kobiety doświadczają tego oczywiście silniej i pewnie dlatego coraz odważniej odsłaniają całe ukryte pola nadużyć, z czego się oczywiście cieszę. Myślę że świat sfeminizowany będzie lepszym, czulszym, bezpieczniejszym miejscem do życia.

- Myślę, że nie ma w tym paradoksu, że mężczyzna jest reżyserem, a kobieta autorką.

A jak układała się współpraca między panem a aktorkami?

- Zgodzę się, że ta sytuacja stwarza pewien rodzaj paradoksu. Właśnie tu dotykamy znowu problemu hierarchii wynikającej z samego funkcjonowania teatru.  Mamy aktorki, z drugiej strony reżysera-mężczyznę, który stawia przed nimi zadania. Ta konstrukcja stwarza sporo problemów, jest z natury konfliktowa. Pojawiały się spięcia, ale one przede wszystkim były inspirujące. W związku z czym praca była nie tylko drapieżna, ale też bardzo rozwojowa dla obu stron. Staraliśmy się wszyscy ten hierarchiczny patriarchalny wzorzec naruszać, i budować bardziej równościowe relacje w pracy.

Kolejny raz oddaje pan głos kobietom. Spektakl opowiada historię Théroigne de Méricourt, feministycznej działaczki, która podczas Rewolucji Francuskiej walczyła o prawa kobiet. Zaczęliście pracę na wiele miesięcy przed Czarnymi Protestami. Przewidzieliście tę sytuację, wyczuliście społeczne nastroje?

- Czarny Protest zbiegł się z próbami, które mieliśmy w teatrze. Właściwie przebiegał równolegle. Temat Théroigne de Méricourt i Rewolucji Francuskiej nosiliśmy w sobie od dwóch-trzech lat, ale to też nie jest pierwsza praca, w ramach której zajmujemy się kobietą, ciałem kobiety, uwikłaniem płci w politykę, wątkami feministycznymi... To trwa już kilka lat.

- Czarny Protest jest efektem narastającej frustracji i niezgody na model patriarchalny społeczeństwa, który wybuchł faktycznie w październiku, ale przecież tą frustrację już od dawna odczuwamy na co dzień. Akcja #metoo skutecznie uderza w tę męską bezkarną dominację.

Jeden z polskich celebrytów powiedział kiedyś o sobie, że jest homoseksualistą, Żydem, brakuje jeszcze, żeby był czarnoskóry i wielu w tym kraju zaczęłoby go szczerze nienawidzić. Do tego zestawu można dodać jeszcze jeden wyznacznik, płeć. Mógłby jeszcze być kobietą. Co w nas, Polakach, jest takiego, że nienawidzimy innych?

­- Nie wiem czy nienawidzimy czy się po prostu boimy, pod agresją, nienawiścią zawsze jest strach. Polacy są bardzo przerażonym narodem, żeby przestać szeptać i się wstydzić muszą wypić, a potem wychodzą kompleksy, frustracje, próba zbudowania swojego lepszego samopoczucia przez atakowanie innych, słabszych. Mam wrażenie, że cześć Polaków jako swoje osiągnięcie traktuję to, że są biali i że mają ofiarniczą przeszłość. Potrzeba nam budować poczucie własnej wartości na zupełnie innych fundamentach, właśnie odwagi, inność, otwartości, szczodrości i gościnności. Tylko inni ludzie mogą mnie realnie budować. Proszę zobaczyć, że jest to kraj, o którym można powiedzieć, że jest zrealizowaną ideą Hitlera:  jeden kraj, jeden naród, jedna rasa, jedna religia. Właśnie dlatego, to jest naród, który jest nie przyzwyczajony do inności, nie ma jej na co dzień wpisanej. Żyjemy w bardzo homogenicznym społeczeństwie, i mam poczucie, że coraz bardziej wystraszonym.

W końcowej fazie spektaklu "Żony stanu, dziwki rewolucji, a może i uczone białogłowy" dowiadujemy się, że tu nie sam patriarchat jest najważniejszy, ale przede wszystkim wolność. Też artystyczna. Aktorki nawołują widzów do wspólnego wyjścia na ulice. Duże białe transparenty z czarnymi hasłami znanymi z wielu manifestacji ustawione są na scenie, jak i wzdłuż krzeseł publiczności. Aktorki zachęcają do wyjścia przed teatr z plakatami i wspólnej pikiety. Wczoraj w Krakowie ponad połowa widzów do nich dołączyła. To dobry wynik?

- Robiąc ten spektakl nie przypuszczaliśmy że ludzie będą wychodzić, i ile osób będzie wychodzić na ulice. Okazuje się, że ta potrzeba zamanifestowania swoich poglądów jest ogromna, że ludzie szukają miejsca gdzie mogą wyrazić sprzeciw. Na większości spektakli wychodzi pół widowni, zdarzają się spektakle, gdzie wychodzą prawie wszyscy widzowie.

- Zagraliśmy 30 spektakli i jeżeli średnio wychodzi 100 osób z transparentami przed Teatrem Polskim w Bydgoszczy, to jest to liczba pokrywająca się ilością osób, które wzięły udział w Czarnych Protestach w tym samym mieście.

- Ten spektakl jest o potrzebie deklaracji politycznej postawy. W okresie rewolucji taka deklaracja jest wymuszona, musi nastąpić. Dopóki jej nie ma, to nie ma Czarnego Protestu, dopóki jej nie ma, to nie ma polityki oporu.

A co gdyby żaden widz nie wziął ze sobą transparentu i nie wyszedł przed teatr?

- Aktorka sama wyniosłaby wtedy wszystkie transparenty z teatru. Jest ich sporo, wiec mogłoby to trochę trwać. Może wtedy zniecierpliwieni widzowie, by do niej dołączyli (śmiech). To by też wiele mówiło że ludzie są zadowoleni i nie widzą potrzeby buntu, może kiedyś będzie takie społeczeństwo. Ale póki co coraz więcej ludzi wychodzi i chcę walczyć.

Koniec spektaklu jest bardzo przejmujący. Gdy aktorzy wraz z widzami, którzy zdecydowali się wyjść przed teatr wracają do niego, ustawiają się na scenie. Zasłaniający ich ekran podnosi się. Teatr staje się podzielony na publiczność, która została na swoich miejscach i tych widzów, którzy dołączyli do pikiety i wraz z aktorami stoją na scenie. Wszyscy biją sobie nawzajem brawo. Rzeczywiście możemy być z siebie dumni?

- Mnie zawsze porusza, kiedy różni od siebie ludzie, pochodzący z różnych środowisk, których nic nie łączy, nagle robią coś wspólnie. To jest zawsze budujące, wrażliwe.

- Choć mam wątpliwości, czy ten spektakl nawołuje do protestów... On również problematyzuje ten gest, pokazuje jego kłopotliwość. Staramy się go podważyć. Stawiamy pytanie, czy to nie jest też wyłącznie gest teatralny.

- Pamiętajmy, że bunt bardzo łatwo oswoić, a oswojony bunt przestaje nim być. Pytanie, czy to wyjście na ulice, nie jest właśnie jedynie gestem. Tym spektaklem się problematyzujemy, pytamy o moc teatru o jego skuteczność i możliwość przekucia idei w działanie.