Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

"Harper": Wielkie emocje, z których niewiele wynika

Jeden z profesorów Uniwersytetu Jagiellońskiego powiedział ostatnio mojej przyjaciółce, jak bardzo cieszy się z faktu, że nie robi się już spektakli "o życiu". Gdyby tylko wiedział, jak bardzo się myli...

Tytułowa Harper to kobieta w średnim wieku. Wraz z mężem i nastoletnią córką mieszkają w oddalonej od Londynu typowej sypialni wielkich miast. Gdy dowiaduje się o tym, że jej ojciec jest w ciężkim stanie, pragnie zobaczyć go przed śmiercią i wrócić w rodzinne strony. Widz towarzyszy jej w wędrówce.

Reklama

Jej podróż to nie tylko zmaganie się z tym, że nie zdążyła pożegnać ojca. Nie tylko bolesne spotkanie z wiecznie niezadowoloną matką, której unikała przez ostatnie dwa lata. Obserwujemy, jak Harper zmienia się pod wpływem prawdy, którą z całych sił wypierała przez długi czas.

W jednej z pierwszych scen widzimy nastoletnią córkę i męża Harper. Mają ze sobą świetny kontakt. Zaczynają się bawić, przepychać, urządzają małe zapasy. Ojciec leży na córce. W tym momencie do mieszkania wchodzi Harper. Wyraźnie zawstydzona ich niewinną zabawą. Dlaczego? To wyjaśni się później.

Harper na każdym kroku musi zmagać się z najbliższymi jej osobami. Niewdzięczną córką, szefem-tyranem. Do tego utrzymanie rodziny jest wyłącznie na jej głowie. Niesłusznie, według Harper, oskarżony o pedofilię mąż, nie może podjąć pracy.

Mimo sprzeciwu z każdej strony, tytułowa bohaterka w tajemnicy wyjeżdża, by zobaczyć się z ojcem. Wraz z kolejnymi scenami spotyka nowe osoby. Zmienia się pod ich wpływem. Buntuje się, pozwala sobie na szaleństwo, odkrywa siebie na nowo. Gdy wreszcie dociera do niej prawda, w którą przez wiele lat nie chciała wierzyć, zdaje się, że jest już zupełnie inną osobą.

W całej historii czuć potencjał, ogromny ładunek emocjonalny. Niestety widzowi nie pozostawiono przestrzeni do samodzielnego myślenia. Ma się wrażenie, że jest się prowadzonym za rękę przez spektakl. Wszystko jest dosłowne. Widzowi mówi się dokładnie, jakie są tezy, konkluzje spektaklu. Całość jest dopowiedziana. Niestety "Harper" przywodzi na myśl teatr, który wiele osób może kojarzyć ze szkolnych wycieczek. Który nie pozostawia miejsca na dociekanie, refleksję, dekodowanie spektaklu.

Aktorzy ratują "Harper", jak tylko mogą. I nie mówię tu wyłącznie o wielokrotnie nagradzanej odtwórczyni głównej roli - Magdzie Grąziowskiej. Anna Antoniewicz brawurowo zagrała jej nastoletnią córkę. Jednak talent i warsztat w tym przypadku niestety nie wystarczą. Zamiast obiecywanego kina drogi oglądamy odcinek niezbyt ciekawego serialu. Są namiętności, sensacje, wielkie uczucia i... niewiele z tego wynika.