Przejdź na stronę główną Interia.pl

„Czarne papugi”: siły szukać należy w słabości

Chiljski pisarz - Alejandro Moreno Jashés pyta w swoim tekście, co stanie się, gdy zajrzymy w miejsce, do którego nigdy nie dochodzi światło – wnętrze naszego ciała. Michał Borczuch o pomoc w poszukiwaniu odpowiedzi poprosił nie tylko aktorów, ale także tych, którym nie raz przyszło mierzyć się z ciemnością absolutną.

Zamiast klasycznego podziału na scenę i widownię kilka białych ekranów. Widzowie siadają na rozproszonych po sali ławkach, zgromadzonych w centrum poduchach, pod ścianami. Niektórzy podczas spektaklu wstaną, przejdą kilka metrów, by lepiej zobaczyć wybranego aktora, złapać na chwilę cały obraz. Inni pozostaną do końca na wybranym miejscu, odpuszczą sobie śledzenie symultanicznej akcji. Zaczną słuchać nachodzących na siebie kwestii, wpatrywać w zmieniające się światło.

Reklama

W "Czarnych papugach" widz jest bowiem z jednej strony uczestnikiem teatralnego wydarzenia, z drugiej zaś operatorem - to on decyduje, któremu obrazowi przyjrzeć się dokładnie, za którym wątkiem opowieści podążyć. Nieoczywisty jest też status aktorów, pozbawionych wentylu bezpieczeństwa w postaci przyporządkowanej roli. Uzbrojeni jedynie w poetycki tekst Jashésa, są guślarzami wywołującymi w widzach (i sobie nawzajem) niepokój, wewnętrzne rozedrganie. Ich kondycja bliska jest performerowi reagującemu natychmiast na sygnały płynące z otoczenia. Dlatego, co podkreśla reżyser, każdy spektakl różni się od poprzedniego. Nie ma dwóch identycznych przebiegów.

W zbudowaniu takiej formy obecności pomocne musiały być warsztaty, w których (w ramach prób i przygotowań) wzięli udział twórcy. Na terenie Szpitala Klinicznego im. dr. Józefa Babińskiego (pod tą nazwą kryje się dobrze znany w Krakowie "Kobierzyn) spotkali się z czwórką artystów, zmagających się z doświadczeniem choroby psychicznej. Efektem ich rozmów, zwierzeń i pracy z ciałem jest film współtworzący "Czarne papugi". Na zawieszonych w kilku różnych miejscach ekranach oglądamy sceny nakręcone w szpitalu. Często z niewyraźnym dźwiękiem, czasem z napisami, innym razem z lektorem na żywo. Urywki pojawiają się, intrygują, by za kilka sekund zniknąć i ponownie pojawić się w innym miejscu. Wszystko to służy zbliżeniu się do tzw. ataku - sytuacji granicznej, w której słowa i obrazy stapiają się w ołowianą kulę bezlitośnie ciągnącą w dół.

Borczuch funduje widzom audiowizualne doświadczenie, w trakcie którego odbiera im możliwość syntetycznego spojrzenia. Celowo kawałkuje, obcina, nie pozwala się zaangażować na dłużej w jeden wyłącznie wątek. W ten sposób nie zamyka się w getcie choroby psychicznej i związanego z nią wykluczenia. Wręcz przeciwnie - wraz z aktorami stawia śmiałą tezę, że normalna konstrukcja psychiczna nie istnieje. Wszyscy rozgrzebujemy rany, tracimy grunt pod nogami, fiksujemy się na słabościach, urządzamy wewnętrzne krucjaty. Hodujemy w sobie czarną papugę.

A hipnotyzująca muzyka Bartosza Dziadosza wyznacza nam rytm.



Dowiedz się więcej na temat: Boska Komedia | spektakl | Michał Borczuch