Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

"1946": żeby tylko nie zapomnieć

„Wiersz o zabiciu doktora Kahane” Juliana Kornhausera widzowie spektaklu „1946” w reżyserii Remigiusza Brzyka znajdują w zagłębieniu teatralnych foteli. "Żołnierze, milicjanci, kieleccy rodzice/ Świętości nie mieli, bezbronne dzieci zatłukli!/ Zabiwszy, ulicami powlekli, bić Żydów krzyczeli,/ Polacy, kielczanie jako psy kłamacze." - czytają.

Aktorzy dają im czas na lekturę, sami mają gorzką opowieść już prawie za sobą. Czy odpoczną, gdy opadnie kurtyna? Niekoniecznie - wszak Kielce to miasto naznaczone pogromem. Miasto, w którym trudno o tzw. "perspektywy".

Reklama

U Śpiewaka i Brzyka opowieść o dramatycznych wydarzeniach z 1946 roku jest ściśle powiązana z anegdotami i subiektywnymi wypowiedziami o współczesnych Kielcach. Ze sceny słyszymy aktorów Teatru im. Stefana Żeromskiego, którzy deklarują, że wrośli w tkankę miasta, że żyje im się w Kielcach dobrze. Ci sami aktorzy czytać będą fragmenty dokumentów dotyczących pogromu, a pod koniec spektaklu wcielą się w zombie, "walking dead", czyli umarłych-nieumarłych z książki Joanny Tokarskiej-Bakir pt. "Pod klątwą. Społeczny portret pogromu kieleckiego". Badaczka stwierdza, że każdą mniejszość łatwo zakrzyczeć, uciszyć, a w końcu - wyeliminować. I podkreśla, że tylko z dobrze przepracowanej historii można wyciągnąć lekcję.

Jej myśl przyświeca twórcom "1946", którzy nie boją się stawiać śmiałych tez. Stwarzają sobie zresztą do tego znakomite warunki, bowiem ich spektakl jest wielowątkowym, teatralnym esejem. Jego fundament stanowi teatr dokumentalny, w którym nie brakuje miejsca na cytowanie listów, pism urzędowych czy dokumentów, przywoływanie faktów, W tekście Śpiewaka znajdziemy między innymi dosłowne cytaty z oględzin zwłok ofiar pogromu czy fragmenty pisma wystosowanego w 1946 roku do ZASP-u przez aktorkę Elżbietę Kowalewską, prześladowaną przez koleżanki ze względu na żydowskie pochodzenie.

Zostały one włączone w niezwykle różnorodną całość. W rozedrganiu i rozbuchaniu spektaklu Brzyka można zresztą upatrywać zarówno wady, jak i zalety. Pogrom oświetlono tu bowiem z każdej możliwej strony - jako zjawisko historyczne, ale także "skutek uboczny", lubującej się w słabości, wykluczeniu, karmiącej się plotką, kondycji ludzkiej. Jako tragedię o wymiarze uniwersalnym, jednocześnie tak mocno osadzoną w konkretnym miejscu i konkretnym czasie.

W scenie otwierającej spektakl (grupa turystów pod okiem znudzonego przewodnika zwiedza kamienicę przy ul. Planty 7 - budynek, w którym rozpoczął się pogrom) dopatrzeć można się krytyki polskich miejsc pamięci. Sytuacja aktorów-turystów do złudzenia przypomina tę, jaką wymuszają na nas, zamienione na muzea, dawne obozy koncentracyjne. Z audio guidem na uszach przemieszczamy się po terenach kaźni, depcząc ziemię, która nie tak dawno piła krew ofiar.

Wątków, które można rozszerzyć jest tutaj znacznie więcej. Twórcy często wychodzą od szczegółu (jak żeberka od kaloryfera - jedno z użytych podczas pogromu narzędzi zbrodni), by zadać pytania bardziej ogólne. We wspomnianej scenie z żeberkami (aktorzy proszą widzów, by pomogli w ich podawaniu), w perfidny sposób pokazują, jak łatwo status świadka zamienić na status uczestnika. I jak cienka jest, przebiegająca między nimi, granica .

Wielość perspektyw odbija się także w scenografii Igi Słupskiej i Szymona Szewczyka. Scenę wypełnia konstrukcja przypominająca rusztowanie. To wspomniana kamienica przy ul. Planty 7. Ta, w którym rzekomo Żydzi przetrzymywali ośmioletniego Henryka Błaszczyka. Ta, która stała się pierwszym miejscem pogromu. Niemal puste, prowizoryczne pomieszczenia wypełniają zmultiplikowane zdjęcia ofiar i skany dokumentów. Projekcje "pochłaniają" widzów, niepokoją, wskazują na kolejne ślady i tropy.

Tych, jak już wspomniałam, jest w spektaklu Brzyka bardzo dużo. Większość z nich podana jest z dużym wyczuciem i poszanowaniem interpretacyjnej wolności. "1946" czasem wpada jednak w efekciarstwo, nieco upraszcza, żeruje na emocjach. Nie wszystkim musi się to podobać, ale przecież nie tylko o podobanie się tutaj chodzi. Ważne przecież, by raz jeszcze głośno powiedzieć o mordzie, do którego ręce przyłożyło wielu zwykłych ludzi. I zadać sobie pytanie, co zrobić, by nigdy więcej nie dopuścić do podobnego dramatu. 

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Boska Komedia