Reklama

Reklama

"Plastiki", czyli co zobaczysz w lustrze

Premiera "Plastików" w reż. Grzegorza Wiśniewskiego nie tylko otworzyła 9. edycję Festiwalu Boska Komedia. To też pierwszy spektakl wystawiony w krakowskim Teatrze im. J. Słowackiego po zmianie dyrekcji. Wybór dramatu na tę okazje był znaczący - Grzegorzewski sięgnął po tekst Mayenburga, gdzie jedna postać diametralnie odwraca losy pozostałych bohaterów.

Martin i Ulrike to małżeństwo klasy średniej, ich syn Vincent boleśnie wchodzi w wiek dojrzewania. Małżeństwo realizuje się w pracy, Martin jest lekarzem, Ulrike asystentką artysty, Serge’a Haulupy. Oczekują na gosposię, która ma pomóc w prowadzeniu ich domu czym nie chcą i nie mają czasu się zajmować.

Reklama

Po uniesieniu słynnej dziewiętnastowiecznej kurtyny teatru widać bardzo nowoczesną scenografię Mirka Kaczmarka. Z tyłu, w przezroczystych, wysokich skrzyniach ustawione są manekiny w wieczorowych sukniach z cekinami. Podłoga jest zrobiona ze sztucznego materiału miejscami wygiętego w formy, o które aktorzy mogą się opierać, a nawet do nich wchodzić.

"Plastiki" zaczynają się bardzo efektownie. Gosposia Jessica ma zjawić się przemoczona do suchej nitki i rzeczywiście tak jest. W podłogę wpuszczona jest wanna, z której wyłania się pomoc domowa, mająca odmienić losy pozostałych domowników.

"W postaciach "Plastików" można przeglądać się jak w lustrze" - czytamy w opisie sztuki. I tak się dzieje. Kiedy Serge Haulupa w swoim monologu naśmiewa się z ludzi, którzy gonią za pracą, kolejnymi zleceniami, "jobami", tylko po to, by uchodzić za zajętą i rozchwytywaną osobę na widowni słychać porozumiewawczy chichot. Bo przecież trzeba się spieszyć, trzeba nie spać. Gdy masz czas na sen, to znaczy, że nie jesteś niezastąpiony.

Albo wtedy gdy zdezorientowany Martin dziwi się, że jego żona Ulrike uwielbia wszystko, co jest BIO, poza ludzkim ciałem. Żywność ma być BIO, jajka mają być BIO, kosmetyki muszą być BIO, a nawet opakowania powinny być BIO. Za to ludzkie ciało, kiedy jest BIO, jest odrażające.

Wymowna cisza zapada, gdy Ulrike (w tej roli Dominika Bednarczyk) w szczerym monologu kobiety po czterdziestce, zanurzona w wannie, pijąc alkohol przyznaje, że tęskni za seksem, który już nie jest taki, jak kiedyś. Tęskni za swoim mężem z dawnych lat. Złości się, że zmieniło się jej ciało, ich małżeństwo i ich seks.

Prostolinijność Jessici powoli, kawałek po kawałku, odziera życie tej rodziny ze złudzeń i prowadzi je do tragicznego finału.

Spektakl spotkał się ze skrajnymi opiniami. Niektórzy zarzucają Wiśniewskiemu, że jego próba otwarcia Teatru im. J. Słowackiego na sztukę nowoczesną się nie powiodła. Ja jednak uważam, że to pierwszy, nieśmiały krok postawiony w dobrym kierunku i z zaciekawieniem czekam na kolejne produkcje tego teatru.

Styl.pl

Reklama