Reklama

Reklama

Wróć do Sorrento

Positano. Poznajemy je z daleka, bo miasteczko rozkłada się na trzech niemal pionowych wzgórzach. Z tego powodu łatwo się tutaj zmęczyć, bo chodzi się niemal wyłącznie po schodach. Strome, kamienne prowadzą krętymi zaułkami obok kolorowych kamienic, restauracji, galerii, butików aż do plaży pokrytej delikatnymi kamyczkami, które muska wyjątkowo szmaragdowe w tym miejscu morze. Zmęczenie wynagradza widok na miasto.

Reklama

Migoczące światło pochodzi z mieniącej się na żółto i zielono majoliki, którą obłożona jest kopuła katedry. Stojące jeden nad drugim domki wydają się zawieszone na skale. Zastanawiamy się, jak budowniczym udał się ten architektoniczny majstersztyk, bo przecież początki miasteczka datują się na I wiek. Jednak obecny kształt uzyskało dopiero na początku XX stulecia, gdy uroki wybrzeża Amalfi odkrył wielki miłośnik podróży, angielski król Edward VII. Później niezniszczone podczas wojny Positano stało się ulubionym letnim kurortem wielu znakomitości. Miesiąc miodowy spędził tutaj szach Iranu, Reza Pahlavi, uwielbiany we Włoszech reżyser Franco Zeffirelli mieszkał w Positano wiele lat, często wpada tu też Quentin Tarantino i włoskie piękności na stałe mieszkające we Francji - Carla Bruni i Monica Bellucci.

W najsłynniejszym na całym wybrzeżu "tytułowym" Amalfi jest inaczej - bardziej egalitarnie. Nie sposób przecisnąć się przez ciżbę turystów oblegających sklepiki z miejscowymi delizie e spezie. Pęki suszonych czerwonych papryczek, limoncello i liquore di limone w butelkach każdej pojemności, marynaty, przyprawy, wypieki i oczywiście - cytryny olbrzymy. Na niektórych straganach i w tutejszych sklepach świeże owoce i warzywa waży się razem - obowiązuje uśredniona cena, zwykle wysoka. Miejscowi rolnicy cenią swoją pracę: za trzy pomarańcze i dwie brzoskwinie płacimy osiem euro! Świeże owoce pachną tak, że zjadamy je od razu, na szerokich, długich schodach prowadzących do romańskiej katedry z barokowymi zdobieniami. To zresztą ulubione miejsce spotkań młodzieży i turystów, a sama katedra z charakterystyczną, geometryczną polichromią na fasadzie stała się powszechnie znanym symbolem miasta.

W porównaniu z tłocznym Amalfi górujące nad całym wybrzeżem i niemające dostępu do morza zaciszne Ravello wydaje się oazą spokoju. Ma się wrażenie, jakby wszyscy chodzili na palcach i zamiast ze sobą rozmawiać, szeptali. To chyba zasługa przestrzeni i ogrodów, na które nie ma miejsca w miasteczkach schodzących stromo ku morzu. Tutaj swój azyl znaleźli niegdyś Richard Wagner, D.H. Lawrence (ten od "Kochanka Lady Chatterley") i Greta Garbo.

Powiktoriańska Villa Rufolo, mieszanka mauretańskich łuków i gotyckich sklepień, w której mieszkał kiedyś Wagner, jest dziś udostępniona do zwiedzania, a w ogrodach, gdzie szukał natchnienia, w lipcu i wrześniu odbywają się koncerty muzyki klasycznej. Z tarasu hoteliku w Ravello przy dobrej pogodzie widać nawet odległe wysepki, a w każdą pogodę - dachy domów sąsiadów i zwykle maleńkie, zadbane ogródki. Każdy chce tu mieć własne cytryny. Dojrzałe spadają miękko na rozciągniętą poniżej korony drzew siatkę. Mieszkańcy wybrzeża w podobny sposób zbierają też brzoskwinie, pomarańcze czy figi.

To właśnie z zalanych winem brzoskwiń robi się tu wyśmienite letnie aperitivo (trunek pity przeważnie po południu, zwykle parę godzin przed kolacją, służący pobudzeniu apetytu), a z cytryn słynne limoncello, które działa z kolei jako digestivo - napój prawie obowiązkowo podawany po posiłku i przyspieszający trawienie. Limoncello (w setkach odmian) to zresztą obowiązkowa pamiątka z Amalfitany - smak i zapach rozgrzanego wybrzeża zamknięty w smukłej butelce.

Magda i Mirek Osip-Pokrywkowie

Twój STYL 07/2010

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje