Reklama

Reklama

W innym kraju

Garonna oddziela dwie krainy południa - Gaskonię i Langwedocję. Leżące nad rzeką Agen to właściwie miasto graniczne. I miejsce, w którym rower można zmienić na wygodniejszy środek transportu - barkę. W porcie znów mieszanina języków. Niemcy i Holendrzy na wielkich, wypielęgnowanych łodziach stoją tu w drodze na południe, do Camargue i Aigues-Mortes - portu krzyżowców nad Morzem Śródziemnym.

Reklama

Przypłynęli tu ze swoich krajów dzięki systemowi kanałów. Nie było mowy o podróży lądem. Szczęśliwie nie trzeba mieć własnej barki, można ją wynająć. Nawigacja nie wymaga też żadnych uprawnień, a księga locji - opis trasy z mapami i punktami charakterystycznymi - jest maksymalnie uproszczona. Jeszcze niewielki skok ciśnienia przy wychodzeniu z portu, pierwszej śluzie (będą ich dziesiątki) i wszystko staje się proste.

Płyniemy na południe, do Tuluzy, "Rzymu katarów", jak pisał Zbigniew Herbert. Od historycznych granic hrabstwa Tuluzy dzieli nas niecały dzień drogi. Kanał płynący wzdłuż Garonny biegnie przez Moissac. Z wody niepozorne, w istocie - niezwykłe miasteczko. Zbudowane wokół benedyktyńskiego klasztoru z VII stulecia, swój złoty wiek przeżyło, kiedy opatem został przepotężny biskup Tuluzy Durand de Bredons. To z jego czasów pochodzi słynny romański tympanon klasztornego kościoła i niezwykłe rzeźbione odrzwia portalu.

Światowa ekstraklasa. Bogaty klasztor, leżący na drodze do Composteli, zawsze miał ogromne znaczenie, dziś też odwiedzają go tłumy. Nie można go przeoczyć. - Doskonale mówi pan po angielsku, monsieur - komplementuję zdziwiony pomagającego w cumowaniu kapitana portu w pobliskim Castelsarrasin.

- Jak na Anglika - odpowiada ze śmiechem. To jeden z tych Brytyjczyków, którzy napracowawszy się dość na Wyspach, postanowili "radykalnie zmienić życie" - jak mówi - i wzorem innych rodaków osiedlić się we Francji, oddając się jakiemuś nisko płatnemu, ale dającemu szczęście zajęciu. Nasz kapitan dowodzi więc niewielkim portem, jego żona przygotowuje i sprzedaje nieznane właściwie tutaj domowe chutneye i szczęśliwi grzeją się pod słońcem południa. Dojechaliśmy do Montauban i za miastem, nad brzegiem Tarnu, rozłożyliśmy się na południowy odpoczynek (...).

"Pijemy jakieś wspaniałe czerwone wino po 1 fr 50 litr. Tego nigdzie tu nie brak" - notował Bobkowski. Wina rzeczywiście nie brak i - jak wówczas - najczęściej nieskomplikowanego. Najpopularniejsze wokół Côtes-de-Gascogne rzadko pysznią się gwarantującym jakość skrótem A.O.C. Dlaczego? Alain wskazuje na tabliczkę z napisem vigneron independant (winiarz niezależny). Na niej rysunek człowieczka własnoręcznie taszczącego na ramieniu ciężką beczkę.

- To obrazek bardzo à propos - śmieje się Alain. - Prowadzę rodzinną winnicę. Szczep ten sam, ziemia ta sama, co w sąsiedztwie, ale A.O.C. nie mam. To kosztuje, a ja nie mam ochoty opłacać się kooperatywie. Żeby starać się o A.O.C., trzeba uiścić państwowy haracz, a ja nie będę płacił za nic. Pracuję sam i robię bardzo przyzwoite wino. Wiem, że nie zawojuję świata. Ale mnie wystarcza...

Dla wybrednych jest jednak ratunek - po drugiej stronie Garonny, 60 kilometrów od nas, leży słynne Cahors. To okazja spróbowania europejskiego, było nie było, szczepu Malbec w nieargentyńskiej redakcji. Leżące nad rzeką Tarn Montauban, założone przez kolejnego z hrabiów Tuluzy, miało w XIII wieku wielu katarskich mieszkańców i bardzo ucierpiało podczas krucjaty przeciw nim.

Skłonność do nieposłuszeństwa Kościołowi musiała być w mieszkańcach trwała, bo w wieku XVI wszyscy masowo przeszli tu na protestantyzm, a w czasie XVII-wiecznych wojen religijnych Montauban stało się jedną z czterech najsilniejszych twierdz hugenotów. Do miasta dostajemy się z pobliskiego Montech. Opuścić kanał i wypłynąć barką na rzekę to podczas żeglugi rzadka okazja. A Tarn to rzeka nie byle jaka. W górnym biegu żłobi wysokie wąwozy, rwie, pieni się, potężnieje, płynąc przez przełomy. Tutaj, u ujścia do Garonny, jest spokojna, ale imponująco szeroka.

Montauban przypomina Tuluzę - też jest ceglane, czerwone, pełne zalanych słońcem placów. Zresztą do samej Tuluzy już niedaleko. W konsekwencji krucjaty przeciwko katarom potężne hrabstwo zostało w XIII wieku wcielone do korony francuskiej, ale przez stulecia było państwem znacznie od niej potężniejszym. I bez wątpienia - piękniejszym. Z portu droga prowadzi do największego romańskiego kościoła na świecie - bazyliki St. Sernin - świętego Saturnina, patrona Tuluzy. To dopiero początek zwiedzania wielkiego miasta, które samo w sobie jest osobnym rozdziałem historii. Gaskonia zostaje na północy, wpłynęliśmy do Langwedocji.

Łukasz Modelski
Twój Styl 08/2011

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje