Przejdź na stronę główną Interia.pl

Toskania z perspektywy kieliszka i talerza

Jeśli lubisz dobrze zjeść i pić wyśmienite wino, Toskania jest miejscem wymarzonym - choćby na kilkudniową wycieczkę. Ale lepiej nie pakuj do walizki dżinsów, bo możesz się do nich nie zmieścić wracając do domu...

Na warsztatach kulinarnych organizowanych przez firmę VisiToscana miałam okazję poznać smaki Toskanii i zwiedzić niewielką, ale uroczą jej część. To była prawdziwa uczta dla zmysłów!

Czym się różni chianti od... chianti

Reklama

Gospodarze pięknego Castello di Verrazzano, zamku położonego nieopodal Greve in Chcianti dbają, by jak najwięcej produktów używanych w ich restauracji było przez nich wyhodowanych, lub kupionych u okolicznych producentów. Otaczająca zamek winnica zajmuje 52 hektary. W piwnicy leżakują różne odmiany chianti - łącznie z najbardziej prestiżowym tutaj Chianti Classico; a także oliwa, ocet balsamiczny, serwy i wędliny. Jej zwiedzanie zajmuje dobrą godzinę.

Zamku strzeże obecny nie tylko na licznych obrazach, ale i na etykietach produkowanego tu wina Giovanni Verrazzano, średniowieczny podróżnik i odkrywca zatoki Nowego Jorku. Nic dziwnego, że Amerykanie czują się tu jak u siebie. Stanowią znaczną większość turystów odwiedzających ten region.

Postacią, do której toskańczycy są szczególnie przywiązani jest Leonardo da Vinci. W zasadzie na każdym kroku możecie usłyszeć spór o to, w której posiadłości namalował Giocondę, albo który z wynalazków należy do niego - dla świętego spokoju najlepiej od razu przyjąć, że wszystkie. Tutaj na pewno dowiecie się, że bez niego nie byłoby odpowietrzaczy do wielkich beczek wina oraz fiasco - czyli słomianych plecionek, w które opatulone są butelki wina tak, by się nie przewracały.

Nasi przewodnicy - w tym jeden ochrzczony przez nas młodym Dustinem Hoffmanem, nie tylko opowiadają nam historię regionu, ale szczegółowo wyjaśniają różnice między różnymi typami chianti. To najbardziej tradycyjne Chianti Classico może być produkowane tylko w obrębie regionu geograficznego Chianti. Musi zawierać co najmniej 75 proc. szczepu sangiovese, a resztę w odpowiednich proporcjach: canaiolo nero, trebbiano toscano i malvasia del chianti. Wszystkich na butelkach strzeże symbol Chianti - czarny kogut.

Zmiany zawartości procentowej sangiovese otwierają możliwości produkcji chianti classico riserva, które zdecydowanie najbardziej przypadło mi do gustu, a także supertuscan. Nie można zapomnieć też o słodkim vinsanto, używanym przez wiekami jako wino mszalne, a teraz jako deserowe, w którym macza się ciasteczka cantuccini. Otrzymuje się je z winogron trebbiano i malvasia suszonych na słomianych matach, stąd charakterystyczny, lekko cierpki smak.

Tutaj też zafundowałam swoim kubkom smakowym zupełnie nowe doznania, posługując się instrukcją kelnerów, by na łyżeczkę nalać ocet balsamiczny, następnie ugryźć mały kawałek sera, wziąć do ust odrobinę balsamico i wymieszać je. Feeria smaków!

Wino, podróżnik i nagi męski tułów

Castello di Verrazzano dzieli 15 minut drogi do Greve in Chianti, malutkiego miasteczka z uroczym rynkiem, na którym stoją dwa pomniki: słynnego Verrazzano oraz uskrzydlonego nagiego męskiego tułowia autorstwa naszego rodaka Igora Mitoraja. Zgadnijcie, z którym turyści robią więcej zdjęć...

Oprócz kilku sklepów z pamiątkami, antykami, ceramiką i skórzaną galanterią są tu oczywiście sklepy z miejscowymi delikatesami. Najsłynniejszym z nich jest Antica Macelleria Falorni, zajmująca kilka kamienic masarnia, w której sprzedawane są wszelkie lokalne mięsa i wędliny - na czele ze stekami fiorentina z młodych byków po salami z dzika - kolejnego, po kogucie, symbolu regionu.

W piwnicy leżakują aromatyczne sery, większość w słomie. Półki uginają się pod chlebami z dodatkiem oliwy, kilkudziesięcioma gatunkami oliwy, balsamico i innymi włoskimi specjałami, których można również spróbować na miejscu. Dodatkowy plus za maszyny sprzedające wino na kieliszki - gdyby żył Leonardo da Vinci, na pewno byłby ich wynalazcą. 

Nie byłabym sobą, gdybym nie spróbowała najdziwniejszych dań serwowanych w ich barze: lodów śmietankowych z szynką prosciutto i mozzarellą, a także gruszkowych z serem pecorino i miodem. Za tymi pierwszymi tęsknię do tej pory.

Dario Castagno i czarny kogut

Historię czarnego koguta wyjaśnił nam dokładnie następnego dnia Dario Castagno, autor książek wydanych również w Polsce - m.in. "Za dużo słońca Toskanii" i "Osteria w Chianti". Znany z tego, że w swoich książkach opowiada o najbardziej dziwacznych, zaskakujących i krępujących sytuacjach, w jakich jako swojego przewodnika postawili go turyści.

Z Dario spotkałyśmy się w winnicy jego znajomych Fattoria Tregole w Castellina in Chianti. Była to średniowieczna rezydencja, oczywiście z wielką plantacją winogron i bogato wyposażoną piwnicą, a także śliczną kapliczką ze sklepieniem pomalowanym w niebo.

Dario oprowadzając nas po włościach, w cieniu kasztanowców, w trakcie degustacji kolejnych miejscowych winnych specjalności, opowiadał anegdoty i legendy związane z Toskanią. Ta o kogucie mówi, że mieszkańcy Florencji i Sieny długo (i podobno krwawo) spierali się o to, gdzie ma przebiegać granica ich ziem. W końcu zdecydowali się ustalić to w drodze konkursu. Kiedy kur zapieje, najlepsi rycerze obu grodów mają wyruszyć sobie naprzeciw. Tam, gdzie się spotkają, miała przebiegać granica. Mieszkańcy Florencji wpadli na fortel, dzięki któremu zaoszczędzili mnóstwo czasu. Swojemu kogutowi zawiązali oczy, przegłodzili go i w środku nocy ściągnęli mu opaskę jednocześnie świecąc jasno pochodniami. Kur oczywiście zapiał. Zanim obudził się sieneński kogut, rycerz florentczyków zajął już większość prowincji po drodze. Od tamtej pory galo negro króluje na butelkach chianti i pamiątkach z tego regionu. A Dario zdecydowanie zaprzecza, że przegrany kogut sieneńczyków był biały, jak podają niektóre źródła.

Zwieńczeniem spotkania z Dario był znakomity obiad przyrządzony w tutejszej kuchni, podpisywanie książek jego autorstwa podarowanych nam przez Joannę oraz pamiątkowe zdjęcia. Kiedy odjeżdżałyśmy z żalem oglądając się na niedaleki dom z winnicą, do kupienia za jedyne 2 miliony euro (okazja, rok temu wystawiony został za 7 milionów), z samochodu dziewczyn rozległo się głośne: "Uno solo foto per favore" i stało się jasne, że nasza koleżanka Ewa - największa fanka Dario, musi mieć zdjęcie sam na sam z pisarzem. Wyjeżdżałyśmy śmiejąc się do rozpuku, mijając równie rozbawionego Dario machającego nam na pożegnanie. Mogę się założyć o butelkę dobrej riservy, że Ewa pojawi się gdzieś na kartach jego książki...

Obiad u kapitana w cieniu wieży

Ostatnią z naszych wycieczek było zwiedzanie Pistoi - miasteczka założonego jeszcze w czasach starożytnego Rzymu. W poznaniu wszystkich jej walorów uparcie próbował nam przeszkodzić deszcz, na szczęście w przerwach opadów udało nam się zobaczyć co najważniejsze. 

Wdrapałyśmy się po około 200 stopniach na szczyt dzwonnicy katedry pod wezwaniem św. Zenona, by stamtąd podziwiać widok na okolicę - przez wyłożone czerwoną terakotową dachówką centrum z kilkoma kościołami, m.in. ozdobionym trzecią co do wielkości we Włoszech kopułą bazyliki Madonny Pokornej, z położonym naprzeciwko wejścia do katedry baptysterium, aż po magazyny przemysłowej części Pistoi słynącej z zakładów tkackich oraz szwalniczych. Po drodze na szczyt minęłyśmy zawieszone na linach kamienne odważniki starego mechanizmu zegara. Dla pewności zapytałam przewodniczkę, czy przypadkiem nie wymyślił ich Leonardo da Vinci, ale uczciwie przyznała, że źródła nic nie podają na ten temat.

Przy centralnym placu - Piazza del Duomo zwiedziłyśmy jeszcze budynek sądu, w którym nadal stoją wielkie kamienne ławy: sędziowska i dla publiczności oraz krzesło skazańca, a współczesne wyroki sądowe są obowiązkowo wywieszane w jego holu. Później wstąpiłyśmy do Palazzo Comunale, gdzie akurat trwała dość kontrowersyjna wystawa sztuki LGTB. Za to przy drzwiach można antyczną miarą sprawdzić, czy ktoś jest z metra cięty.

Spacer pistojeńskimi uliczkami zawiódł nas jeszcze na Piazza della Sala, dawne centrum handlu położone na trakcie do Rzymu, gdzie dzisiaj można nabyć najświeższe warzywa, owoce i inne włoskie smakołyki, pod kościół św. Jana poza murami, malowany w charakterystyczne dla toskańskiego gotyku biało-zielone pasy. Ciekawostką okazało się to, że kopuły bazyliki Madonny nie da się zobaczyć z ulicy, bo znajduje się między budynkami.

Po wyjściu na wysokości, spacerze i w kolejnej deszczowej chmurze postanowiłyśmy - nie uwierzycie, bo ja do tej pory nie wierzę - coś zjeść. I choć głodna nie byłam w zasadzie od pierwszych godzin po przyjeździe na toskańską ziemię, nigdy nie odmówiłabym sobie spróbowania lokalnej kuchni. Wybór padł na Locandę del Capitano del Popolo, w której przemili gospodarze zajmują się gośćmi, na których rozłożone na wielkich stołach czekają sery, wędliny, świeże pieczywo, owoce i wszystko, czego dusza zapragnie, by być najedzoną.

Skosztowałyśmy specjalności dnia: marynowanego łososia (smakuje podobnie jak nasz śledź, a to łosoś przecież), warzyw grillowanych z mozzarellą i toskańskiej ribollity, czyli gęstej zupy jarzynowej. Nie chcę myśleć, czego nie spróbowałyśmy, po prostu zostawiam to sobie na następną wizytę.

***

Dziękuję firmie VisiToscana za pomoc w realizacji materiału.


Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje