Przejdź na stronę główną Interia.pl

Taniec ludzi Goran

Biskup zapytał kiedyś siostry z Abou Garam, czego właściwie ludzie od nich oczekują. Zafrasowały się. Ludzie nie oczekują od nich niczego. A potem najmłodsza z sióstr zastanowiła się i powiedziała: - Oni oczekują, że będą nam mogli pomagać - o życiu w wiosce w Czadzie pisze Olga Stanisławska w książce "Rondo de Gaulle’a".

Fragment książki Olgi Stanisławskiej "Rondo de Gaulle’a":

Reklama

W Abu Garam od rana wszyscy się spieszą, żeby każdy zdążył napoić zwierzęta. O brzasku i o zachodzie stada się schodzą przy studni. Czekają na ludzi, którzy przyjdą i dadzą im pić.

Inde stawia bose stopy na kamieniach, które zdążyło już rozgrzać słońce, i zapiera się z całych sił, żeby ciężar dętki wypełnionej wodą nie wciągnął do studni jej drobnego, dziesięcioletniego ciała. Tryska dumą - jeszcze niedawno nie wolno jej było tu przychodzić samej. Krótkimi, szybkimi ruchami ciągnie sznur, a potem chlusta wodą do emaliowanej miski, żeby napoić cisnące się wokół niej osły. Przegania młodego wielbłąda, który skubie jej chustkę, niecierpliwy, uśmiecha się i stawia na głowie kanister z wodą. Możemy iść.

Pomiędzy szałasami, jak przypływ gorączki, nabrzmiewa już głuchy puls drewnianych stęp, w których tłucze się sorgo. Potem wszystko to spowolnieje i ucichnie w upale południa. W jednym z szałasów mieszkają razem trzy kobiety. Nikt już im się nie dziwi. To ludzie modlitwy, mówią obcym ich sąsiedzi, ludzie Boga. Małe Siostry Jezusa. Zakon kontemplacyjny, ale kontemplacji nie w klasztorze, lecz w świecie. W Nigrze mieszkają nie po to, żeby nawracać muzułmanów, ale żeby być z nimi. Rozgłosu nie lubią. Mam nadzieję, że wybaczą mi, że o nich mówię.

W tym kraju zawsze jest za dużo, albo za mało

Aya i Aba, matka i ojciec. Tak małe siostry nazywają tych dwoje ludzi, którzy dwadzieścia lat temu pozwolili im mieszkać obok siebie, którzy nauczyli je, jak chodzić wokół zwierząt, jak stawiać szałas na lato i jak rozbijać namiot w zimowe miesiące, kiedy trzeba się przenieść gdzie indziej. Aya, matka, wyplata koszyk pomiędzy szczupłymi, pomarszczonymi udami w półmroku swojego szałasu. Przerywa robotę, uśmiecha się i mruży oczy, bo moja twarz niewyraźnie rysuje się na tle otwartych drzwi. - Bóg cię tu przysłał - mówi Aba, ojciec. Gość jest tutaj wysłannikiem Boga.

Kiedy Aba był mężczyzną w sile wieku, Abu Garam leżało nad brzegiem jeziora Czad. Ale jezioro abdykowało. Pierwsze znikły hipopotamy. Po nich gdzieś zapodziały się ryby. Woda powoli straciła smak, przestała gasić pragnienie i w końcu też zniknęła zupełnie. Dziś brzeg jeziora jest trzydzieści kilometrów stąd. Ludzie, którzy kiedyś mieli stada po sto krów, mają już tylko kozy, po kilka osłów, może parę wielbłądów. Każdy rok jest zresztą nową próbą. Dwa lata temu spadło dużo deszczu i wyjątkowo rozmnożyły się komary - zbiory były obfite, ale szalała malaria. Po roku malarii przyszedł rok myszy. Byli w Abu Garam ludzie, którzy pięć razy obsiali swoje pole sorgiem i pięć razy w nocy myszy zjadły wszystko. Deszczu było zresztą za mało i sorgo, które wyrosło, nie wykształciło ziarna.

Myszy dotąd w nocy pokrywają piasek sznurkami śladów. W głębi chaty Aby harcuje czarny kotek przywiązany na wstążce. Ale koty, cóż - wzdycha Aya, jak tylko dorosną, odchodzą. Aba rozłożył trutki, małe siostry naustawiały pułapek, ale myszy ciągle przybywa. Czasem próbują nadgryźć palce śpiących, czasem skubią włosy. - Jak to jest, że w tym kraju - najmłodsza z sióstr kręci głową - wszystkiego jest zawsze za dużo albo za mało?

Wieczorem siostry szykują jedzenie, przeganiając od garnków kury i wymieniają pozdrowienia z kobietami idącymi od studni. Jeszcze trzeba zanieść chininy sąsiadom. Wróciła malaria, na macie leży mężczyzna z twarzą zamkniętą przed światem, twarzą człowieka, który toczy w bezruchu walkę z własnym ciałem. Jeszcze trzeba sprawdzić, czy wszystkie kozy wróciły w pobliże ludzi - w buszu są szakale i hieny. Dziś rano nie pokazała się biała oślica, którą niedawno ukąsił wąż i nie zdążyła jeszcze całkiem wrócić do zdrowia. Podobno ktoś widział ją przy starej studni, tej, którą w pośpiechu rozwalili Mahamidzi.

Rano trzeba poszukać oślicy

Mahamidzi, arabscy koczownicy, w złe lata przychodzą z Czadu z wielkimi stadami wielbłądów. Trawa, której nie zjadły wielbłądy, po ich przejściu jest tak podeptana, że unosi ją wiatr i nic nie zostaje. Zatrzymują się z dala od osad - kilka namiotów i samotna kobieta z dłonią podniesioną do czoła, przyglądająca się obcym. Spotkałyśmy ich dziś przy nowej studni, pochłoniętych pracą mężczyzn, zawsze w pośpiechu, wystraszonych chłopaków, którzy spod potarganych włosów rozglądają się świecącymi oczami. Dwa, trzy dni w jednym miejscu i Mahamidzi składają namioty i ładują na grzbiety wielbłądów lektyki, w których podróżują kobiety.

Rano trzeba będzie poszukać białej oślicy. Już prawie ciemno. To ta godzina, kiedy chłód zaczyna wsączać się w świat obrzmiały gorącem, a piasek, w głębi jeszcze ciepły, powleka się zimną powłoką. Ta dwuznaczna godzina, gdy pierwszą chłodną nutę wieczora wita się jak błogosławieństwo po upalnym dniu, który skończył się właśnie i tak szybko nie wróci, lecz zanim zapanuje przejmujące zimno nocy i głodny księżyc pojawi się na niebie, gasnące ciepło dnia karmi jeszcze ostatkami swego chleba.

Zbliża się pora modlitwy. Wokół szałasu, który służy tu za kaplicę, korona kolczastych gałęzi, na niebie czarne akacje. Piasek błyszczy, jakby świat był stołem przykrytym obrusem. W 1934 roku na swoim podwórzu w Bandiagarze w Mali muzułmański mistyk Tierno Bokar przerwał wykład, żeby podnieść z ziemi strącone przez wiatr jaskółcze gniazdo, zszyć je i przymocować na nowo pod okapem. "Bez miłości wiara jest pustym słowem" - powiedział zdziwionym uczniom.

Filozofia sióstr

Książka o filozofii Tierna Bokara leży na macie w szałasie małych sióstr wśród innych książek, odłożonych na chwilę przyborów do szycia, lekarstw, zdjęć, które przyszły w liście od rodziny. "Kochać tylko to, co podobne do nas - mówił Tierno Bokar - to kochać tylko siebie samego, to wcale nie kochać".

Biskup zapytał kiedyś siostry z Abou Garam, czego właściwie ludzie od nich oczekują. Zafrasowały się. Ludzie nie oczekują od nich niczego. A potem najmłodsza z sióstr zastanowiła się i powiedziała: - Oni oczekują, że będą nam mogli pomagać.

"W tym roku ponoć nieźle popadało i znów choć na chwilę pustynia zakwitła zielonością, dając nadzieję pokarmu dla zwierząt i dla ludzi" - kilka miesięcy później najmłodsza siostra wróciła na jakiś czas do swojego kraju i w liście dzieliła się ze mną wiadomościami, które przyszły do niej z Abou Garam. "W pięć dni po moim wyjeździe - napisała - odszedł do Boga nasz Aba. Ostatnie lata spędzał, przekładając paciorki różańca i recytując dziewięćdziesiąt dziewięć imion Boga. Tych, którzy go odwiedzali, obdarzał swoim spojrzeniem pozwalającym przeczuć to coś już nie z tego świata, ten spokój, ku któremu wszyscy zdążamy, świadomie czy też nieświadomie".

Nigdy się nie dowiem

***

Czad. Trzy dni drogi dalej. Mao to pierwsze miasto po drugiej stronie tych piasków, które swego czasu były dnem jeziora. Wyniosłam lampę naftową na podwórze i piszę przy stole pod akacją. Dostałam pokój w pustym domu kultury, który tylko półka z zakurzonymi książkami różni od innych domów. Stróż poszedł już spać. Długo siedział w milczeniu i patrzył, jak piszę. Nie mówi po francusku. Ale kiedy wiatr zaczął przewracać mi kartki, podniósł z ziemi kamień i położył na moim zeszycie.

Z drzewa spadają czarne żuki i walczą, żeby przewrócić się na dobrą stronę. Czasem ciężko ląduje żółty, piaskowy świerszcz jak konik szachowy niecierpliwą ręką stawiany na polu szachownicy. Gdzieś za bramą ujadają psy. Wszystko tam tętni życiem, słychać śmiech. Jutro znowu ma odbyć się targ bydła, taki jak ten, który minęliśmy, wjeżdżając do miasta dziś rano.

Znów ryczy wielbłąd, gdzieś w nocy, blisko, niezadowolony, pewnie ma kolana spętane powrozem, żeby nie mógł wstać, odsłania żółte zębiska i pysk pełen piany, odchyla łeb do tyłu. Nad nami jedna noc, pełna dźwięków. Nierówny rytm bębna ustąpił melodii, dalekiej i wiotkiej. Ale noc jest ciemna, księżyc wstanie późno. Dziś rano widziałam już przecież słońce nad horyzontem, płonące ponad suchymi trawami, a księżyc wciąż jeszcze kąpał się w blaknącym niebie.

No więc jak, czy odważę się zamknąć zeszyt, sięgnąć po latarkę? Czy stróż nie zamknął bramy? Dobrze by było iść piaszczystymi ulicami przez ciemne, nieznajome miasto, niespiesznym, kołyszącym się krokiem, jak tutejsze kobiety, z głową przykrytą chustką. Tylko czy kobiety chodzą tu same po zmroku? Nigdy się nie dowiem, jeśli nie zdobędę się na tę śmiałość.

Litania małych sióstr

A więc poszłam. Najpierw odsunęłam zasuwę niebieskiej żelaznej bramy, a potem ruszyłam w noc. Nikogo. Pustą ulicą szłam tam, skąd dobiegały bębny. Na wielkim placu kołem porozsiadali się na ziemi mężczyźni. Usiadłam w mroku za nimi. W środku kobiety tańczyły w rzędach, równo, poruszając biodrami do przodu. Można było sobie wyobrazić stopy depczące piasek małymi krokami. Ale ruch ich bezkształtnych postaci pod miękkimi zwojami tkaniny był surowy, zmysłowy, bez ogródek, powtarzany do zawrotu głowy. Czasem zanosiły się wysokim tonem, tym tryumfalnym nadludzkim wołaniem tutejszych kobiet. Czasem wyciągały w górę nagie, wyprostowane ramiona i tańczyły dalej w tym samym monotonnym rytmie.

Młodzi mężczyźni stali wokół z zasłoniętymi twarzami i patrzyli. Co jakiś czas któryś podnosił latarkę i zatrzymywał ostry snop światła na skupionych, zamkniętych w sobie twarzach tańczących. Jesteśmy bydłem, tak o sobie mówią kobiety w Sudanie. Bydło jest bogactwem. Jest życiem. Pochylałam głowę, kiedy z daleka omiatał mnie blask latarek. Mężczyźni - nagle wstydziłam się do nich odezwać. Kobiety - wszystkie tańczyły. A więc zostałam tak, pośród ludzi, obca, nieistniejąca, tylko cień.

Od potrzeby bycia kochaną zachowaj mnie, Panie. Czy nie tak - pomyślałam - brzmiała litania małych sióstr, litania o pokorę? Gdzieniegdzie zapalał się ognik papierosa. Wracałam, brnąc w koleinach ciężarówek. Z ciemności wyłoniła się sylwetka mężczyzny. Zagadnął mnie w języku, którego nie znałam. Mruknęłam coś, nie zatrzymując się, ale on nalegał.

Wtedy stanęłam i odwróciłam głowę w jego stronę. - Ach - zmieszał się - przepraszam, madame.

Życzyłam mu dobrej nocy i ruszyłam dalej. Ale on, nabrawszy odwagi, poszedł za mną. - Odprowadzę cię, madame - zamachał latarką. Szliśmy dalej w milczeniu.

- Co to za taniec? - zapytałam w końcu.

- To taniec ludzi Goran - powiedział.

Fragment książki Olgi Stanisławskiej "Rondo de Gaulle’a". To owoc roku spędzonego w drodze przez Afrykę od Casablanki do Kinszasy. Zapis tego nieustającego spotkania z drugim człowiekiem, w jakie przemienia się samotna podróż przez kontynent, o którym Graham Greene mówił, że ma kształt ludzkiego serca. Wydanie drugie uzupełnione - premiera czerwiec 2015. Wydawnictwo Znak.

Tytuł, wstęp i śródtytuły pochodzą od redakcji.

 

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje