Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Takich schronisk już nie ma

​Za PRL-u w Bieszczadach funkcjonowały najbardziej kultowe schroniska turystyczne. Zjeżdżali do nich studenci, dysydenci, kwiat polskiej inteligencji. Ale też ludzie o pokręconych życiorysach, dla których górskie przystanie stawały się azylem.

Nie mogły pochwalić się wysokim standardem, a mimo to ciągnęły do nich rzesze wędrowców. Z przekonania, że tylko tutaj znajdą przyjazny kąt. Nawet jeśli wszystkie łóżka z siennikami będą zajęte i pozostanie jedynie położyć się w śpiworze na podłodze. 

Reklama

- Dzieliliśmy się chlebem, herbatą i konserwą - wspominają bywalcy Chatki Puchatka na Połoninie Wetlińskiej. - Każdy, kto zostawał na noc, wyjmował z plecaka przywiezione z domu wiktuały i wykładał je na stół. To był gest naturalny i zarazem piękny. Dzisiaj turysta przeważnie tak się nie zachowuje - dodaje. 

Wieczory w blasku świec

W budynku na szczycie Wetlińskiej nie było elektryki, więc wszyscy siedzieli przy świeczkach. Dziewczyny i chłopcy grali do nocy na gitarach, wcinali kanapki z dżemem, a z ich twarzy nie schodził uśmiech. Między nimi zaś siadał często Ludwik Pińczuk, gospodarz schroniska, i snuł opowieści. 

W schronisku Pod Łopiennikiem pracował Olgierd Łotoczko. Przyjmował wędrowców z otwartymi ramionami, a potem schodził w dolinę Łopienki, gdzie samodzielnie remontował zrujnowaną po wojnie cerkiew greckokatolicką. Niektórym młodym tak zaimponował, że zostali na dłużej, by pomagać ratować zabytek. Nie za pieniądze, a jedynie za polówkę do spania i chleb ze smalcem. 

Przytulisko ściągało studentów z całej Polski. Tutaj powstawały piosenki o miłości do gór, rodziły się też pomysły na odtworzenie zabudowy wysiedlonej w akcji "Wisła" malowniczej doliny. Gdy dowiedziała się o tym Służba Bezpieczeństwa, schronisko objęto obserwacją, a jego gości zaczęto oskarżać o działalność wywrotową. Bezpieka utożsamiała studentów z narkomanami i przestępcami, kilkukrotnie organizowała "naloty" na leśną stanicę i przetrząsała bagaże gości. 

W 1973 roku powstała słynna Chata Socjologa na Otrycie. Miejsce otwarte dla wszelkiej maści trampów. Studenci z Uniwersytetu Warszawskiego zbudowali chatę własnymi rękami z pomocą kilku miejscowych cieśli. Sami nosili na plecach materiały budowlane na szczyt góry. - W budynku nie było prądu i bieżącej wody, ale panowała wspaniała atmosfera - wspominają ci, którzy spędzali na Otrycie każde lato. - Razem pracowaliśmy, wyprawialiśmy się na piesze wycieczki w pasmo połonin, a wieczorami przy ognisku dyskutowaliśmy na rozmaite tematy. Bywały ostre spory, ale wszyscy się szanowali. Chata do dzisiaj pozostała miejscem, do którego zdążają kolejne pokolenia turystów. Ma w sobie jakąś magię i powoduje, że ludzie nabierają tu nowych sił - dowiadujemy się. 

Ciężka praca gospodarzy

Za PRL w Bieszczadach istniało kilkanaście schronisk. Do dziś przetrwały nieliczne, niektóre po gruntownych zmianach, inne tylko po lekkim retuszu. Do Bacówki Pod Małą Rawką niezmiennie zdążają miłośnicy gór i zawsze znajdują w niej bezpieczną przystań. Taką samą, jak za czasów, gdy schronisko prowadzili Ewa i Robert Żechowscy. Położone u stóp połonin od gospodarzy wymagało niezwykłego hartu ducha. Zwłaszcza zimą, kiedy tworzyły się metrowe zaspy, a trzeba było wyjechać po sprawunki czy do lekarza. Dwadzieścia kilometrów w jedną stronę. Kiedy spogląda się na archiwalne wpisy turystów w zachowanych księgach pamiątkowych, uderza w nich wdzięczność dla gospodarzy. Oraz obietnica powrotu do miejsc, w których rodziła się przyjaźń. 

AB

Zobacz także:


Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje