Reklama

Reklama

Szczęśliwe maleństwo

Kiedyś uznawano El Hierro - najmniejszą spośród Wysp Kanaryjskich - za koniec świata. Status raju na uboczu zachowała do dziś.

Lokalna gazeta musi czymś żyć, a na El Hierro to nie lada wyzwanie. Przypomniała właśnie o sprawie z października 1884 r., kiedy wysepce odebrano południk zero i przeniesiono do podlondyńskiego Greenwich. Symbolem tamtych czasów jest latarnia morska Faro de Orchilla na zachodnim krańcu wyspy i pomnik południka zerowego, czyli Monumento al Meridiano. W czasach, kiedy uważano, że Ziemia jest płaska, El Hierro wyznaczała koniec świata - stąd umiejscowienie tu umownej, lecz znaczącej linii na mapach. Wrażenie przebywania na krańcu świata ma każdy, kto patrzy na wulkaniczne pola, lasy powykręcanych wiatrem drzew i bezkres Atlantyku zamykający widnokrąg od zachodu.

Reklama

Lądowisko na wulkanie

Mało kto słyszał o El Hierro, chociaż wyspa należy do archipelagu, na którym przecież wszyscy byli. Z Teneryfy jest tu 300 km - samolot pokonuje tę odległość w 45 minut, a statek w 4,5 godziny. Mieszkańcy mówią o niej La Isla Chiquita (Mała Wyspa) i zupełnie to nie dziwi, kiedy samolot ląduje na miniaturowym lotnisku. W najszerszym miejscu ma 27 km długości. Dawno temu była większa, ale erupcja wulkanu rozerwała ją na pół, pogrążając część terytorium w wodach oceanu. Od dwóch lat u jej wybrzeży woda wrze za sprawą podwodnych wulkanów, które wylewają tony lawy na dno oceanu.

Może za kilka tysięcy lat powiększą El Hierro o kolejne skrawki postrzępionego lądu. Na razie są wirtualną atrakcją, bo w okresach największej aktywności wulkanów podwodne erupcje można podglądać w Internecie. Wyspa jest samowystarczalna. Cała energia pochodzi wyłącznie ze źródeł odnawialnych, co jest powodem wielkiej dumy jej mieszkańców (herreños). Mają oni swoje ryby, ziemniaki, pomidory. Na rozległych plantacjach, gdzie trzeba chronić rośliny przed morską solą, dojrzewają owoce mango, banany, ananasy i papaje.

Wyspiarze często sami robią gofio, czyli mąkę z prażonych ziaren, na przykład kukurydzy. Produkują doskonałe wina, zwłaszcza białe półwytrawne o nazwie Malvasia. Jednak hitem eksportowym jest ser z mleka miejscowych krów i kóz - queso herreño. Jego białe bądź podwędzane gomółki trafiają do sklepów w całej Hiszpanii. Na wyspie mieszka ok. 10 tys. ludzi i ma się wrażenie, że wszyscy się znają. Nie zamykają domów, a parkując przed sklepem, zostawiają w stacyjkach kluczyki. Na El Hierro nie ma drogówki. Patrol pojawia się tam tylko dwa razy w roku. Oznakowanym wozem przypływa promem z Teneryfy, więc wieść o jego wizycie rozchodzi się błyskawicznie. Na co dzień na El Hierro można dostać jedynie mandat za złe parkowanie w największym mieście - Valverde.

Metropolia szyta na miarę

Poranek w Zielonej Dolinie, bo tak brzmi tłumaczenie nazwy Valverde, warto zacząć od filiżanki barraquito w barze La Taberna de la Villa. To ulubiona kawa przewodniczki Cristiny Ferro, która odkrywała przede mną uroki wyspy. Smakowała mi jak ta z najlepszych kafejek Wiednia czy Rzymu. Na barraquito składają się niewymieszane warstwy espresso (najlepiej podwójnego), skondensowane i spienione mleko, kawałek skórki cytryny i koniecznie kilka kropel likieru TiaMaria.

- Rozczaruje się ten, kto będzie szukał w Valverde szampańskiej zabawy, dyskotek i ekscytującego życia nocnego - ostrzega Cristina.

I faktycznie. Panuje tu spokój, nikt się nie spieszy, wszyscy są bardzo pogodni. Na głównym placu miasteczka stoi biały budynek ratusza z wmurowanymi bazaltowymi bryłami. Wrażenie robi też kościół Santa María de la Concepción z XVIII w. Niewiele się tu dzieje. Cristina twierdzi, że jedyne poruszenie są w stanie wywołać w herreños parady i fiesty (największa to słynna Bajada de la Virgen de los Reyes, która odbywa się raz na cztery lata - najbliższa 6 lipca 2013 roku), ale tych nie ma za wiele.

Najciekawszy jest wielkanocny marsz przebierańców - przez miasto paradują dziesiątki postaci w strojach zwierząt i górników, zaczepiając przechodniów.

Najmniejszy hotel świata

Co wyskoczy w Google po wpisaniu frazy "el hotel más pequeño del mundo" (najmniejszy hotel świata)? Punta Grande na El Hierro. Certyfikat oprawiony w szkło i zawieszony koło baru potwierdza wpisanie go do Księgi rekordów Guinnessa. Kiedyś był tu magazyn portowy. W latach 70. nieco zrujnowaną, acz uroczą graciarnię kupił pewien Szwed i urządził w niej czteropokojową noclegownię. Później właścicielką została Szwajcarka, ale hotelik zachował swą atmosferę. Jest połączeniem portowej tawerny z kajutą. Jedyne cztery pokoje są lilipucie, drzwi i schody nieludzko wąskie, łazienki mają gabaryty znane z samolotów.

Hotel jest niemal zawsze w 100 proc. zajęty. Prawie każdy z 10 tys. turystów, którzy co roku odwiedzają El Hierro, chce spędzić choć jedną noc w mikropokoju z widokiem na rozhulany ocean. Czasami wysokie fale tłuką nie tylko o wyłożone kamieniem nadbrzeże z wystającym z niego pirsem, na którego końcu stoi hotel, ale i o mury budynku.

Wiatr stuka okiennicami, a hotelik zamienia się w stateczek targany sztormem. Na horyzoncie widać skalne zęby - to malutkie wysepki zamieszkane przez wielkie jaszczurki lagartos gigantes del Hierro, jeden z najbardziej zagrożonych gatunków gadów. Aby stanąć z nimi oko w oko, trzeba wybrać się do Centrum Odnowienia Gatunku Jaszczurki Lagarto Gigante w osadzie Guinea. Możemy tam podziwiać okazy mające długość około 60 cm. Wiele z nich żyje też na skałach Salmor, niestety niedostępnych dla turystów.

Tolkienowskie knieje

Przyroda na El Hierro jest surowa, lecz wyjątkowo piękna. Kolejnym symbolem wyspy są jałowce na skraju wzgórza El Sabinar. W ciągu swego kilkusetletniego żywota narażone są na ciągłe smaganie północno-wschodnim wiatrem. Walcząc z nim, przybierają najbardziej dziwaczne kształty, czasem przypominające postać czarownicy, niekiedy łeb słonia. Jeśli znad oceanu nadciągnie mgła, sceneria robi się tu baśniowa, jakby obok stały tolkienowskie drzewce. Nieco niżej, gdzie porosty tworzą na drzewiastych, kilkumetrowych wrzosach długie brody, można się poczuć jak na planie filmu Akiry Kurosawy.

Po wąskich serpentynach od czasu do czasu wędrują stada owiec, przeskakują kozy. Po niebie przelatują sokoły. W dole widać kratery wulkanów, przestrzenie pokryte lawą - krajobraz nieco księżycowy. El Hierro warto zobaczyć z wysoka, najlepiej z punktów widokowych zwanych po hiszpańsku miradores, których na wyspie jest kilkanaście.

Zatokę El Golfo widać na przykład z Mirador de la Peña (niedaleko Valverde), zawieszonej na skale przeszklonej restauracji będącej dziełem Césara Manrique, kontrowersyjnego projektanta z sąsiedniej Lanzarote. Cristina Ferro woli jednak dziksze miejsca. Po godzinie wspinaczki docieramy na skalną ambonę Mirador de Tanajara. U jej stóp roztacza się wspaniała panorama miasteczka El Piñar, nadbrzeżnych klifów i przepięknych lasów piniowych, którym wioska zawdzięcza nazwę.

Kanary bez plaż

Biały kwarcowy piasek jest na El Hierro towarem deficytowym. Najjaśniejsze plaże są popielate, ale bywają też rude, brunatne i niemal czarne. Kończymy pobyt na wyspie właśnie na jednej z nich, zwanej El Verodal i otoczonej wysokimi skałami, jak w amfiteatrze. Zachodzi słońce i wszystko połyskuje złotymi odblaskami. Ktoś zwija wędki na kamiennym pomoście, w innym miejscu wychodzą z wody dwa golasy. Wieje ciepły wiatr od Afryki. Na tarasie krytego palmowymi liśćmi baru bawi się rodzina z dziećmi. Sam bar jest nieczynny. Bywa otwarty? - Czasem - odpowiada Cristina. Tu na takie rzeczy nikt nie zwraca uwagi. Bo i po co?

Dariusz Raczko

Pani 12/2012

Tekst pochodzi z magazynu

PANI

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje