Przejdź na stronę główną Interia.pl

Skarby w winnicy

Chyba nigdzie w Europie nie znajdziecie tak sielankowych i romantycznych zakątków jak w Alzacji. Ukwiecone fontanny i studnie w otoczonych winnicami miasteczkach. Różowe, niebieskie i kremowe domki z wieżyczkami, wzniesione w XVI i XVII wieku. Piwnice degustacyjne, o których mówi się, że są najbardziej gościnne w całej Francji. I słynna Route du Vin (Droga Wina), na której miłośnicy tego trunku spędzają całe tygodnie wakacji.


Reklama

Rytuał wygląda tak: samochodem, rowerem (ta forma zwiedzania Alzacji staje się ostatnio bardzo modna) lub specjalnym autobusem startuje się z miasteczka Marlenheim na północy regionu. A potem krętymi wiejskimi dróżkami wśród winnic jedzie się... przed siebie. Zorganizowani turyści planują wcześniej, do której z tutejszych piwnic degustacyjnych chcą dotrzeć. Improwizatorzy po prostu zatrzymują się w dowolnym miasteczku i kierowani impulsem wchodzą do jednej z tutejszych "caves" - nazwa piwniczek, w których pod okiem właścicieli można skosztować produkowanych na miejscu win. Cała Route du Vin to pełne 180 kilometrów - aż do wysuniętego na południe malowniczego miasteczka Thann, z domostwami pamiętającymi XV i XVI wiek. Ja alzacką przygodę zaczynam nietypowo - od położonego w połowie trasy L'Andlau, małej osady wśród wzgórz i winnic.

Zakątek pachnących róż



Wybór jest nieprzypadkowy. W dzienniku "Le Figaro" wyczytałam, że to jedno z najpiękniejszych miejsc na szlaku. Na dodatek z polskim akcentem. Jedną z tutejszych winnic - Domaine des Marronniers - prowadzi gościnna Polka, Marta Wach i jej mąż Guy. Zanim zapukam do drzwi ich XVII-wiecznego domu, porośniętego po dach okazałym dzikim winem, idę na spacer po okolicy (to też jeden z rytuałów podróży po Drodze Wina). Wszystko tu wymuskane i uporządkowane - osada ubiega się o tytuł najpiękniejszego miejsca w Alzacji. Drzwi domów i bramy wjazdowe obrastają misternie modelowane krzewy pnących róż, a podwórka konkurują ze sobą kwietnymi kompozycjami.

Docierając do domu państwa Wachów, zamierzam zwiedzić ich renomowaną rodzinną piwniczkę i ruszyć w dalszą drogę. Ale tutejszy zwyczaj zakłada inny scenariusz. Przy obiedzie (danie główne: wyborny dorsz w smardzach) oraz wyrabianym na miejscu rieslingu Grand Cru (termin ten oznacza wino "z osobowością", renomowane, wyższej jakości) wysłuchuję gawędy o historii winnic, stuletnich dębowych beczkach uznawanych za rodzinny skarb i medalach zdobytych przez trunki. Po poobiedniej degustacji kilku z nich idziemy na spacer po okolicy. Z jednego ze wzgórz widać Górę św. Otylii, patronki Alzacji. Stylizowany na gotyk drogowskaz z napisem "Riquewihr" kieruje mnie do następnego celu na mojej trasie. Pora jechać.

Alzackie Saint-Tropez



Po sielance L'Andlau eleganckie Riquewihr, przez które każdego roku przewijają się dwa miliony turystów, wydaje się tętniącą życiem metropolią. Choć, co ciekawe, liczba mieszkańców miasteczka to zaledwie dwa tysiące osób. Riquewihr ma opinię jednego z najbardziej romantycznych miejsc w kraju i nazywane jest alzackim Saint-Tropez. Mimo wojen przetaczających się przed wiekami przez te tereny lokalna zabudowa przetrwała w nienaruszonym stanie od początków XVI wieku.

Zabytkiem jest tu wszystko (miasteczko bywa nazywane "muzeum pod gołym niebem"). Piętrowe domki z muru pruskiego, dachy kryte kilkusetletnią czerwoną dachówką, średniowieczne wieżyczki, renesansowe wykusze i kręte wąskie uliczki wybite kocimi łbami - jak przed wiekami "tylko dla pieszych" - tworzą iluzję podróży do przeszłości.

Wielbiciele historii z dreszczykiem powinni zwiedzić La Tour des Voleurs (Wieża Złodziei). Nawiedzony przewodnik opowiada o więzionych w niej przed wiekami rzezimieszkach. Obowiązkowym punktem programu jest degustacja w piwnicach rodzinnej winiarni Hugelów, założonej na początku XVII wieku, urozmaicona gawędą o najstarszej na świecie, wciąż używanej do produkcji wina beczce dębowej z 1639 roku (wisi na niej stosowny certyfikat z Księgi rekordów Guinnessa). Chętni mogą przeczytać też list autorstwa Churchilla, w którym wychwala wina marki Hugel. Dziś koneserzy wyżej cenią jednak trunki z kameralnej Domaine Weinbach, prowadzonej w pobliskiej osadzie Kaysersberg przez trzy pokolenia kobiet.

Ambrozja w poziomie i pionie

Babka (Colette), córka (Catherine) i wnuczka (Laurenne) herbu Weinbach rezydujące w dawnej posiadłości kapucynów stworzyły jedną z najbardziej cenionych dziś marek alzackich win. Na degustacji w ustronnej posiadłości podejmuje mnie 55-letnia Catherine. Planowana półgodzinna wizyta zamienia się w trzygodzinne spotkanie. Na finał gospodyni wnosi butelkę rieslinga z 2005 roku, zamawianego na brytyjski dwór królewski. W większości alzackich piwnic (choć nie wszędzie) degustacje są darmowe, bo podróżujący po Drodze Win amatorzy tego trunku po każdej prezentacji kupują kilka butelek.

Całkiem szlachetne wino z pierwszej ręki można tu dostać nawet za dziewięć euro! Ale zdarzają się też butelki za 100 i więcej. Przyzwoite alzackie trunki mieszczą się w przedziale od 15 do 40 euro. Opowieści, które przy okazji można usłyszeć od ich twórców, są bezcenne. Właścicielka wysoko notowanej Domaine Albert Mann opowiada mi, jak przy świetle księżyca zakopywała w swojej winnicy trzysta krowich rogów wypełnionych naturalnym nawozem i kruszonym kwarcem, co podobno świetnie użyźnia glebę. Dziedzic winnicy - Jean-Baptiste Adam, prezentuje drzewo genealogiczne swojej rodziny, która produkuje wina od 1614 roku, i trzechsetletnią księgę zamówień - wolumin wielkości połowy stołu, oprawiony w wołową skórę.

A właściciele prestiżowej Domaine Schlumberger wyjawiają, że kilka najszlachetniejszych win produkują zgodnie ze średniowiecznymi metodami na tak stromych zboczach, że mogą na nich pracować tylko konie specjalnej rasy (chevaux franc-comtois), które nie mają lęku wysokości. Gdy podczas wizyty w jednej z pierwszych winnic z ust natchnionego winiarza (w Alzacji nie spotkałam nienatchnionych) padło pytanie, jaką degustację wybieram - poziomą czy pionową, uznałam to za żart.

Okazało się jednak, że pytanie było serio i odwoływało się do wiedzy, którą warto dysponować, udając się w podróż po tej krainie, bo podobne pytanie usłyszymy w każdej piwniczce. W degustacji pionowej nie chodzi więc o to, że będziemy po niej zdolni utrzymać się na własnych nogach, ale że spróbujemy wina jednego gatunku z kilku roczników. Jeśli zaś ktoś proponuje nam degustację poziomą, to znaczy, że poznamy różne wina z jednego rocznika. Jedno i drugie warte polecenia.

Pianino w ciemnym zaułku

Pora na Colmar, ulubione miasto Alzatczyków. Kameralne i urokliwe. Dzień zaczynam od wycieczki łódką po kanałach Petite Venise (Mała Wenecja), starej dzielnicy, w której przed wiekami załadowywano wina na statki rzeczne. Gdy mijam tonące w kwiatach zabytkowe domki, kierujący łódką kolmarczyk namawia mnie na obejrzenie maison Pfister, rezydencji z 1537 roku, dumy miasteczka. I spróbowanie choucroute - dania uznawanego za kulinarny symbol Alzacji: talerza pełnego gotowanej kiszonej kapusty z grubym plastrem boczku i kawałkami smażonej kiełbasy. Grzecznie podziękowałam...

Strasburg, stolicę regionu, zostawiam sobie na koniec. Nawet przez chwilę nie mam pokusy, by zwiedzać aluminiowo-stalową, biurokratyczną część miasta w okolicach Parlamentu Europejskiego. Kieruję się do La Petite France (Mała Francja), starej dzielnicy rybaków i garbarzy. UNESCO umieściło ten fragment miasta na Liście Światowego Dziedzictwa Kulturowego. Spacer wśród XVI-wiecznych błękitnych, różowych, kremowych kamieniczek w stylu colombage (tak określa się tu mur pruski) wprawia w dobry nastrój. Początki miasta sięgają 1000 lat p.n.e., choć dziś dominuje tu architektura średniowieczna i renesansowa.

Nawet dla kogoś, kto jak ja, ma nawyk życia w ciągłym pośpiechu, jest oczywiste, że tu szybkim krokiem chodzić nie wypada. Niespiesznie wybieram więc miejsce na ostatni nocleg w maleńkim, ośmiopokojowym hoteliku Chut, który okazuje się arcydziełem designu. Z urządzonego regionalnymi antykami pokoiku na poddaszu (95 euro za dzień) przez wielkie serce wycięte w drewnianej okiennicy dyskretnie podglądam spacerujących turystów, siedząc we wpuszczonej w podłogę wannie (tak, jest w pokoju), pełnej lawendowych olejków przygotowanych przez gospodynię.

Specjały tutejszej kuchni testuję w La Vieille Tour, zupełnie niepozornej restauracji na cztery stoły, tuż za rogiem. Kieruję się starą metodą - wybierasz miejsce, w którym gwar tworzą miejscowi, nie turyści. Podawany tam dorsz w sosie na bazie białego wina okazuje się kulinarnym arcydziełem.  Trudno sobie wyobrazić, jak wyglądają posiłki w alzackich restauracjach wyróżnionych gwiazdkami Michelina (region ten ma ich najwięcej w całej Francji), skoro kolacja w przypadkowo wybranym przybytku jest tak wysokiej jakości.

Wieczorny spacer do gotyckiej katedry Notre-Dame okazuje się nastrojową przygodą. Wystawy tutejszych sklepików przypominają obrazki z filmów Disneya: porcelanowe krasnale i bociany konkurują z plecionymi ze słomy serduszkami. Na dyskretnie oświetlonych uliczkach Strasburga, pełnych małych knajpek, nawet w zaułkach czekają na turystów miłe niespodzianki: mim odgrywający romantyczną historię do sonaty Beethovena, rzeźbiarz, który wystawił przed galerią figurki fantazyjnych elfów, melancholijna akrobatka, która odtwarza w milczeniu jakiś skomplikowany układ...

Mnie zauroczył muzyk, który w zupełnych ciemnościach (było już po północy) grał w małej uliczce na pianinie umieszczonym na platformie z kółkami. Jak mi wyjaśnił, co wieczór przemieszcza swój instrument w inne miejsce i koncertuje "do ostatniego melomana". W jednej z otwartych do późna winiarni piję przy świecach kieliszek pulsującego wszystkimi odcieniami słodyczy gewurztraminera i... zazdroszczę europosłom. Oni mają to na co dzień.

Anna Jasińska

Twój Styl 06/2012


Dowiedz się więcej na temat: podróże | wino | winnica | Strasburg | alzacja

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje