Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Siła marzeń jest ważniejsza niż siła mięśni

Czy można pracować na etacie, samotnie wychowywać dziecko i realizować najbardziej ambitne marzenia? Miłka Raulin, najmłodsza Polka, która zdobyła koronę Ziemi, przekonuje, że tak. I ma receptę, jak to zrobić!

Izabela Grelowska, Styl.pl: Zdobyłaś Koronę Ziemi, ale zacznijmy od końca. Jak było na Evereście?

Reklama

Miłka Raulin: - Było ciężko, ale trudniejsza od zdobycia szczytu była droga do Everestu. Musiałam zdobyć fundusze, pokonać anemię. Było sporo przygód i wyzwań. Przed samym wyjazdem niemal potrącił mnie samochód.

Poprzednie góry zdobywałaś po prostu w czasie urlopu. Zdobywanie Everestu to zupełnie inna kategoria wypraw.

- Tak. Kiedy ma się 26 dni urlopu, wyprawy w góry wysokie to niezła gimnastyka. W przypadku Everestu dostałam urlop bezpłatny, ale to też było warunkiem mojego zatrudnienia się. Na rozmowie kwalifikacyjnej powiedziałam, że za 5 lat będę potrzebować dwumiesięcznego urlopu bezpłatnego. Firma się zgodziła, a ja przyjęłam ofertę pracy. Wyprawa na Everest była w pewien sposób wyjątkowa. Miałam czas przyzwyczaić się do góry, oswoić się z nią bo człowiek musi być z nią w pewnym sensie spójny. Długoterminowe wyprawy wiążą się z tym, że trzeba wziąć urlop bezpłatny i zostawić dziecko. I to m.in. jest druga strona medalu projektu Siły Marzeń.

Jak się czułaś wchodząc w "strefę śmierci"?

- Jeśli można by wyznaczyć synonim dla słowa Everest to z pewnością byłoby to słowo ból. Tam wysoko powietrze jest rozrzedzone, a co za tym idzie zawiera mniej życiodajnego tlenu. Ciśnienie na Evereście to około 330 hPa. Gdybyśmy chcieli wjechać na szczyt windą, nie przeżylibyśmy tego. Strefa śmierci to miejsce, w którym bez względu na to, co zjemy, nasz organizm niczego nie przyswaja. Wtedy szalenie istotne okazuje się to, w jakiej jesteśmy kondycji zarówno fizycznej jak i psychicznej, jakie mamy w swoim organizmie zapasy i jak jesteśmy zaaklimatyzowani. Bycie powyżej 7500 m n.p.m. nie jest przyjemne. Źle się chodzi, źle się oddycha, źle się trawi, źle się śpi. Cały organizm buntuje się przeciwko byciu w takim środowisku.

Przeżyłaś euforię na szczycie tak, jak w przypadku wielu innych gór?

- Sam atak szczytowy był absolutnie magiczny. Czekałam na ten moment siedem lat. Miałam cudowną pogodę, co dało komfort wchodzenia i cudowne widoki, kiedy słońce budziło się ponad ośnieżonymi szczytami. Rysunek tej panoramy na zawsze wyrył mi się w pamięci z niezwykłą ostrością. Wystarczy, że zamknę oczy i ten obraz powraca. Tak bardzo cieszyłam się wchodzeniem na Everest, że co kilka kroków dawałam upust emocjom i po prostu płakałam ze szczęścia.

Trudniejsze było samo wejście na górę czy zebranie pieniędzy?

- Zebranie pieniędzy. Wejście na górę nie było łatwe, wymagało skupienia i kondycji, ale koszty są bardzo duże. Wyprawa kosztowała 85 tys. dolarów. To wartość 50 metrowego mieszkania na obrzeżach Warszawy. Przekonanie sponsorów, że taki człowiek jak ja, czyli zwykła "Kowalska", ma szanse osiągnąć coś wielkiego, jest trudne. Szczególnie jeśli przychodzi się z ulicy i nie ma się kontaktów, zaplecza i wsparcia tatusia, który wszystkich zna. Nie raz dostawałam po nosie, ale może właśnie tak miała wyglądać moja droga. Bardzo dużo się nauczyłam. Jestem wdzięczna za to doświadczenie. Jestem wdzięczna za wszystko, co niesie mi życie.

Jak wyglądały przygotowania? Miałaś merytoryczne wsparcie, czy wszystkie informacje musiałaś zdobywać sama?

- Jeśli chodzi o stronę finansową działałam metodą prób i błędów. Nikt mnie nie uczył pozyskiwania funduszy na projekty wysokobudżetowe. Musiałam obudzić w sobie żyłkę handlowca, negocjatora i organizatora. Jeśli chodzi o moje przygotowanie wspinaczkowe to nabywałam je w trakcie wypraw oraz na profesjonalnych kursach wspinaczkowych. W pewnym momencie zaczęłam się naprawdę intensywnie szkolić. Robiłam wszystkie możliwe kursy. Lawinowy, szczelinowy "wierzchołki alpejskie", skałkowy. Doszkalałam się też z zakresu medycyny wysokogórskiej.

 W książce piszesz, że każdy mógłby dokonać tego, co ty. Powiem ci tak: nie wierzę.

- Wejść na Everest może każdy, kto ma pieniądze i prowadzi w miarę sportowy tryb życia. Czynnikiem decydującym o zdobyciu szczytu jest pogoda, aklimatyzacja i nasza kondycja. Wiadomo, że jeśli ktoś wstanie z za biurka i wpadnie na pomysł, żeby iść na siedmiotysięcznik, ośmiotysięcznik to nie jest to dobry pomysł. Ale jeśli ktoś w miarę intensywnie trenuje, biega półmaratony, maratony i nie ma problemów zdrowotnych, to jestem przekonana, że ma kondycję fizyczną pozwalającą na zdobycie ośmiotysięcznika. Największym problemem w górach wysokich są koszty. Gdybym mogła się przygotować lepiej od strony sportowej, a nie myśleć skąd zdobyć kasę, to może pobiłabym jakiś rekord. Bo choć nie trenuję jak sportowiec, to mam wielką wolę walki i sportowego ducha. Ale doba ma tylko 24 godziny i nie da się być dobrym we wszystkim.

 Jak udawało ci się pogodzić pracę, opiekę nad dzieckiem i przygotowania?

- Brakowało mi czasu, ale mam głowę sportowca, a porażki są dla mnie motywatorem, by być w czymś jeszcze lepszą. Lubię rywalizować. Lubię wyzwania. Wypełniałam moje obowiązki i biegałam w nocy. Na pewno nie były to treningi, jakie chciałabym mieć.

Korona Ziemi to bardzo zróżnicowane góry. Czy gdybyś miała to robić jeszcze raz, zmieniłabyś kolejność?

- Nie, choćby dlatego, że zawsze miałam świetną pogodę. Sezon, w którym byłam na Denali, był najlepszym sezonem od kilku lat. Podobnie było na Evereście. Rekordowa liczba wejść, bo przez kilka dni pod rząd dopisały warunki. Gorszą pogodę miałam jedynie na Górze Kościuszki i na Elbrusie. Myślę, że wszystko było tak, jak miało być. Lekcje pokory, które miałam przyjąć, przyjęłam. Pokłoniłam się górze i stwierdziłam, że nie będę więcej pozwalać sobie na nonszalancję.

Podkreślasz, jak ważna jest konsekwencja, ale dodajesz, że czasem trzeba umieć odpuścić.

- Konsekwencji w działaniu nie można mylić z nieumiejętnym podejmowaniem decyzji. Konsekwencja służy osiągnięciu celu. Zła decyzja może nas doprowadzić do utraty zdrowia i życia. Tak jest nie tylko w górach, ale też w życiu. Byłam konsekwentna podczas pozyskiwania funduszy na wyprawę, ale nie wiem czy można nazwać konsekwencją wchodzenie w złych warunkach pogodowych. To raczej głupota.

Co odpowiadasz osobom, które zarzucają ci, że jako matka nie powinnaś zostawiać dziecka, by chodzić po górach?

- Dziwi mnie, że takie słowa zawsze padają ze strony kobiet. Uważam, że jak się zostaje rodzicem, to nie trzeba rezygnować ze swoich marzeń. Przecież dziecko kiedyś dorośnie i powie "Mamo, dziękuję ci za 20 lat twojego życia, ja teraz wychodzę i zaczynam nowy etap, w którym nie będziesz już dla mnie najważniejszą osobą". Mam świadomość, że jestem tylko jakimś wycinkiem w życiu mojego syna. Muszę pokazać mu świat, pomóc mu w edukacji, nauczyć go szacunku do ludzi i zwierząt, przekazać rzeczy ważne, ale nie muszę jako kobieta i matka rezygnować z siebie. Mogę mieć swoje pasje, będąc mamą, tak jak miałam je wcześniej. Dlaczego ktoś miałby mnie za to oceniać. Ja nie oceniam kobiet, które siedzą w domu z trojgiem dzieci.  Nie rozumiem tego, bo sama nie zdecydowałam się na takie życie, ale nie pytam ich: Nie bałaś się być matką trójki dzieci? Jak mogłaś dokonać takiego wyboru? Jak mogłaś zrezygnować z siebie? My znamy tylko jeden sposób patrzenia na matkę, który zakorzeniony jest głęboko w naszej kulturze. A przecież przy wsparciu rodziny, będąc nawet matką trojga, dzieci można się realizować i nie zapominać o swoich marzeniach.

Zatytułowałaś książkę "Siła marzeń", a nie zdobyłam "Koronę ziemi". Co chciałaś przekazać czytelnikom?

- Siła marzeń ma gigantyczną moc. Każdy ma swoją Siłę Marzeń, ale często jest ona zakopana pod stertą obowiązków. U mnie też tak było. W pewnym momencie zorientowałam się, że nasze pragnienia są w życiu bardzo ważne i nadają kształt naszej codzienności. Trzeba się w siebie wsłuchać, odkryć, co nas uszczęśliwia, a każde marzenie potraktować jak projekt, który powinien mieć początek i koniec. W trakcie realizacji Korony Ziemi, gdy dzieliłam się swoimi przygodami z wypraw i przygotowań do nich, zrozumiałam, że moją misją jest odkrywanie w innych ich siły marzeń. I pokazywanie na własnym przykładzie, że każde nawet najbardziej szalone marzenie jest możliwe.

Czy miałaś momenty zwątpienia?

- Nie, choć zdarzały się gorsze dni, kiedy wstawałam rano i nie wiedziałam, czy dam radę. Dzwoniłam wtedy do mojego narzeczonego i on dodawał mi sił. Ważne jest, by mieć wokół siebie osoby, które nas wesprą, gdy jest nam gorzej.

Być może twoja książka zachęci innych do zdobywania Korony Ziemi. Co byś im doradziła?

- Żeby jak najwcześniej zapisali się na profesjonalne kursy, najlepiej do instruktorów z Polskiego Związku Alpinizmu. Trzeba być świadomym tego, co góry mogą zrobić, by móc unikać błędów, które można przypłacić życiem. Koniecznie trzeba mieć co najmniej 3 plany awaryjne. Ważne jest też, żeby nie panikować, kiedy coś idzie nie tak. Ale i nie robić niczego za wszelką cenę. Jeśli góra daje nam znaki, że nie chce byśmy ją zdobywali, to trzeba jej posłuchać.

 Część wypraw odbyłaś samotnie. Jak na to teraz patrzysz, lepiej być w grupie czy samemu?

- Samotne wyprawy mają kilka zalet: odbiór świata jest niezaburzony, więcej się obserwuje i więcej dostrzega.

 Jeśli jedziemy w grupie, to musimy bardzo umiejętnie dobierać osoby, z którymi wybieramy się w podróż. Trzeba mieć świadomość ich i swoich umiejętności, ale też tego jak współgramy, jak dana osoba radzi sobie w sytuacjach kryzysowych. Góry wysokie to świetne miejsce do testu charakterów naszych współtowarzyszy i nas samych. Nie każda znajomość zda górski egzamin. Dlatego warto jeździć w góry wysokie ze sprawdzonymi osobami.

O wyprawach w góry wysokie słyszy się często, że to męski świat. Jak się w nim odnajdujesz?

- Góry nie są męskim światem w takim stopniu, jak się wydaje, i na pewno nie w takim, jak na przykład kolejarstwo, w którym pracuję na co dzień. W górach wszyscy jesteśmy równi. Kobiety mają trochę gorzej, bo fizycznie nie są w stanie nosić bardzo dużych ciężarów. Ale góra traktuje wszystkich tak samo i jak chce dać pstryczka w nos, to da. Okazuje się, że mięśnie nie są tam najistotniejsze. Liczy się hart ducha, wola walki, upór, a często siła marzeń jest większa niż siła mięśni.

 

 

 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje