Przejdź na stronę główną Interia.pl

Praga - po dobrej stronie życia

Miasto cesarzy, pisarzy i piwoszy. Nowoczesne, tętniące życiem, przyjazne dla turystów, ale również zapatrzone w przeszłość i uroczo prowincjonalne. Praga - bliskie spotkanie z małą, szczęśliwą stabilizacją.

To był jeden z tych idealnych letnich wieczorów, gdy ciepły wiatr bawił się kolorowymi spódnicami dziewczyn spacerujących po moście Karola, a w ogródkach kawiarń kwartety smyczkowe grały walce Straussa. Po kilku dniach sumiennego zwiedzania miasta, zaliczania z przewodnikiem kolejnych punktów programu z ulgą odłączyłem się od grupy i zgubiłem w labiryncie wąskich uliczek Josefova.

Reklama

Stara dzielnica żydowska przez wiele lat po wojnie była smutna i szara jak wyrzut sumienia. Milcząca pamiątka po największej niegdyś w Europie (zaraz po greckich Thesalonikach) społeczności żydowskiej. Dziś kolorowe kamieniczki cieszą oko starannie odrestaurowanymi detalami, a amerykańskie wycieczki z entuzjazmem wykupują pamiątki w kramach ustawionych nieopodal wielkiej synagogi.

Skręciłem w bok i przeszedłem niewidzialną granicę, która oddziela Josefov od starego miasta. Gorące powietrze promieniowało z nagrzanych murów jak w upalnych metropoliach Bliskiego Wschodu. Na szczęście to tylko Praga i nie trzeba było trudzić się, by ominąć surowe zakazy islamu i orzeźwić najlepszym na świecie piwem. Ale żeby odnaleźć bar U Zlateho Tigra, trzeba mieć szczęście, bo łatwo przegapić niezbyt rzucający się w oczy szyld, gdy sunie się w tłumie turystów ulicą Husovą.

Po wejściu do środka i przejściu przez niezbyt reprezentacyjną sionkę musiałem stanąć pod ścianą i przyzwyczaić wzrok do ciemnego, gęstego od mocno procentowych oparów powietrza. Na prostych ławach siedziało sporo, jak na praskie warunki, lokalnych amatorów pilznera. W mieście, gdzie latem na jednego mieszkańca przypada trzech turystów, takich miejsc jest jak na lekarstwo. Bo też i kuracja, którą tu się stosuje, nie jest dla słabych i chorych.

Nieopodal wejścia, przy wielkiej beczce piwa stał barman ze złamanym nosem i o posturze niedźwiedzia. Jednostajnym ruchem napełniał pękate kufle. Jeden chlust i szklanica była pełna... piany. W takiej formie piwo trafiało na stół i dopiero po minucie przed spragnionym klientem rozgrywało się misterium przemiany w złocisty napój. Przy stoliku na lewo od wejścia, pod wiszącymi na ścianie rogami, lubił zasiadać Bohumil Hrabal. Autor "Obsługiwałem angielskiego króla" miał zwyczaj nabierać w palce odrobinę piany i błogosławić nią swoich towarzyszy, obsługę i resztę klientów.

Zupełnie inne maniery mieli najpopularniejsi prascy pisarze przełomu XIX i XX wieku - Franz Kafka i Rainer Maria Rilke. Niemieckojęzyczna bohema miała w zwyczaju spotykać się w kawiarni Slavia, naprzeciwko Teatru Narodowego. Tam, zgodnie z wiedeńską tradycją kultywowaną w całych Austro- Węgrzech, zamawiali kawę ze śmietanką, a do tego szklankę wody i ciastko. Gdy w latach 90. zasłużony dla kultury lokal stanął na skraju bankructwa, w jego ratowanie zaangażował się sam Václav Havel. Czeski prezydent zapowiedział, że podejmie strajk okupacyjny, jeśli właściciel kamienicy sprzeda Slavię i przerobi na kolejny sklep z ciuchami.

Dziś Slavia jest znów kawiarnią. Tradycja nie zginęła. Ale kto w taki upał miałby ochotę na kawę? Na dnie kufla pozostała tylko resztka piany. Kelner o twarzy mordercy bez chwili wahania postawił przede mną drugą szklanicę i na świstku papieru położonym na stoliku maznął kolejną kreskę. Cóż, jak widać nikt tu nie ma w zwyczaju wpadać "na jednego". Nie ryzykując gniewu ponurego barmana, dopiłem drugi kufel, zapłaciłem i uciekłem na ulicę.

Porwał mnie tłum sunący nieprzerwanym strumieniem w stronę mostu Karola. Najstarszy kamienny most świata, jak z dumą twierdzą Czesi, ma w sobie mnóstwo uroku. Ponieważ łączy ze sobą dwie największe atrakcje turystyczne miasta: starówkę i zamek, nie sposób przynajmniej raz dziennie nie przekroczyć nim Wełtawy. Fundator i patron mostu, cesarz Karol IV Luksemburski przygląda się nam dobrotliwie z pomnika na wschodnim, staromiejskim krańcu przeprawy.

W czasach swojego panowania, w połowie XIV wieku, nie tylko uczynił z Pragi stolicę cesarstwa, ale również ufundował uniwersytet. Jego syn i następca Wacław IV wykorzystał kamienny most do osobistych porachunków ze spowiednikiem swojej żony, który nie chciał podzielić się z zazdrosnym mężem tajemnicami cesarzowej Zofii. Kanonik z katedry św. Wita Jan Nepomucen zginął strącony do Wełtawy z przęsła mostu. Niespełna pół wieku później przez most Karola maszerowały oddziały husytów.

Podczas wojny trzydziestoletniej na praskim moście rozegrała się bitwa z okupującymi Pragę wojskami szwedzkimi. Dwieście lat później, w 1848 roku u wylotu mostu powstała barykada Wiosny Ludów. Dziś 10-metrowej szerokości most Karola służy malarzom, którzy spacerowiczom oferują portrety i karykatury. Po zachodniej stronie Wełtawy odłączyłem się od zwartego pochodu turystów podążających w stronę Złotej Uliczki i skręciłem w stronę wzgórza Petřin.

Zapadał już zmierzch i przed barokowymi kamienicami stojącymi przy stromych zaułkach zapalały się stylowe latarnie. Nie opuszczało mnie wrażenie, że znam dobrze to miejsce. Rzeczywiście, widziałem je, oglądając "Amadeusza" Miloša Formana. Plenery praskiej dzielnicy Malá Strana służyły filmowcom jako ekwiwalent XVIII-wiecznego Wiednia. To zabawne, że Wolfgang Amadeusz Mozart rzeczywiście szedł tymi samymi uliczkami uskrzydlony sukcesami, jakie odnosiły jego opery - "Wesele Figara" czy "Don Giovanni" wystawiane w Teatrze Narodowym. Brukowana dróżka zakosami pięła się w stronę szczytu wzgórza. Z każdym krokiem coraz lepiej było widać potężną sylwetkę zamku na Hradczanach. Reflektory podświetlały wysokie mury i strzeliste baszty siedziby cesarzy, królów, a obecnie prezydenta republiki.

Próbowałem bezskutecznie odgadnąć, przez które z wysokich okien 23 maja 1618 roku wzburzeni Czesi wypchnęli dwóch cesarskich namiestników. Warto pamiętać, że wbrew temu, co zwykliśmy myśleć o naszych południowych sąsiadach, przez całe wieki uważano ich w Europie za raptusów i awanturników skorych do okrucieństwa. Wypchnięcie habsburskich urzędników przez okno (tzw. defenestracja) stało się bezpośrednim powodem wybuchu wojny trzydziestoletniej, która utopiła Europę Środkową we krwi, choć dwóm namiestnikom nic się nie stało po długim, ilkunastometrowym locie bezpiecznie wylądowali na kupie gnoju pod murami zamku.

Na szczycie wzgórza Petřin unosił się na szczęście zupełnie inny zapach, dzięki wielkiemu różanemu ogrodowi. Wśród upajających aromatów, korzystając z wieczornych ciemności, zakochani całowali się na ławkach pośród klombów. Z tarasu widokowego przy stacji kolejki linowej (takiej jak na zakopiańską Gubałówkę) rozciągał się widok na leżące u stóp wzgórza miasto. Migocące światła wskazywały kawiarniane ogródki, reflektory wydobywały z ciemności barokowe kopuły kościołów i gotycką fasadę katedry św. Wita. Nawet rzeka, przecinająca Pragę na pół ciemną wstęgą, żyła. Na Wełtawie pulsowały światła maleńkich, z tej odległości, statków wycieczkowych i pływających hoteli z dancingiem na pokrytych parkietem pokładach. Odwróciłem głowę. Z drugiej strony wzgórza ciepły wiatr niósł daleki śpiew nocnych ptaków.

Sergiusz Pinkwart

Tekst pochodzi z magazynu

Pani

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama