Przejdź na stronę główną Interia.pl

Na skraju tęczy

Walijskie słowo "hiraeth" oznacza nieokreśloną tęsknotę. Za soczystą zielenią wzgórz, morską bryzą, przestrzenią i wolnością. Nic tej nostalgii nie koi lepiej niż spacer po ścieżkach zachodniej Walii. Hrabstwo Pembrokeshire, gdzie wzdłuż klifu można wędrować przez kilka dni, to w tutejszym języku Penfro - koniec świata.​

- Boicie się fal? - John Byrom, licencjonowany instruktor coasteeringu, wypytuje śmiałków przybyłych do Pembrokeshire, chcących spróbować swoich sił w narodowym sporcie Walii. Odziani w zimowe kombinezony do nurkowania, kaski, kamizelki ratunkowe i stare trampki ruszamy po skalnych występach w dół klifu.

Reklama

Na bazaltowej półce dowiemy się, na czym polega coasteering, dyscyplina opatentowana w Walii dwadzieścia lat temu. - Skaczemy do wody, dopływamy do tamtego głazu, wspinamy się i szykujemy do skoku z drugiej strony. Zgodnie z instrukcją skaczę na nogi. Kolor wody - adriatycki, temperatura - bałtycka.

Nakrywa mnie fala i znosi na skały. Wczepiam się w gumiaste wodorosty. - Z tą falą wpływamy do jaskini! - woła instruktor. Zassani w głąb jak plankton entuzjastycznie krzyczymy. John daje szybki wykład o jaskiniowych gąbkach, po czym ocean wypluwa nas dwadzieścia metrów dalej. Brniemy desperacko do brzegu.

Skoki i wspinaczki są coraz trudniejsze. Ktoś rozdarł neoprenowe spodnie, ktoś inny skaleczył dłoń o naskalne pąkle. Wreszcie skok "z najwyższej półki". - Dacie radę, ostatnio robiła to emerytka - motywuje nas John Byrom. Panie z piskiem skaczą z wysokości trzech pięter, panowie - w skupieniu. Każdy właśnie odkrył w sobie Jamesa Bonda. Lub pingwina.

Na ścieżkach Zgredka

Smagany wiatrem cypel St. Non’s Bay, gdzie amatorów coasteeringu można spotkać nawet w listopadzie - to fragment najdłuższego pieszego szlaku Wielkiej Brytanii: malowniczego Pembrokeshire Coast Path (299 kilometrów). Z okazji olimpiady dołączono doń pozostałe nadmorskie ścieżki, co dało możliwość obejścia całej zachodniej Walii wzdłuż brzegu. Praktyczniej jest wybrać "swój" odcinek i delektować się nim.

Przeważnie w ciszy, spokoju i bez nadmiaru towarzystwa. Amatorzy dramatycznych krajobrazów wybiorą okolice Abercastle. Szlak biegnie przy samej krawędzi urwiska i wokół romantycznych zatoczek. Jeśli mamy lęk wysokości lub jesteśmy fanami Harry’ego Pottera, wybieramy ciągnące się kilometrami dzikie plaże Freshwater West. To tu kręcono scenę śmierci Zgredka w ostatniej części filmu.

Komunikację między najlepszymi odcinkami Coast Path ułatwiają tanie parkowe busiki o wdzięcznych nazwach: Poppit Rocket (Rakieciątko), czy Coastal Cruiser (Krążowniczek). Choć Brytyjczycy niechętnie pozostawiają swoje samochody, władze Pembrokeshire Coast National Park stawiają na turystykę slow, przekonując, że kierowcy busików nie tylko świetnie prowadzą, ale i gawędzą: o druidach, Merlinie i królu Arturze.

Dowody z wody

"Nie oczekuj wystawnego obiadu w walijskiej kuchni. Jadają tu wodorosty z drewnianej michy, a czasem z pajdy chleba" - pisał średniowieczny kronikarz Gerald Walijski. Placki z algami stanowiły podstawę diety górników jeszcze w XIX wieku. Choć wodorosty zniknęły z menu na rzecz sałaty z supermarketu, miłośnicy ruchu Slow Food przywrócili je do łask.

Przypomniano sobie, że są bogatym źródłem białka, witamin, jodu i żelaza. Orędowniczką powrotu do lokalnej diety jest Julia Horton-Powdrill, pomysłodawczyni wodorostowych kursów: odłowu i ich zastosowania w kuchni, medycynie i kosmetyce. U powały kuchni jej XIX-wiecznego domu w St. David’s suszą się wstęgi Himanthalia elongata - morskiego spaghetti, półki zaś zastawione są słojami z suszem.

Z Ulva lactuca, błonicy morskiej, powstają sałatki, Osmunda pinnatifida, czyli algi o pieprzowym smaku, służą jako przyprawa. Zanim Julia zaprosi kursantów do siebie na wypiek laverbread (pasztecików z purée ze szkarłatnicy), narodowego dania Walii, muszą oni odłowić w okolicznych zatoczkach swoje składniki.

Zajęcia odbywają się w czasie odpływu. Oprócz wodorostów można łowić krewetki i kraby. Przy ładnej pogodzie zdobycze przyrządza się przy ognisku na plaży. Czerwone algi Palmaria palmata je się bezpośrednio "z wody". Na pożegnanie Julia Powdrill daje mi wyprawkę z suszonych wodorostów: Fucus serratus do kąpieli upiększającej i szkarłatnice, czerwone algi atlantyckie - na przekąskę.

Piękni i święci

St. David’s, popularny wśród surferów kurort, to najmniejsze miasto Wielkiej Brytanii. Licząca 1700 mieszkańców osada swój miejski status zawdzięcza normańskiej katedrze z XI wieku. Ta zaś swoje powstanie działającemu tu w VI wieku mistykowi: Świętemu Dawidowi. Patron Walii urodził się na cyplu St. Non’s, tym samym, który upodobali sobie fani coasteeringu.

Jego życie obrosło w legendy, w których świat pogański miesza się z chrześcijańskim. Narodziny Dewi Santa (tak nazywał się święty po walijsku) mieli wieścić druidzi na czele z Merlinem. Jego matka Non podobno była siostrzenicą króla Artura. Bardziej przypominał wojownika, niż pustelnika. Przedstawiano go jako olbrzyma o niepospolitej sile i urodzie. Żywił się chlebem i rzeżuchą, pijał tylko wodę i stojąc po szyję w morzu, recytował psalmy.

Czynił cuda, leczył ze ślepoty. Choć nie przechadzał się z własną odciętą głową w ręku jak św. Justyn, ani nie żeglował na morskim potworze jak św. Piran, miał wśród świętych Walii charyzmę największą. Do dziś katedrę odwiedzają tysiące pielgrzymów. Rocznica śmierci Dewi Santa (w 588 roku), czyli 1 marca, jest dniem świątecznym. Narodowe Zgromadzenie Walii uparcie walczy, by był to dzień wolny od pracy.

Nowe szaty druida

"Gwlad! Gwlad! Pleidiol wyf i’m gwlad" - pierwszą lekcję języka walijskiego zaczynam od nauki hymnu. Jego odśpiewanie zamyka National Eisteddfod, festiwal kultury walijskiej, który odbywa się rokrocznie w innym mieście Walii. Bezpłatny minikurs językowy to żelazny punkt imprezy. - "F" wymawiamy jak "v", "dd" jak "th", "ch" jak duńskie "h" - lektorka tłumaczy fonetyczne zawiłości. - Tra mor yn fur, i’r bur hoff bau - mozolę się z grupą dorosłych uczniów, z których wielu to Walijczycy.

Jeszcze do lat sześćdziesiątych Anglicy tępili walijski. Od pewnego czasu ma miejsce trend przeciwny. Nauka walijskiego to wręcz narodowy obowiązek. Nieznający ojczystego języka Walijczycy mają na rynku pracy mniejsze szanse. Lokalny patriotyzm nigdy nie był tak silny: na festiwalu trudno znaleźć napis po angielsku. Po lekcji ruszam na poszukiwanie fotogenicznego folkloru.

O ile widzę dziesiątki pamiątkowych figurek Welsh woman, o tyle nie spotykam żadnej kobiety w walijskim stroju. - To nie jest sexy. Kto by chciał tak się ubrać? - prozaicznie objaśnia rzecz sprzedawczyni pamiątek. Kobiecy strój regionalny to czarna rozkloszowana suknia do ziemi, koronkowy czepiec, a na nim wielki czarny kapelusz wiązany na kokardę. Przypomina armatnią lufę. Podczas koronacji najlepszego poety festiwalu przekonuję się, że jego uczestnicy o wiele bardziej lubią przebierać się za... druidów.

Wybór króla poezji to obyczaj praktykowany już w średniowieczu, ale "celtyckie" stroje jurorów (połączenie lekarskiego kitla i sułtańskich szat) są fikcją. Współcześni druidzi to efekt mistyfikacji, której ulegli Walijczycy pod wpływem XIX-wiecznego naukowca. Ekscentryk Iolo Morganwg przekonywał, że Walijczycy są jedynymi strażnikami druidycznych tradycji. Jego tezy obalono, ale "nowa świecka tradycja" została.

Kurna chata

Kim naprawdę byli druidzi, nie wiadomo. Wzmianki o nich pochodzą od Juliusza Cezara i Tacyta z czasów rzymskiej inwazji na Wyspy Brytyjskie.

Część historyków uważa, że byli mędrcami, którzy stanowili prawo, część - że szamanami składającymi ofiary z ludzi. Mieli ich grillować w wiklinowych klatkach. Jak mogło wyglądać życie w czasach druidów, dowiesz się w St. Fagans, plenerowym muzeum dokumentującym 2500 lat codziennego życia mieszkańców Walii.

Kuratorzy wznoszą hipotetyczne celtyckie chaty, z których kilka zgniło, a kilka się zawaliło. W jednej z nich przy ognisku rezyduje kustoszka w stroju z epoki. - Dlaczego tu tyle dymu? - dopytuję. - Być może popełniliśmy błąd konstrukcyjny, a może Celtowie faktycznie "wędzili się" w domostwach - odpowiada kustoszka znad wrzeciona.

Do St. Fagans przewieziono i zrekonstruowano, kamień po kamieniu, kilkadziesiąt domów, młynów, zagród, kaplic i warsztatów. Pracują w nich etatowi kowale, cieśle, szewcy i młynarze, z których każdy jest znawcą historii swojego rzemiosła. Chlubą muzeum jest wiernie odtworzona uliczka w górniczym Merthyr. Wzdłuż niej stoją jedno przy drugim robotnicze domostwa z lat 1805, 1855, 1895, 1925, 1955 i ostatnie - z 1985.

Przechodząc od drzwi do drzwi, podróżujemy w czasie: od ciemnej i pozbawionej kanalizacji izby po mieszkanko z centralnym ogrzewaniem i telewizorem. St. Fagans, dokumentujące historię ledwie trzymilionowej nacji, to jeden z najbardziej prężnych skansenów Europy. Obok walijskiej Coast Path znajduje się w dziesiątce turystycznych hitów Wielkiej Brytanii.

To przykład, jak bardzo dzisiejsza Walia oddaliła się od swojego dawnego wizerunku: ponurego górniczego "zaplecza" Wielkiej Brytanii z brzydką, robotniczą architekturą i kiepską kuchnią, wspominanego w kontekście tłumionych przez Margaret Thatcher strajków. Walijczycy otrząsnęli się z postindustrialnego marazmu, postawili na odbudowę tożsamości narodowej, kulturę i ekoturystykę. Gratulacje! Llongyfarchiadau!

Grażyna Saniuk

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje