Przejdź na stronę główną Interia.pl

Moc świętego Bartłomieja

Raphael przyprowadza mi skuter. Dzięki temu szybciej mogę pooglądać plaże - rzecz najważniejszą dla mnie w każdej egzotycznej podróży. To właśnie one najwięcej mówią o mieszkańcach wyspy. Na Saint Barts jest ich szesnaście. Nieskazitelnie czyste, pozbawione dominującej zabudowy, z białym piaskiem i turkusową wodą. Nawet najbardziej oblegana St. Jean nie pozbawia poczucia prywatności. Odnajduję polecaną przez Raphaela Gouverneur Beach. Ta jedna z najbardziej sekretnych plaż na wyspie położona jest u stóp posiadłości rosyjsko-brytyjskiego miliardera Romana Abramowicza.

Reklama

Gdyby nie dyskretne zraszacze podlewające rośliny dookoła czułabym, że jestem w miejscu niezdobytym przez człowieka. Woda o niewyobrażalnym kolorze, kompletna cisza. Wznosząca się na wzgórzu rezydencja prawie całkowicie schowana jest wśród zieleni. Sam Abramowicz podobno bywa tu dość często, zwłaszcza w czasie Nowego Roku, kiedy urządza słynne noworoczne party otwarte praktycznie dla wszystkich. To do niego należy zacumowany tuż przed portem w Gustavii jeden z największych na świecie superjachtów - "Luna".

Saint Barts ze swoimi siedemdziesięcioma restauracjami to mekka kulinarnych snobów i najwybredniejszych smakoszy. Kuchnia kreolska spotyka się tu z francuską w najlepszym wydaniu, ociera się o fusion, włoską i międzynarodową. Najwspanialsze jest oczywiście wszystko to, co wyłowione z morza. Właśnie taki lunch (sałatka z ryby mahi mahi, czyli po polsku - z koryfeny, z ricottą i lekko opieczony stek z tuńczyka) jem w położonej przy plaży Shell Beach restauracji Do Brazil. To jedno z tych miejsc, do których wchodzi się prosto z piasku, boso.


W tym wypadku prosto z muszli, bo Shell Beach to - zgodnie z nazwą - wyrzucone na brzeg tony muszli, które wyglądają tak, jakby ktoś wysypał je tu dla dekoracji. Przede mną leniwie kołysze się kilka katamaranów, w oddali piękny trójmasztowiec. Leżę na wąskim odcinku plaży, za mną masywne skały, popołudniowe słońce wciąż grzeje bardzo mocno. Z jednego z katamaranów odpływa ponton, kierując się w stronę brzegu. Na nim małżeństwo w średnim wieku. Okazuje się, że Patrick i Sherryl przypłynęli tu aż z Południowej Afryki.

Właśnie dobili do St. Barts, a ja jestem pierwszą osobą, którą tu spotykają. Mają mnóstwo organizacyjnych pytań (zakupy, restauracje, tankowanie), pomagam im, jak mogę, wciągamy się w rozmowę. Przeprawa przez Atlantyk 14-metrowym katamaranem to spełnienie marzeń Patricka, który w zeszłym roku zakończył pracę jako szef jednego z największych koncernów naftowych świata. Mentalność i humor afrykanerów okazują się bardzo podobne do europejskich. Odkrywamy, że nadajemy na podobnej fali, więc chętnie przyjmuję zaproszenie na drinka na pokładzie.

A potem... propozycję gościny. Kilka dni niemal w całości spędzam na katamaranie. Dopiero teraz, z pokładu łodzi, dostrzegam prawdziwy charme wyspy, do której - zaznaczmy - wielkie wycieczkowce mają zakaz przybijania. Ostatniego dnia moi nowi gospodarze szykują kolację ze świeżych homarów kupionych o świcie na targu rybnym w Gustavii. Ponieważ katamaran czeka teraz kolejna przeprawa przez Atlantyk, tym razem do Europy, oni też z żalem żegnają Saint Barts. Sherryl nie czuje się jednak gotowa na kolejne przejście przez ocean, więc Patrick szuka kogoś, kto popłynąłby z nim. I tak po kilku pełnych wrażeń dniach dostaję propozycję przepłynięcia Atlantyku. Naprawdę jestem w świecie, w którym wszystko jest możliwe.

Judyta Fibiger
Twój Styl 11/2012

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje