Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Kierunek Brandenburgia. Wszystko płynie

Brandenburgia, dawny enerdowski land, już nie kojarzy się z przemysłem i pokopalnianym krajobrazem, raczej z niecodziennymi atrakcjami turystycznymi i sportami wodnymi. Das blaue Paradies (Błękitny raj) to tysiące jezior i wodniackich tras. Przemierzając kajakiem dolnołużyckie Błota czy odwiedzając Chociebuż, warto poznać słowiańską historię regionu i fantazję XIX-wiecznych bogaczy.

„Kto chce mnie zrozumieć, musi najpierw poznać mój ogród”, mawiał Hermann von Pückler, ekscentryczny arystokrata, zwany Zielonym Księciem, który wierzył, że jego misją jest upiększanie świata.

Reklama

Był zapalonym ogrodnikiem, a park w Branitz miał być rodzajem galerii, w której co rusz podziwiamy kolejny obraz. Książę nie lubił marnować czasu. Jeśli nie realizował planów ogrodniczych, podróżował (zwłaszcza na Bliski Wschód), pisał książki, grał w karty lub romansował. Od dziecka był niesforny.

– Dzisiaj zdiagnozowano by u niego ADHD – stwierdza rzeczowo Marzena Feind, polonistka z Chociebuża (Cottbus), która oprowadza liczne polskie wycieczki. – Był koniec XVIII wieku i rodzice, nie dając sobie rady z siedmiolatkiem, posłali go do szkoły dla trudnej młodzieży. W ramach zajęć terapeutycznych uprawiał działkę – opowiada przewodniczka.

Ogrodolecznictwo wpłynęło na jego życie. Dziedzic fortuny został pionierem architektury krajobrazu i cały rodzinny majątek wydał na urządzenie parku przy rodowej rezydencji Bad Muskau (dzisiejszym Mużakowie). Kiedy zbankrutował, ruszył do Berlina w poszukiwaniu bogatej żony.

Została nią 40-letnia Lucie von Hardenberg. Była partią idealną: nie tylko pozwoliła małżonkowi wydać całe wiano na budowę parku w Bad Muskau, ale również zgodziła się na rozwód z Zielonym Księciem, kiedy i jej fundusze się skończyły. Kibicowała nawet poszukiwaniom nowej żony.

Kiedy te się nie powiodły, książę zamienił rezydencję w Bad Muskau na skromniejszą, w Branitz, gdzie natychmiast zaczął zakładać nowy park, tym razem z piramidami. Jedna z nich miała być miejscem pochówku księcia. Pogrzeb zaplanował zawczasu: jeziorko miało być Styksem, a piramida Hadesem.

Niestety, zapatrzony w faraonów książę nie przewidział, że umrze zimą. „Styks” zamarzł, a grabarze z trudem wykopali w piramidzie grób. Kopce popadły w zapomnienie w czasach NRD.

O ich twórcy przypomniano sobie dopiero po upadku muru berlińskiego: park stał się atrakcją regionu, piramidy – symbolem Brandenburgii.

My, Słowianie

Książę Pückler nie przekształciłby nieużytków w zielone arcydzieło, gdyby nie sąsiedztwo Szprewy, z której doprowadzono wodę. Rozlewisko rzeki to sieć odnóg, wyspy i mokradła. Szprewald (starosłowiańska nazwa to Błota) od X wieku zamieszkują Dolnołużyczanie, najmniejszy naród słowiański.

– Byli wyspiarzami – tłumaczy Jenny Linke, kustoszka skansenu w Lehde. – Ich wioski mieściły się na niewielkich kępach w rozlewisku Szprewy. Przemieszczali się między nimi łodziami. Osady były odcięte od świata, w pierwszej połowie XX wieku wielu Dolnołużyczan w ogóle nie mówiło po niemiecku. Ale to właśnie izolacja ocaliła tę mniejszość etniczną.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje