Przejdź na stronę główną Interia.pl

Europejska miniatura

Tyle tu cesarstwa, ile republiki. Wenecja dożów była obecna przez całe średniowiecze, Austria do końca I wojny światowej. Mieszkańcy to Słowianie o wiedeńskim guście i włoskim temperamencie, a krajobrazy jakby przeniesione ze Szwajcarii. Słowenia – Europa Środkowa w najlepszym wydaniu.

Siwy koń galopem wpada na ujeżdżalnię. Jeździec ubrany w elegancki mundur i wysokie lśniące buty spiął go ostrogami tak, by zwierzę gnało już od wejścia. Wzbijając ciężki kurz, koń przegalopował w poprzek placu, zawrócił, minął się z drugim, a jeźdźcy wymienili pozdrowienia, uchylając nieco w mgnieniu oka gustowne cylindry. W sekundę osadzili konie niemal w miejscu i z gracją zeskoczyli z siodeł na wygrabiony plac.

Reklama

"Panie i panowie. Przed wami najsłynniejsze wierzchowce całej Europy, konie lipickie", padło z głośników, a jeden z głównych bohaterów pokazu jak na komendę wspiął się na zadnie nogi, dostojnie zarżał i potrząsając głową, zaczął bawić się rozrzucaniem siwej grzywy. Nazwa rasy wierzchowca nie mówiła mi wiele, ale oglądający ze mną pokaz fani jazdy konnej byli wniebowzięci.

- Co jest tak niezwykłego w tych koniach? - zapytałem.
- Proszę spojrzeć na stare obrazy wielkich szarż i bitew. Zwykli jeźdźcy, żołnierze, rycerze walczą na grzbietach koni o ciemnej maści: gniadych, karych, kasztanach. A dowódca, król lub sułtan? On zawsze siedzi na naszym koniu! - mówi z dumą przewodnik oprowadzający po stadninie w Lipicy.

Siwe konie, słynne lipitzanery, w tym maleńkim przybytku na terenie dzisiejszej Słowenii hodowano od 1580 roku. Dzięki cierpliwości i dokładności dawnych masztalerzy po wielu krzyżówkach rodzimych wierzchowców z końmi hiszpańskimi i neapolitańskimi w Lipicach udało się wyhodować rasę koni pięknych i mocnych, które rodzą się umaszczone ciemno, a w wieku 6-10 lat przebarwiają się na siwo.

- To nasza duma. Stąd brał konie sam cesarz do Wiednia. Ze Słowenii - podkreśla przewodnik. Rzeczywiście, słynna Szkoła Hiszpańska, ozdoba hippicznego Wiednia, do dziś używa wyłącznie koni lipickich. W czasach, gdy istniał Układ Warszawski, a Polska była częścią RWPG, malutka Słowenia znajdowała się w granicach Jugosławii.

- Nie pasowała tam jednak ani trochę - opowiada Mariusz Biedrzycki, Słoweniec mieszkający w Polsce, urodzony w leżącym nad Adriatykiem Koprze. Tę wspólnotę krajów bałkańskich Słowenia opuściła (razem z Chorwacją) podczas burzliwego rozpadu Jugosławii w 1991 roku. O ile jednak w sąsiedniej Chorwacji secesja skończyła się długą i krwawą wojną, w Słowenii działania militarne trwały tylko dziesięć dni i obyły się praktycznie bez ofiar.

- Słowenia kulturowo nigdy nie była związana ze Słowianami z Południa. Byliśmy zawsze i jesteśmy w orbicie Austrii i północnych Włoch - żywiołowo argumentuje Biedrzycki. Liczne ślady tych wpływów stanowią dziś o wyjątkowym charakterze śródziemnomorskiego państwa, którego clou stanowi melanż przypraw wschodnich i zachodnich. Republika łączy w sobie bowiem habsburski barok - ociekający złoceniami w stołecznej Lublanie - z weneckim gotykiem pełnym ażurowych zdobień, widocznym na wybrzeżu w kościelnych dzwonnicach i pałacach.

Sami Słoweńcy z jednej strony mają we krwi zachowawczą austro-węgierską ostrożność, a z drugiej, gdy krew im się gotuje - górę bierze włoskie szaleństwo i radość życia. Nade wszystko jednak noszą w sobie niespotykaną dumę, na każdym kroku podkreślając wyjątkowość swojej ojczyzny. Nic dziwnego, nagromadzenie w niej atrakcji turystycznych i przyrodniczych oraz ich różnorodność są tak wielkie, że w oficjalnej kampanii reklamującej Słowenię agencje rządowe używają sloganu "Europa w miniaturze".

- A wiesz na przykład, że to właśnie od słoweńskiej wyżyny Kras wzięła się nazwa zjawiska geologicznego, dzięki któremu tworzy się na świecie większość jaskiń? - pyta retorycznie Mariusz i wskazuje kolejny, nieodległy od Lipicy cel na mapie. Jedziemy obejrzeć największy przykład zjawiska krasowego - udostępnione do zwiedzania jaskinie w Postojnej i Škocjanie.

Pierwsza z nich jest tak rozległa, że pod ziemią przemieszczamy się nie piechotą, lecz wagonikami kolejki. Przesuwające się nad głowami ściany i sufity pokryte są delikatną siateczką naciekowej koronki. Powoli rozpuszczany wapień, ściekając, zastyga w formy przypominające ażurowe firany, delikatne nici, nierzeczywiste kolumny i przeczące prawom grawitacji słupy. A wszystko to podświetlone jak w czasie teatralnych pokazów typu "światło i dźwięk".

Jaskinia jest tak rozległa i ma tyle wciąż nieznanych korytarzy, że kiedy w czasie wojny Niemcy urządzili w niej skład paliw, słoweńscy partyzanci znaleźli drogę, by dotrzeć do niego przez labirynt tajemniczych przejść, i puścili go z dymem. Pożar trwał kilka dni, do dziś widać gdzieniegdzie osmalony sufit, a hitlerowcy ponoć m.in. przez brak paliwa do czołgów przegrali wojnę na Bałkanach. Wychodzimy z przyjemnego chłodu na powierzchnię, w śródziemnomorski skwar i znajdujemy się w samym środku gęstego, pachnącego lasu.

Okazuje się, że lasy zajmują prawie połowę powierzchni kraju. To nie wszystko - w Słowenii krajobrazy wyglądają tak, jakby w jednym miejscu zgromadzono to, co najlepsze z każdego europejskiego wariantu ukształtowania terenu. Górskie rzeki spływające do Adriatyku z ośnieżonych nawet latem Alp Julijskich mają po drodze takie spadki, że przyciągają amatorów kajakarstwa górskiego z całej Europy.

Szczyty okalające górskie jeziora Bled i Bohinj, włącznie z najwyższym wierzchołkiem kraju Triglavem, są zimą prawdziwym magnesem dla alpinistów, narciarzy i snowboardzistów, a słynne skocznie w Planicy - dla następców Małysza. Wiosną roi się tam od fanów rowerów górskich i turystów, którzy są często zaskoczeni, że w takim małym kraju leżą takie wielkie góry!

Wycieczka na dach alpejskiego pasma zaczyna się w dolinach, gdzie wciąż niemal niezmienione leżą tysiącletnie miejscowości, i nawet latem trwa dwa, trzy dni. Po drodze nocuje się w pełnych niezwykłego klimatu górskich schroniskach. Największą jednak sławę wśród amatorów sportu przyniosły Słowenii kilkusetmetrowe pomarańczowe wapienne ściany wiszące nad mikroskopijną wsią Osp. W tej okolicy, leżącej zaledwie pół godziny od Adriatyku, każdej wiosny i jesieni można spotkać mistrzów świata we wspinaczce sportowej, wyginających się na skalnych drogach należących do najtrudniejszych na Starym Kontynencie.

- Pamiętam pewnego Japończyka spotkanego w USA. Nie wiedział, gdzie leży Polska ani Czechy, ale dokładnie wiedział, że w Słowenii jest Osp i jak do niego dojechać z lotniska - opowiada ze śmiechem Biedrzycki, sam również wspinacz i częsty bywalec w Ospie. Kiedy myślałem już, że o Słowenii opowiedział mi wszystko, Mariusz zaskoczył mnie pytaniem: - A wiesz, że tu mieszkają smoki? I zabrał mnie do Lublany, stolicy, której symbolem jest właśnie wielki zielony smok!

Według legendy miasto założył Jazon i Argonauci, którzy po kradzieży złotego runa musieli uciekać z Kolchidy i swoim statkiem Argo, wprost ze stron greckiego eposu, wpłynęli przez Morze Czarne Dunajem do rzeki Lublanicy. Na jej brzegach Jazon musiał stoczyć walkę o swoje nowe miejsce na ziemi z przerażającą bestią, ziejącym ogniem smokiem. Co też uczynił, a pokonany smok trafił wprost na herb miasta.

Ten smok z herbowej tarczy nie jest jednak najsłynniejszy w Lublanie, lecz aż cztery żelazne przerażające gady, które z obu stron pilnują małego secesyjnego mostu na rzece, mostu Smoczego (zwanego także "mostem teściowej"). Wyglądają, jakby się zastanawiały, kogo by tu pożreć, jednak według miejskich opowieści czekają - a i owszem - na dziewicę, lecz w celach nie tyle konsumpcyjnych, co komunikacyjnych. Pojawienie się takowej mają obwieścić machaniem ogonami i głośnym rykiem.

Miasto jest piękne i rozrywkowe, a chętnych do ascezy w mocno zlaicyzowanym społeczeństwie słoweńskim nie widać. Wzdłuż wijącej się przez miasto rzeki układają się na przemian kluby, kawiarnie i restauracje - pływające lub nabrzeżne - zaludniane w równym stopniu przez turystów, co mieszkańców Lublany.

- My, Słoweńcy, celebrujemy drobne przyjemności. Lubimy wychodzić i jak wszyscy Południowcy spędzać czas przy dobrym jedzeniu - mówi Tomaž Šalamun, słoweński poeta (wymieniany czasem jako kandydat do Nobla), gdy siadamy na lunch w jednej z lublańskich restauracji. W menu Apfelstrudel i ravioli, ale w otaczającej nas architekturze brak wpływów włoskich, wyłącznie cesarsko-królewski barok. Nic dziwnego, Lublana powstawała dzięki Celtom, Rzymianom i Słowianom, ale od XIV wieku do końca I wojny światowej była pod panowaniem Austrii i Austro-Węgier.

Centrum miasta jest uporządkowane i wypudrowane niczym wiedeńska opera, kościoły odnowione i pełne dekoracji, a na wzgórzu nad miastem góruje cesarska warownia. Widać dostatek. Jest on zresztą udziałem całej Słowenii - pośród dziesiątki krajów (w tym Polski), które weszły do Unii Europejskiej w 2004 roku, Słowenia może się pochwalić najwyższym dochodem na głowę.

Wyjeżdżamy z Lublany i wieczór spędzamy nad morzem, w odległym od stolicy o godzinę drogi Koprze, patrząc na łagodnie tonące w Adriatyku słońce. Pół godziny na południe zajmuje dotarcie do kopiowanego z weneckich wzorców architektonicznych miasta Piran i dyżurnego kurortu czasów socjalizmu Portoroża ze słynnym festiwalem filmowym. Patrząc w drugą stronę, na północ, niewiele dalej leży włoski Triest.

- A wiesz, że Słowenia to jedyny kraj na świecie, gdzie wzniesienie toastu jest gestem patriotycznym? - pyta Mariusz. I szybko tłumaczy, widząc moje szeroko otwarte oczy: - Nasz hymn państwowy to wiersz Zdravljica, co znaczy... toast. A zatem: na zdrowie!

Marcin Jamkowski
Twój Styl 05/2013

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje