Przejdź na stronę główną Interia.pl

Dżalalabad: Życie toczy się na bazarze

Handlarka przyprawami z Kirgistanu /123RF/PICSEL

Dżalalabad... Dżalal to miejsce wśród suchej ziemi; zmęczone, spragnione. By dotrzeć do tego miasta z Biszkeku, potrzeba całej nocy lub dnia wspinania się autem na białe łańcuchy Tien-szanu i zjazdów w zielone, kwitnące doliny... tak kilkakrotnie, ku mroźnym niebiosom i pięknej ziemi. Mówią o Dżalal "wyschnięte usta żyznej Fergany".

Reklama


Przeczytaj fragment książki Przemysława Chwały "Obłoki Fergany":

Dżalalabad to skromne, brudne uliczki, wzdłuż których wyrasta niska zabudowa. Okolica miasta słynie z uzdrowiska. Według podań swoje zdrowie ratował tu sam Aleksander Macedoński, zapadłszy podczas jednej z swych dalekich wypraw na chorobę płuc. Miał też zabrać stąd orzechy, które życzliwie przyjęte przez śródziemnomorską ziemię nazywamy dziś włoskimi.

Reklama

Dżalalabad - miasto pośród wzgórz, cmentarzy, obrośnięte orzechami. Tu o zmarłym żartobliwie mówi się, że "poszedł na orzechy". Codzienność jest jednostajna, ale nie nudna. Muzułmańskie kobiety pokornie oddają się swoim sprawunkom, chrześcijanie jednoczą w chramach na rozmowach i obrzędach, a młodzież - szuka odskoczni gdzie tylko może.

Południe Kirgizji uchodzi za bardziej konserwatywne i podzielone. Jest przeciwwagą Północy - świata dość laickiego, pomieszanego, żyjącego rosyjską pop-kulturą i na modłę europejską. Biedne Południe chce, by o nim też pamiętano, kreuje więc swoich liderów, wznieca co rusz rewolucje i bunty. Ma swą stolicę. Zrujnowane po niedawnej rebelii miasto Osz - tylko tyle słyszy się w Biszkeku. Właśnie w Oszu i Dżalalabadzie wiosną 2010 roku wybuchły największe zamieszki, które przerodziły się w pogrom Uzbeków i rozlały falą rewolucji na cały Kirgistan.

Napięta od dłuższego czasu sytuacja między Uzbekami i Kirgizami eksplodowała pewnego wieczoru, gdy po Dżalalabadzie rozniosła się plotka o brutalnym gwałcie dokonanym przez tych pierwszych na kirgiskiej nastolatce. Jednym z nielicznych Uzbeków, którzy po fali pogromów pozostali w mieście, jest przeszło 80-letni Kadyrżan Ibrahimow.

Nie ma dnia bez Kadyrżana

- Salam Alejkum! - słyszę donośny okrzyk dobywający się z zachrypniętego gardła. Mija pora śniadania, nadchodzi leniwe południe. Staruszek przysiada się, wita mnie ciepło i bez ceregieli przechodzi do naukowych wywodów. Kadyrżan często gości w murach salezjańskiej misji. Od czasu, gdy zdobył we mnie wiernego słuchacza, przychodzi w zasadzie codziennie. Dwóch braci uśmiecha się ciepło, podszeptując "trafił uczony na uczonego, masz wreszcie odpowiedniego rozmówcę".

Od pierwszej dyskusji, którą toczyliśmy nazajutrz po moim przyjeździe, nie było już w Dżalalabadzie dnia bez Kadyrżana, niezależnie od tego, czy chciałem go jeszcze o coś wypytać, czy też za wszelką cenę unikać w imię spokoju albo realizacji własnych zamiarów. Staruszek właściwie nie znikał na dłużej. W paru momentach przesytu Kadyrżanowym towarzystwem miałem wrażenie, że patrzę na własny, garbaty i ciut niedołężny już cień. Pożegnania również nie należały do łatwych. Najczęściej łączyły się z ceremonialnym namawianiem do jeszcze jednej czarki herbaty i prośbą o wysłuchanie kolejnej historii.

Bardzo ceniłem sobie rozmowy z Ibrahimowem, nawet mimo tych czasem przesadnych prób zatrzymywania mnie. W okolicy cieszył się dużym szacunkiem. Ludzie mijani w trakcie spacerów często kłaniali mu się nisko, szczerze wymieniając z nim uprzejmości. Patrząc nieraz na tę obopólną sympatię okazywaną na ulicy, trudno było mi uwierzyć w to, co zaszło tu ledwie przed rokiem. O napięciach i rozlanej krwi przypominały jeszcze niekiedy głupie wybryki kirgiskich młodzieniaszków, którzy z zapamiętaniem obrzucali dom staruszka śliwkami... - bo Uzbek.

Siedzimy tak z Kadyrżanem przy chłodnym czaju, gdy już uporaliśmy się z przerzuceniem bujnej winorośli na drugą część dachu albo zakończyliśmy spacer po pachnącym i kolorowym bazarze. On snuje swoją opowieść o historii miasta. O krajach, swoim, moim, i o świecie.

- Jesteś etnografem... Nas podzielili właśnie etnografowie. Dawniej to była po prostu Fergana, choć i owszem, różniliśmy się. Uzbecy mieszkali w domach, Kirgizi więcej koczowali. My uprawialiśmy ziemię, oni hodowali albo polowali. Zawsze wszystko dało się wymienić - wspomina z nostalgią opowieści rodziców. - Nikt się nie zastanawiał, kim jest, wystarczyło wiedzieć, jak się żyje. Związek Radziecki... Gdy przywoływał tę nazwę, zawsze się zamyślał, spokojnie sięgał po łyczek herbaty, jakby coś więzło mu w gardle, jakby nie mógł dobrać odpowiednich słów dla wyrażenia tego, o czym myśli.

- Trudno jest oceniać Związek Radziecki. Pierwszy pociąg z Taszkientu przyjechał tu jeszcze przed rewolucją. Pewne jest to, że podzielili nas radzieccy uczeni. Wmówili ludziom "ty jesteś Kirgizem, a ty Uzbekiem. Tu jest Kirgistan, tu Uzbekistan, a tędy przebiega granica".

Spór o żyzną ziemię

Podzielona Fergana (Kotlina Fergańska) szybko stała się terenem spornym. Do zatargów dochodziło już w czasach komunizmu. Prowokowali je zazwyczaj na siłę ucywilizowani i rozpici Kirgizi. Wraz z niepodległością, w roku 1991 przyszedł czas zdecydowanie większych napięć. Młode, wolne republiki Kirgistanu i Uzbekistanu często podsycały spór o żyzną ziemię, kwestionując podział terytoriów i przebieg granicy. Dochodziło wręcz do małych wojen o pole bawełny, przesunięte na nowej mapie bardziej w którąś ze stron, inaczej niż chcieliby pokrzywdzeni. Nie było najmniejszych szans na kompromis i satysfakcję obu podmiotów sporu.

Kadyrżan spytany o to, co tak naprawdę się komu należy odparł, że "Nawet Mahomet sprawiedliwie by nie podzielił, tylko załamał ręce". Ale podzielono. Po kirgiskiej stronie kotliny znalazły się dziesiątki tysięcy Uzbeków. Stanowiący od wieków niemal połowę mieszkańców wschodniej części Fergany, a w niektórych rejonach nawet zdecydowaną większość, Uzbecy nagle stali się mniejszością w obrębie większego, niepodległego organizmu. Mniejszością, a z czasem także obiektem ataków ze strony Kirgizów, którzy rozładowywali w ten sposób nagromadzone emocje sfrustrowanego, wciąż biedniejącego kirgiskiego społeczeństwa.

- W Dżalalabadzie i Osz upadły wszystkie zakłady - ciągnie dalej Kadyrżan. - Nasza cegielnia, ta przy cmentarzu, zatrudniała stu mężczyzn. W dziewięćdziesiątym pierwszym roku został tylko dyrektor i dwóch stróżów. - Wskazuje ręką hen nad domami, gdzie mieści się zrujnowana hala otoczona kawałkami ceglanego gruzu. Teraz to miejsce schadzek młodzieży albo pijackich libacji... Pomyśl, z zakładu produkującego budulec nie został kamień na kamieniu.

To może śmieszne, ale wyobraź sobie, że sytuacja była dramatyczna. Z czasem podejrzenie o spiski, knucie i inne sprawy, których skutkiem jest coraz większa bieda, padło na nas. W jednym z popularnych żartów, często powtarzanych w Dżalalabadzie, na pytanie czemu w Kotlinie Fergańskiej nie ma Żydów, pada odpowiedź: "Bo są Uzbecy".

Szeptano, że gromadzimy majątki i bogacimy się poza państwowym systemem. Z początku tylko szemrano. Gdy rubla zastąpił som i w ciągu miesiąca wszystko poleciało na łeb, szmer przeszedł w krzyk. Uzbecy jakoś sobie radzili. Od zawsze handlowaliśmy, oszczędzaliśmy, pomagaliśmy sobie nawzajem. Kirgizi potrafili skutecznie hodować, polować. Kiedy przestali się tym zajmować, umieli już tylko brać. Gdy wciąż bierzesz i tylko dostajesz, a ręka, która wiecznie cię karmi, nagle okazuje się pusta, musisz czuć się oszukany we własnej naiwności. Staram się to zrozumieć, lecz nigdy nie zrobiłbym tego co oni.

Mówiąc o pustej ręce, znów się zamyślił i łyknął czaju, wyraźnie starał się omijać drażliwe słowa: związkowe, komunistyczne, sowieckie. Uśmiechnął się tylko, uświadomiwszy sobie, że znów wpadł w tę niezręczność.

- I tak zaczęło się już na dobre. Wyzwiska, pobicia, pogromy. Zawsze będę starał się to zrozumieć, ale nigdy nie znajdę usprawiedliwienia. Zostałem tu sam z małżonką. Sąsiedzi wyjechali. Dzieci wyjechały. Dla nas jest już za późno...

Nasze rozmowy nieraz wracały do tamtych wydarzeń. Wymieniliśmy tak wiele słów o rzeczach, które bolały nas mniej i bolały bardziej. Najgorszą traumą dla niego, a pierwszą dla mnie, stały się wydarzenia z wiosny 2010 roku i kto wie, czy nie zabraknie mu już starczych lat, by jakoś to w sobie uciszyć.

* * *



Ruszamy na bazar. Jest piękny rześki poranek i jeszcze można swobodnie oddychać, nim południowe słońce rozżarzy powietrze i podniesie z rowów zapach uśpionej tam zgnilizny. Małżonka Kadyrżana chowa wózek ze słodyczami (dorabia, piekąc i sprzedając słodkości miejscowym dzieciakom), zamyka drzwi i ruchem ręki wskazuje nas kierowcy czerwonej łady, taksówki. - Dziś wypijemy herbatę z moim kolegą. Jest w książce na stronie dziewiątej.

Kadyrżan podarował mi trzy książki. Pierwsza, wprost fantastyczna, opowiada o genezie ludów Euroazji. W świetle rozważań autora, mieszkańcy Azji i Środkowo-Wschodniej Europy wywodzą się od Salomona (wnuka Mahometa). Salomon jest wypełnieniem proroctwa, pomysłodawcą architektury medres i biologicznym protoplastą - moim, Kadyrżana i wszystkich ludzi zamieszkujących tereny na zachód od Osz, aż po Bug albo Ren (Kadyrżan sam nie jest pewny linii krańcowej). Druga pozycja - niestety również w języku uzbeckim, co zmusza do pytania autora o treść, to historia kontaktów handlowych fergańskich Uzbeków z Chinami, Kirgizją i Tadżykami.

Mówiąc o przyjacielu i stronie dziewiątej, Kadyrżan na myśli miał swoje trzecie dzieło. (...).

Bazar jest pełen zapachów i gwaru. Handlarze targują się, pokrzykując głośno, klienci przebierają w towarze, czuwając przy tym, by nie potrącił ich żaden z rozpędzonych wózków. Szczególnie w popołudniowych godzinach łatwo tu zostać poobijanym przez któregoś z mobilnych kupców. Bywa, że handlarze w pośpiechu, niemal w biegu, rozliczają się wzajemnie w towarze. Zdarzają się też pilne dostawy, ucieczki przed policyjną kontrolą lub błyskawiczne zawieszanie "interesu" na czas modlitwy. Rwetes i dynamiczne tempo wydarzeń, jakich można tu nieraz być świadkiem, mogłyby bez kompleksów konkurować z dzikim ruchem w godzinach szczytu na niejednej moskiewskiej ulicy.

Czasy wesołe, choć trudne

Starszy mężczyzna, na oko rówieśnik Kadyrżana, zauważył nas i energicznie wstaje z małego taborecika ustawionego nieco na uboczu. Wita się z nami serdecznie, potrząsając dłoń każdego. Na ławie kipi samowar... Jeszcze tylko rozlejemy czaj do czaszek (ros. filiżanka, także czarka- red.). i siądziemy wygodnie, jakby na spokojnej wyspie wśród rozkrzyczanego i rozbieganego tłumu.

- No pokaż wreszcie tę książkę - Orif szybko przechodzi do rzeczy, a uśmiech nie znika mu z twarzy.

- Jesteś na stronie dziewiątej - mówi pogodnie Kadyrżan, wyciągając swoje dzieło ze starej aktówki.

- Więc rozmawiałeś ze mną jako dziewiątym czy tylko dziewięcioro jeszcze nas żyje? - dopytuje i śmieje się serdecznie Orif, a Kadyrżan uśmiech odwzajemnia.

- I co to za zdjęcie, to już nie mogłeś podłożyć któregoś z wojska, w mundurze chociaż...

Południe mija leniwie przy sympatycznej rozmowie. Orif i Kadyrżan wspominają przechadzki do lasu, gdzie polscy żołnierze ćwiczyli strzelanie - jaką gratką dla dzieciaków było zbierać łuski po prawdziwej broni. Nieraz udało im się podejrzeć ćwiczenia. Zrywali się po to specjalnie ze szkoły. Mówią o tamtych czasach, że były wesołe, choć trudne. Nie wiem, która to już czaszka herbaty.

Herbatka po kirgisku

Pije się ją tu przy wielu okazjach. I bez okazji także. To bezsprzecznie ulubiony napój Kirgizów. Na co dzień i od święta. Nie może jej zabraknąć na stole ani na dastorkonie (obrus rozkładany na podłodze), przy którym podejmuje się gości. W bloku z wielkiej płyty i w pasterskiej jurcie. Czaj musi być! Najczęściej w porcelanowych czarkach, przypominających niewielkie miseczki, ale bywa spożywany także w filiżankach, kubkach czy szklankach. Do tego zwykle herbatniki, lepioszki, suszone owoce, miód, konfitury. Nad kolorowo zdobionymi czarkami snuje się herbaciany aromat, a czujni gospodarze skwapliwie dolewają napoju...

Picie czaju to kirgiski rytuał, który nie znosi pośpiechu. Nad herbatką (i kumysem) często toczą się długie Kirgizów rozmowy. W przeciwieństwie do Brytyjczyków, którzy swoją świętą herbacianą godzinę celebrują raz na dzień (five o’clock), Kirgizi piją czaj o każdej porze. Miałem okazję wielokrotnie się o tym przekonać, goszcząc w ich domach czy racząc się z nimi kirgiską herbatką w plenerze.

Gdy zapraszają cię na herbatę, nie możesz odmówić. Zlekceważyłbyś w ten sposób ich gościnność. A skoro zapraszają, znaczy, że otwierają przed tobą serca. Że są gościnni, już wiesz. Reszty dowiesz się, popijając kolejne czarki złocistego płynu, bo są spontaniczni i bezpośredni w rozmowie. Choćbyś był zaprzysięgłym kawoszem, napij się z nimi czaju.

Fragment książki Przemysława Chwały "Obłoki Fergany". Wydawnictwo Muza. Premiera: 26 kwietnia 2017.

Gdy Przemysław Chwała po raz pierwszy dotarł do Kirgistanu w 2009 roku, nie  spodziewał się, że ten skrawek ziemi stanie się jego drugim domem. Kolejne lata wypełniały wyprawy, niekiedy półroczne, do Kazachstanu, Kirgistanu i Uzbekistanu, podczas których poznał ludzi o najróżniejszych doświadczeniach życiowych. Rozmawiał z przechodniami, studentami, bezdomnymi (tymi z wyboru, ale i z przymusu) oraz przedstawicielami władzy. Dzięki spotkaniom powstał niepowtarzalny kolaż przeżyć osobistych i narodowych.

Śródtytuły i skróty pochodzą od redakcji.


Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje