Przejdź na stronę główną Interia.pl

Cygańska ballada

Kadyks, najdalej na południe wysunięta prowincja Hiszpanii, to esencja Andaluzji. Stąd wywodzą się sławne andaluzyjskie konie, sherry i szorstkie cygańskie flamenco. Jeśli gdziekolwiek w Hiszpanii szukać el duende, opisywanego przez Federica Garcíę Lorcę ulotnego i wywołującego uniesienia „ducha ziemi”, to właśnie tu.

"Kiedy Bóg tworzył konia, wezwał południowy wiatr i tchnął w jego garść boski oddech, mówiąc: - Zrobię z ciebie zwierzę, które przyniesie honor rodzinie i upokorzy nieprzyjaciół. Powstały z wiatru koń był w kolorze sinego morza. - Będziesz miał dar lotu bez skrzydeł, a twój pan będzie ci przyjacielem - powiedział do zwierzęcia Bóg" - tak  w VII wieku opisywał narodziny konia kalif  i poeta Ali ibn Abi Talib.

Reklama

Choć to legenda arabska, gospodarze stadniny koni La Yeguada de la Cartuja w prowincji Kadyks są przekonani, że trafnie opisuje naturę koni andaluzyjskich.

- Są cierpliwe, przyjacielskie i przywiązują się do człowieka - chwali je Patricia Sibajas, przewodnik po legendarnej państwowej stadninie. W każdą sobotę można ją zwiedzić, przy okazji poznając historię zakonu kartuzów (cartuja), pierwszych hodowców tej pięknej rasy koni. - Andaluzy kupowano ze względu  na urodę i łagodny temperament - wyjaśnia Patricia. - W porównaniu z płochliwymi arabami mają stalowe nerwy. Znakomicie nadawały się do korridy. Ich ruchy są  tak miękkie, że jeździ się na nich jak na fotelu. Rodzą się brązowe, z czasem szarzeją,  a na starość siwieją, jak ludzie - wyjaśnia przewodniczka, demonstrując porodówkę. Zaglądamy do laboratorium in vitro  i na wyposażony w ogromny aparat rentgenowski hippiczny OIOM.

Tu trafiają konie po wypadkach. Clou wizyty jest jednak show  na maneżu: ujeżdżanie, jazda bryczką i cobras, czyli pokaz tańca w wykonaniu jednego jeźdźca  i dwóch rzędów klaczek. Nic tak nie rozkochuje widzów w andaluzach jak widok wpadającego  z tętentem stada źrebiąt, które radośnie brykają przy akompaniamencie flamenco. Publiczność jest wzruszona, a organizatorzy zapraszają  na pożegnalny kieliszek sherry.  - Nie zapomnijcie napisać, że sprzedajemy  też konie - przypomina z uśmiechem  Patricia Sibajas.

Od kremówki do czynszówki

Andaluzja ma nie tylko świetnych hodowców,  ale i siodlarzy. Rodzina Dorantes z niepozornej rolniczej miejscowości Lebrija wykonuje  i naprawia uprzęże używane przez najbardziej wymagających jeźdźców, w tym brytyjską rodzinę królewską. Każdy ich fragment szyty jest ręcznie, rocznie powstaje jedynie dziesięć kompletów. Najwcześniejszy termin realizacji zamówienia? Koniec roku 2018. Rzemieślników można podpatrzyć przy pracy, bo siodlarnia Dorantes jest jedną z atrakcji debiutującego  w Lebriji szlaku tradycji i ginących zawodów. Ma rozruszać miasto turystycznie. Kolejnym przystankiem jest piekarnia u Rosario. Właścicielka, zażywna starsza pani, nigdy nie miała klientów z Polski.

Zna za to przepis  na kremówki papieskie. O pieczeniu ciast  i ciasteczek może rozprawiać godzinami.  I robi to często, bo miejscowi od rana wpadają po chleb i na ploteczki. Tu wciąż piecze się  w tradycyjnym, opalanym drewnem oliwnym piecu. Rosario najlepiej wychodzą kilogramowe bochenki zwane telera. Drugą jej specjalnością są słodkości. Sąsiadki często zostawiają jej do wypieczenia własne ciasto. Wspólne wypieki to obyczaj z czasów, kiedy mężczyźni wychodzili rano do pracy w polu, a kobiety gotowały  we wspólnych kuchniach ciasnych czynszówek. Jakie panowały w nich warunki, można  się przekonać przy ulicy Fontanilla, gdzie zachował się dwupiętrowy bielony dom  z otwartym dziedzińcem. - Dziś mieszkają  tu tylko dwie rodziny - tłumaczy właścicielka, Anna Catalina - ale kiedyś było ich dziesięć  i każda miała około dziesięciorga dzieci. 

Cała rodzina mieszkała w jednym pokoju. Czasem tylko z jednym łóżkiem. Gotowało się dla wszystkich we wspólnej kuchni.  Nie było miejsca na indywidualizm. Obowiązywała solidarność: jeśli ktoś wrócił  do domu z workiem pomidorów, dzielił się  z resztą. Sercem domu - kontynuuje gospodyni - było zacienione patio z drzewem cytrynowym. Pod nim zbierali się ludzie po pracy, żeby  w tańcu i śpiewie wyrzucić z siebie cały żal  do świata. Była to forma sąsiedzkiej terapii.  Tak narodziło się flamenco. Teksty pisało samo życie, wenę wspomagała lokalna sherry.

Na zdrowie

"Jeśli penicylina potrafi leczyć chorych,  to hiszpańska sherry przywraca życie umarłym", miał powiedzieć Alexander Fleming, odkrywca antybiotyków. Skąd to skojarzenie? Nie byłoby ani penicyliny, ani sherry, gdyby nie... pleśń. Słynne wino z okolic miasta Jerez dojrzewa  w beczkach pod warstwą drożdży zwaną "flor". Proces ten znali już Fenicjanie. Wzmacnianie win alkoholem wprowadzili Maurowie.  Trunek spopularyzowali Brytyjczycy (sherry  to zanglicyzowany jerez). Byli głównymi importerami wina i pili je na Wyspach galonami. Choć sherry kojarzy się ze "starą dobrą Anglią", powstaje wyłącznie w Andaluzji, pomiędzy Jerez de la Frontera, El Puerto de Santa María oraz Sanlúcar de Barrameda.

Dlaczego tylko tu, możemy się przekonać, odwiedzając jeden z bodeg, czyli składów dębowych beczek,  w których dojrzewa wino. W zabytkowej Mezquita (meczet), należącej do 300-letniej bodegi Fundador, pod okiem przewodnika turyści śledzą (próbując zrozumieć) solera  - proces produkcji trunku. Większość gubi się przy opisie kolejnych etapów dojrzewania  i przelewania. Degustacja pomaga każdemu odnaleźć ulubioną sherry. Fino (wytworne), najbardziej wytrawna i najjaśniejsza  ze wszystkich odmian, zostawia migdałowy posmak. Oloroso (wonne), wino ciemniejsze, bogatsze w smaku, pachnie orzechami włoskimi.

Słodkie cream sherry jest karmelkowe. Był czas, kiedy andaluzyjskie wino w Wielkiej Brytanii - tam gdzie miało najwięcej miłośników - na kilka dekad wyszło z mody.  Ale historia lubi się powtarzać i trunek, kojarzony z aperitifem angielskich emerytek, wrócił do łask. W wersji wytrawnej stanowi nowo odkryty składnik hipsterskich drinków  w barach Nowego Jorku i Londynu. Wraz  z modą na kuchnię hiszpańską i tapas przyszła również moda na poznawanie sherry "u źródeł".

Szorstogłosa


Scena tawerny El Pasaje w Jerez ma ledwie trzy na dwa metry powierzchni. Czworo artystów to już tłum. Do podestu przylegają stoliki, więc wystarczy jeden źle wymierzony krok, by artysta wpadł w przystawki. Jednak to nie metraż decyduje o muzycznej wielkości sceny flamenco. El Pasaje jest kultowym tabanco, czyli tawerną, do której przychodzi się na sherry z beczki (liczbę wypitych kieliszków zapisuje się kredą na ladzie) i spontaniczne sesje flamenco. Jerez to kolebka stylu bulería, żywiołowych cygańskich improwizacji. Dziś występuje mistrzyni stylu, Gema "La Cantarota".

"Szorstkogłosa" uwodzi cygańską urodą i imponuje umiejętnością stepowania w butach na 20-centymetrowych koturnach. W wokalistkę wpatrzeni są nie tylko widzowie, ale i muzycy. To ona nadaje ton zarówno gitarzyście,  jak i dwóm palmeros, czyli klaskaczom wybijającym najtrudniejsze metrum flamenco liczone na 12. Gitara jest tylko dodatkiem  do zachrypniętego głosu artystki.

Momentami jej głęboki śpiew przechodzi w zawodzenie. Im intensywniejsze emocje na scenie, tym głośniejsze są jaleos, radosne pokrzykiwania, dodające wokalistce animuszu.  Na widowni, oprócz turystów sączących amontillado i fino, mnóstwo leciwych bywalców, którzy po koncercie często robią improwizowaną dokrętkę. Z dolewką sherry.

Duch Ziemi

O ile w Jerez zobaczymy flamenco swojskie i ludyczne, o tyle w Sewilli - jego wersję eksportową. O tym, jak cygańskie rodzinne przyśpiewki z przytupami przerodziły się  w wielowątkową sztukę, opowiada Muzeum Tańca Flamenco (Museo del Baile Flamenco). Założyła je najsłynniejsza hiszpańska tancerka, dziś 71-letnia Cristina Hoyos. Za jej życia taniec się zglobalizował dzięki filmom Carlosa Saury, muzyce Paca de Lucii i projektantom mody. Seksapilowi andaluzyjskich falban ulegli Cristóbal Balenciaga, Roberto Cavalli i Christian Dior. Muzeum tętni muzyką i nie sposób nie dać się ponieść, kiedy na wielkim ekranie tancerze demonstrują poszczególne style flamenco. W rytmie farruca, męskiego stylu tańca, z dużą ilością energicznego stepowania (zapateo), zaczynamy stukać obcasami, a przy żywiołowym bulería ręce klaszczą same. Radosne alegrías wprawiają w ruch całe ciało. Na drugim biegunie emocji są sewilskie soleas i sigerias. 

Te pierwsze opowiadają o melancholii  i samotności, drugie to całkowite zanurzenie  w odmętach smutku. Wykonawcy tego stylu nigdy się nie uśmiechają. Czy łatwo postawić pierwsze kroki we flamenco? Nic prostszego, jak przekonać się podczas muzealnej lekcji tańca. Początkujący zaczynają od tangos  (styl miłosny) w prostym rytmie na cztery.  Un, dos, tres, cuatro, torrero! Wyprostowana niczym generał instruktorka narzuca wojskowy dryl. Flamenco to tak naprawdę taniec multikulti.

Ruchy ramion, dłoni i palców wywodzą się z Indii, ruchy bioder zapożyczono z tańca bolero, stepowanie wprowadzili Cyganie.  W porównaniu z precyzyjnymi pociągnięciami rąk instruktorki wymachy początkujących to chaotyczny breakdance. To wymagający taniec. Mimo to liczba chętnych przybywających  do stolicy Andaluzji, by uczyć się tańczyć, sukcesywnie rośnie. 75 procent uczniów  w Sewilli to cudzoziemcy, a najbardziej "wkręceni" są Japończycy. Co takiego tkwi  we flamenco? Federico García Lorca, ostatni wielki hiszpański bard, uważał, że to el duende, "duch ziemi", tajemnicza siła, którą wszyscy odczuwamy, a której żaden filozof nie umie wytłumaczyć. W Andaluzji el duende jest  na wyciągnięcie ręki.

Grażyna Saniuk

Twój Styl 05/2017

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje