Przejdź na stronę główną Interia.pl

Brema: Z bajki do bajki

Brema mistrzowsko łączy średniowieczne centrum z nowoczesnymi dzielnicami, wykorzystuje potencjał rzeki i parków /123RF/PICSEL

- Tylko błagam, proszę się nie rozczarować, oni nie są tacy duzi, jak się wydaje - pani z Hotel zur Post wyglądała, jakby już setki razy pocieszała turystów rozczarowanych wielkością... muzykantów z Bremy. Uspokajam: pomnik osła, psa, kota i koguta ze słynnej baśni jest wystarczająco duży, żeby zrobić sobie przy nim zdjęcie i złapać osiołka za pęciny - na szczęście oczywiście. Ale w Bremie jest znacznie więcej do zobaczenia. I często można poczuć się, jak w bajce.

Reklama

Położona na północy Niemiec Brema jest jednym z tych miast, które mistrzowsko łączą swoje historyczne centra z nowoczesnymi dzielnicami, wykorzystują potencjał przepływającej przez nie rzeki i pielęgnują wielkie, spokojne i niesamowicie zielone parki. Tutaj każdy dobrze się czuje: od studentów uczących się na uniwersytecie, przez turystów z całego świata, multikulturowych mieszkańców, po niemieckich emerytów, którzy wykorzystują wreszcie w pełni swój czas i możliwości podróżowania. To jedno z tych niesamowitych miejsc, które za dnia zachwyca majestatem, a nocą wciąga w zabawę.

Nie tylko muzykanci

W słynnej baśni braci Grimm pewnego dnia spotkały się cztery zwierzęta. Osioł uciekł z gospodarstwa, bo był już za stary na pracę w polu, więc właściciel chciał go oddać. Pies myśliwski stracił węch ze starości - pan chciał go zastrzelić. Kot nie chciał łapać myszy - właścicielka postanowiła go utopić. A kogut miał perspektywę bycia zjedzonym. Traf chciał, że wszystkie uciekły tego samego dnia. Ale tylko osioł miał plan: chciał się utrzymywać z muzykowania na ulicach Bremy. Po drodze do tego miasta, spotkając kolejnych towarzyszy, namawiał ich do tego samego.

Reklama

Kiedy zwierzęta natknęły się na chatę, w której mogłyby odpocząć, okazało się, że biesiadowali w niej zbóje. Postanowiły ich wystraszyć udając ducha - ustawiły się sobie na grzbietach - od największego do najmniejszego i zaprezentowali im swoją dziką muzykę. Draby tak się przelękły, że uciekły, a niedoszli muzykanci mogli dokończyć za nich ucztę. Zbóje próbowali jeszcze wracać do chałupy, ale wysłany przez nich na zwiady kompan wrócił podrapany przez kota, pogryziony przez psa, skopany przez osła i przestraszony przeraźliwym pianiem koguta. W efekcie był przekonany, że napadła go straszna wiedźma. Wziął nogi za pas i tyle go widzieli...

Te podstępne zwierzątka są najbardziej rozpoznawalnym symbolem Bremy. Można je tu kupić na każdym kroku i w każdej postaci. Założę się, że 90 proc. turystów przybywających do tego miasta zadaje dokładnie takie samo pytanie jak ja: "Przepraszam, jak dojść do muzykantów?". Nawet jeśli zgodnie ze zmartwieniem pani recepcjonistki poczują się rozczarowani wielkością postawionego tu w latach 50. pomnika, z pewnością spodoba im się to, co zobaczą w okolicy.

Nie zapomnij złapać osiołka - to ważne - za obie pęciny. Tak zapewnisz sobie szczęście. Uwaga! Złapanie za jedną nie działa szczęściopędnie, a wręcz może przynieść poważne kłopoty. Bo gdy złapiesz tylko jedną, druga pozostanie wolna. Bremeńczycy przestrzegają, że wtedy jeden osioł (wyłap metaforę) może podać rękę drugiemu i obaj mogą sprzysiąc się przeciwko tobie.

Jak burmistrz z biskupem

W sercu Bremy podzielnie panują ratusz miejski i katedra św. Piotra - patrona miasta (dzięki niemu w herbie pojawiły się klucze). Trudno powiedzieć, który z tych budynków jest ważniejszy. Przez wieki burmistrzowie, będący zarazem władcami całego landu, konkurując z biskupami starali się zrobić wszystko, by żadna z osób piastujących te urzędy nie wydała się być ważniejszą w społecznej hierarchii. Któryś z nich zdecydował nawet, żeby wejście do katedry zrównać z poziomem ulicy - a co za tym idzie, całego miasta. Obowiązuje tu z kolei przepis, że żaden nowo postawiony budynek nie może być wyższy od 108-metrowej wieży katedry (wyjdźcie na nią koniecznie, jest z niej piękny widok na panoramę miasta!). Wyjątek zrobiono jedynie dla wieży telewizyjnej.

Bremeńczycy ciekawie rozwiązali problem zmiany władców, a co za tym idzie - ich posągów przed wejściem do świątyni. Nie wymieniali ich całych, a jedynie głowy. Nikt się nie przejmuje tym, że do tej pory obie części Wilhelma II różnią się kolorem.

Najstarszy ratusz w Europie, słynący z tego, że przetrwał w prawie nienaruszonym stanie II wojnę światową, ulega nieustannym modyfikacjom, nawet teraz trwają w nim prace konserwatorskie. Gotycka część ratusza liczy sześć wieków, natomiast 100 lat temu dobudowano do niej nowe skrzydło o trzy razy większej powierzchni. Nie zrażaj się rusztowaniami i odnajdź wejście dla zwiedzających. Bogato zdobiony z zewnątrz budynek zachwyca również przepychem wnętrz.

Złoto, kryształy i wieloryby

Szczególnie reprezentacyjny jest hol główny starego ratusza, w którym przyjmowani byli mieszkańcy miasta. Ławy i ściany są bogato rzeźbione w drewnie, malowane i złocone. Jedna z takich ścian kryje niewielki pokoik, w którym przyjmowano interesantów pojedynczo, tak by inni nie słyszeli o czym była mowa. To "złoty pokój" - pięknie zdobiony, artystycznie urządzony i wymalowany w złote ornamenty z motywami ptaków i kwiatów, z imponującym kominkiem. To najpilniej strzeżona część ratusza. No, może oprócz piwniczki z winami znajdującej się w podziemiach restauracji rajców miejskich Bremer Ratskeller. Przy okazji - jeśli już tam wejdziecie, skosztujcie lokalnych świeżych śledzi - w jednej z dziesiątek postaci.

Ściany holu ozdabiają malowidła będące równocześnie kroniką historyczną miasta. Możemy na nich zobaczyć między innymi jak wyglądał - uwieczniony w naturalnej wielkości - wieloryb, który wpłynął Wezerą do miasta w 1669 roku. Jest tu też portret króla i papieża trzymających dłonie na katedrze - to jeszcze jeden dowód na to, jak ważne w tym mieście było rozdzielenie władzy świeckiej od kościelnej. A tak naprawdę sprowadzało się to do poczucia wolności, którą bremeńczycy do dzisiaj cenią jako największą wartość. Kiedy wytężysz wzrok, zobaczysz ważny szczegół: w królewskim jabłku namalowanym u stóp władcy widnieje odbicie okien bremeńskiego ratusza.

Dawnego wejścia tego przepysznego holu strzeże wymachujący mieczem rzymski wojownik, choć trzeba przyznać, że raczej delikatniejszej niż budzącej respekt postury. Z góry na turystów patrzą grubiutkie cherubinki, a już całkiem z sufitu zerkają na nich pruscy możnowładcy, których poczet zdobi sklepienie.

Ciekawym pomieszczeniem jest tu też pokój widzeń, w którym Wilhelm II przyjmował na prywatnych audiencjach. Ściany tej niewielkiej, okrągłej komnaty zdobią portrety kobiet uosabiających cnoty i występki, m.in. sprawiedliwości, odwagi, miłości, męstwa i pobożności. Zwiedzając pozostałe komnaty ratuszowe nie zapomnij zadrzeć głowy do góry - oprócz pięknych kryształowych żyrandoli znajdziesz tam też jeden z prawdziwych żeber wieloryba.

Pamiętacie "Pieśń o Rolandzie"? W Bremie tak się spodobała, że choć mieszkańcy miasta nie mieli nic wspólnego z francuskim rycerzem, postanowili zaadaptować średniowieczną legendę. Przed ratuszem stoi jego 5,5-metrowa postać - druga już, bo pierwsza została zniszczona na polecenie arcybiskupa w 1366 r. Ta przetrwała nawet wojenną zawieruchę dzięki ludziom, którzy postanowili obudować ją wielką drewnianą skrzynią. "Pokażę wam wolność" - to inskrypcja na tarczy wielkiego rycerza. A wolność to przecież to, co Bremeńczycy cenią najbardziej.

Sekretna ulica

Kiedy staniesz plecami do Rolanda, zobaczysz przejście między dwoma kamienicami - zazwyczaj na rogu grają uliczni muzycy (czy też muzykanci). Wiedzą co robią - to bardzo popularna trasa turystyczna. Po przejściu wąską uliczką trafiamy na ozdobioną złotą płaskorzeźbą bramę, a za nią... na sekretną główną ulicę Bremy, czyli Boettcherstrasse.

Mierząca niewiele ponad sto metrów uliczka często nazywana jest przez dzieci ulicą Pokątną z opowieści o Harrym Potterze. Wymyślił ją sobie i finansował jej budowę od 1920 r. Ludwig Roselius, który przysłużył się światu między innymi wynajdując kawę bezkofeinową. Ten wizjoner wykupił domy stojące wcześniej na tym terenie, kazał je zburzyć i zlecił zaprojektowanie nowych. Dzieło ojca kontynuowała córka zlecając odbudowanie budynków zniszczonych w czasie wojny. Wielu znawców tematu do tej pory twierdzi, że to największy z architektonicznych koszmarów w Europie. Ale wszystko jest kwestią gustu.

Ponieważ uliczka łączy centrum miasta z nadbrzeżem rzeki, szybko stała się mekką kupców. Możesz tu nabyć wszelkie odmiany kawy (z kofeiną i bez). Manufaktura cukierków Bremer Bonbon pod ósemką zwana jest najsłodszym sklepem w mieście. Przed nią stoi fontanna z minimuzykantami z Bremy. Utrapieniem bywają turyści, którzy co jakiś czas przywłaszczają sobie któreś ze zwierzątek. Są tu restauracje i sklepy z pamiątkami.

Jako, że Roselius był także zapalonym mecenasem sztuki, w wielu zakątkach znajdują się rzeźby, malowidła czy... akwaria. Warto odwiedzić jego dom z bogatą kolekcją sztuki i zabytkowych przedmiotów użytkowych oraz muzeum malarki Pauli Modersohn-Becker.

Zanim wybije pełna godzina, idź pod Kurant. To budynek tuż koło domu Roseliusa. O pełnej godzinie zaczyna się tam niesamowity spektakl - 30 porcelanowych dzwonów wygrywa piękną melodię, a w wieży pomiędzy dwoma ścianami na drewnianych płaskorzeźbach pojawiają się portrety pogromców mórz. Ten zachwycający spektakl odbywa się od stycznia do marca o godz. 12:00, 15:00 i 18:00, a od kwietnia do grudnia co godzinę między południem a 18:00. Miejscowi mówią, że ta melodia to ponadczasowy odcisk palca, który zostawił potomnym twórca tej o tyle dziwnej, co fascynującej ulicy.

Urokliwy Schnoor

Opuszczając Boettcherstrasse tak, udaj się na Schnoor - bez wątpienia najbardziej urokliwą z bremeńskich, a może nawet europejskich, dzielnic. Poczujesz się, jakbyś trafił do zupełnie innej bajki - tym razem jako Guliwer. To dzielnica w całości wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO, pełna kolorowanych, maluteńkich domków, z których najstarsze datowane są na XIII wiek. Jej nazwa pochodzi od sznura korali, bo te domki wyglądają jak paciorki nanizane na nitkę. Budynki są tu tak małe, że żeby nie tracić miejsca w środku na schody, na drugie piętro wchodziło się po drabinie. Tylko od zewnątrz - stąd drzwi nad drzwiami. Tutaj koniecznie trzeba wypić kawę lub piwo - oczywiście nie godzi się zamówić innego, niż Beck’s z oddalonego o kilka kilometrów browaru.

To urocze miejsce zakochani chętnie wybierają na zaręczyny lub podróże poślubne. Tutaj też pracują rzemieślnicy: jubilerzy, kuśnierze, lalkarze czy ceramicy. Oczywiście wszystkie ich dzieła można kupić na miejscu. Jest też mój ulubiony sklep: bożonarodzeniowy. Przez cały rok można tu kupić bombki, światełka i inne ozdoby choinkowe, mikołaje, renifery i wszystkie inne świąteczne atrybuty. To szczególnie ciekawe doświadczenie, gdy temperatura dochodzi do 30 st. Celsjusza.

Wezera, parki i kanały

Kiedy znudzi ci się zwiedzanie, idź nad rzekę. Możesz wybrać się na wodną przejażdżkę, zasiąść zacumowanych przy brzegu restauracjach, czy po prostu pochodzić wybrzeżem. Często odbywają się tu festyny i inne atrakcje. Amatorów spacerów na pewno ucieszą też wielkie zielone tereny parków, poprzecinanych kanałami powstałymi na bazie dawnych dopływów Wezery. Można po nich chodzić godzinami, a najlepiej oglądać je jeżdżąc na wypożyczonym rowerze.

Za Bürgerparkiem położone są nowoczesne dzielnice Bremy, również warte obejrzenia. Tam też tętni "prawdziwe", zdecydowanie mniej turystyczne życie miasta - jest dzielnica handlowa, uniwersytecka i... czerwona. Znajdź sklep kolonialny Holtorf przy Ostertorsteinweg 6, w którym możesz cygara albo sardynki... z czekolady oraz śledzie z ogórkiem kiszonym... marcepanowe. Ale spokojnie - tu można zaopatrzyć się w wiele regionalnych produktów.

Spróbować tradycyjnej, choć unowocześnionej kuchni można nieopodal w restauracji Küche13 przy Beim Steinernen Kreuz 13. Po drodze przyjrzyj się koniecznie domowi poświęconemu The Beatles! Jeśli podróżujesz z dziećmi, będą miały dużo radości w Universum - odpowiedniku warszawskiego Centrum Nauki Kopernik, przy Wiener Strasse 1a.

Odwiedź misie w Bremerhaven

Choć atrakcji w Bremie nie brakuje, dobrze przy okazji zobaczyć pobliski port na Morzu Północnym - Bremerhaven. Jest tam ciekawe Niemieckie Centrum Emigracji poświęcone ludziom, którzy przez lata traktowali to miejsce jako bramę na szeroki świat. W Klimahaus odtworzono warunki klimatyczne panujące na całej Ziemi na tej samej szerokości geograficznej, co to miasto. W dawnym porcie działają targ rybny i kramy z bibelotami. Tam też w Seefischkochstudio można pobrać profesjonalne lekcje niemieckiej kuchni. A jeśli o jedzeniu mowa - punktem obowiązkowym tej wycieczki jest kanapka z krabami, albo ryba z frytkami w smażalni na łodzi zacumowanej w kanale portowym.

A potem rzuć wszystko i odwiedź miejsce, które spodoba się nie tylko dzieciom - morskie zoo. Tutaj mieszkają polarne niedźwiedzie będące największą wizytówką Bremerhaven. Obok jest basen dla fok. Jeśli przyjdziesz w porze karmienia (koło 9:30), zobaczysz popisy tych uroczych zwierząt, a później opiekunka opowie ci o ich zwyczajach.

Dalej mieszkają pingwiny Humboldta, śnieżne pantery, szopy pracze, liski, wydry, kaczki i wiele innych zwierząt. Choć to dość niewielkie zoo, jest niezwykle sprytnie urządzone. Wszystkie zwierzęta, których wybiegi mają baseny, możemy zobaczyć "od dołu" - z perspektywy wody. Niezapomniany jest widok małego misia polarnego bawiącego się wiaderkiem czy foki pływającej z psią zabawką.

Morskie głębiny poznajemy za to w akwarium, które zamieszkują m.in. płaszczki, koniki morskie, kałamarnice, kraby i inni egzotyczni mieszkańcy podwodnego świata.

W Bremerhaven możesz też wsiąść na statek, którym dopłyniesz na wyspę Helgoland. To dawna niemiecka baza morska, a teraz uzdrowisko. Z poziomu plaży do miasteczka położonego na klifie można tam wyjechać... windą. Ale to już zupełnie inna bajka...


Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje