Przejdź na stronę główną Interia.pl

Zamiast dolarów z Ameryki przywiózł żonę

Przez 5 lat w trudnych chwilach starał się zapomnieć, że w Polsce był gwiazdą. ​Nie wozi się drzewa do lasu. Ojczyzna rocka, jazzu i country nie potrzebuje muzyków z importu. Krzysztof Krawczyk walczył przez pięć lat, zanim poznał tę prawdę.

W Polsce miał status gwiazdy. Chyba każdy potrafił zanucić "Parostatek" czy "Jak minął dzień?". Zainteresowała się nim duża zachodnioniemiecka wytwórnia płytowa. Pierwszy wyjazd do Berlina Zachodniego był dla wokalisty szokiem.

Reklama

 - Powaliły nas te neony, auta, pachnące ulice, klimatyzowane sklepy, przepiękne teatry. Ten świat, którego nie znaliśmy, był tak pięknie oświetlony - wspominał. To spotęgowało apetyt Krawczyka na sukces międzynarodowy. Wtedy nad jego krajową karierą zaczęły się gromadzić ciemne chmury. Dostał zaproszenie na Festiwal Interwizji. Pojechał i poniósł klęskę. W efekcie na piosenkarza obraził się wszechwładny szef Radiokomitetu, Maciej Szczepański. Coraz rzadziej gościł więc w radiu i telewizji. Współpraca z niemieckim producentem raptem się skończyła. Rozgoryczony, zaczął myśleć o dłuższym wyjeździe z Polski. Przyjaciel i menedżer, Andrzej Kosmala, załatwił mu występy w klubach polonijnych w USA.

Wyjechał w listopadzie 1980 r. Początek był zachęcający. Kilkaset dolarów, które zarabiał w ciągu tygodnia, było sumą oszałamiającą po przeliczeniu na złotówki. Szansę na kolejny krok w karierze dostrzegł, kiedy na świecie zrobiło się głośno o Solidarności. Nagrał singla o naszym zrywie w polskiej i angielskiej wersji oraz teledysk. Stał na gruzach z gitarą i pisał farbą "Solidarity". Sprzedał kilkaset płyt... Ale za oceanem zainteresowanie artystą zaczyna się po sprzedaniu kilkuset tysięcy.

Agresywny przestępca

Nieraz się przekonał o tym, że oswajanie się z Ameryką może być bolesne. Nie miał pojęcia, że nie wolno pić alkoholu na ulicy i wyszedł w stroju estradowym przed klub, gdzie śpiewał, z puszką piwa w ręku. Szybko pojawili się przy nim policjanci, a on włożył do paszportu 20 dolarów, żeby "ułatwić" dyskusję. Za próbę przekupstwa został wrzucony do policyjnego auta z budą. W kieszeni miał skręta z marihuany, więc po kryjomu, ze strachu, czym prędzej go zjadł. Pewnie dodało mu to animuszu, bo w celi stanął w obronie współwięźnia. Kopnął napastnika eleganckim estradowym kozaczkiem, za co został przeniesiony do izolatki dla niebezpiecznych przestępców. Często występował w kasynach, sam więc też spróbował hazardu. 

 - Wygrywam ponad 12 tysięcy dolarów w ruletkę w Reno - wspomina. - Wychodzę z kasyna do hotelu. Nagle ktoś przykłada mi do pleców "lufę" i mówi grubym, niskim, murzyńskim głosem: "Pieniążki na murek. Spokojnie idź prosto i nie oglądaj się przez trzy minuty". Nigdy w życiu nie byłem w takim strachu jak wtedy. Wieczorem koledzy z zespołu ze śmiechem oddali mi kasę. Zapomniałem, że mój perkusista to Murzyn.



Oprócz alkoholu były też narkotyki. Nie tylko marihuana, ale i kokaina. - Ciągnąłem koks dzień w dzień i zacząłem krwawić z nosa - mówi piosenkarz. - Poszedłem do znajomego lekarza. A on mi mówi: Nie martw się, wstawię ci plastikowe płytki do nosa i będziesz mógł ciągnąć do końca życia. Jak podał cenę, 16 tys. dolarów,to sobie odpuściłem.

Rozstanie

Rozpadał się jego związek z Haliną Żytkowiak. To, że zdradza ją przy każdej okazji, traktował jako coś całkiem normalnego. Tłumaczył, że jak większość mężczyzn "z natury jest poligamistą". Kiedy jednak odkrył, że żona też czuje się zwolniona z obowiązku wierności, zapłonął świętym oburzeniem. Próbowali jeszcze ratować małżeństwo dla dobra syna, ale nie udało się już skleić tego, co się stłukło. Najczęściej grał w klubach polonijnych, a także w kościołach, szkółkach parafialnych, na odpustach oraz piknikach. 

Chude dni przychodziły w adwencie i wielkim poście, bo polonijne instytucje, silnie związane z parafiami, "nie urządzają zabaw w czasach zakazanych", toteż nie było zamówień na występy. Z czegoś trzeba było jednak żyć, a artysta nie odkładał, tylko przepuszczał wszystko, co zarabiał. - Układałem dachówki z góralami za 350 dolarów tygodniowo, byłem barmanem, a także jeździłem limuzyną - wspominał. - Ale po dwóch tygodniach milionerka mnie wyrzuciła, bo jeździłem po polsku, czyli gaz i hamowanie. A dobry kierowca limuzyny prowadzi samochód w taki sposób, że można w środku herbatę wypić. 

Pracowałem też jako majster przy projektowaniu balkonów i wyjść ewakuacyjnych. Między innymi dla polskich sióstr mieszkających w murzyńskiej dzielnicy. Kiedyśw roboczym ubraniu usiadłem do kościelnychorganów i zacząłem grać polskie kolędy. Skończyłemi dostałem brawa. Za moimi plecami stała czwórka zachwyconych siostrzyczek. Rok po moim powrocie ze Stanów dostałem informację, że siostry szukają tego organisty i chcą go zatrudnić na stałe. Kres snom o podboju Ameryki położył wypadek na dachu. Piosenkarz pracował z pistoletem do wstrzeliwania gwoździ. Wystarczył moment nieuwagi, by trafił we własną rękę. Krwawiąc i klnąc, zadał sobie pytanie, co właściwie tu robi? Zdecydował się na powrót do Polski.

Piękność za barem 

Wyprawa za ocean byłaby porażką, gdyby nie miłość. - Ewunię poznałem w momencie totalnego rozbicia psychicznego - wspomina chwilę, gdy w klubie "Cisza Leśna" w Chicago dostrzegł atrakcyjną barmankę. - Uciekałem w narkotyki, nadużywałem lekarstw. Aż pojawiła się kobieta cud, która wyrzuciła mi te świństwa i powiedziała: "Ja będę twoją lekomanią". To był związek dojrzałego, doświadczonego przez życie faceta z młodą, piękną kobietą z prowincjonalnej Polski. Nie mogłem zdobyć jej na urok gwiazdy, bo wtedy, kiedy w kraju odnosiłem sukcesy, ona biegała po łące i nie miała stałego dostępu do telewizora, a jeśli tak, to ten telewizor musiał być źle ustawiony, bo myślała, że jestem niski i gruby.

Są razem od 33 lat, chociaż czasem dostarczali tematów plotkarskim mediom. Kilka razy, na dłużej (w l. 90.) lub krócej, wracali do USA. Były koncerty i podróże sentymentalne do miejsc, gdzie narodziło się ich uczucie. - Ameryce oddałem wiele lat - podsumowuje Krzysztof Krawczyk doświadczenia zza oceanu. - Mamiła mnie głosem Elvisa, wpędziła do baru, uwiodła urodą i, co tu dużo gadać, odrzuciła moje zaloty. Dziś jednak nie żałuję tamtych lat. To był mój uniwersytet życia.


Dowiedz się więcej na temat: Krzysztof Krawczyk

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje