Przejdź na stronę główną Interia.pl

Wyśpiewała swój tragiczny los

​Trudno pisać o Ludmile w czasie przeszłym, tym bardziej, że dopiero niedawno zaczęliśmy pisać o niej w ogóle" - pisał w 1961 r. Lucjan Kydryński. Nie tylko on nie mógł się pogodzić z przedwczesną śmiercią młodziutkiej piosenkarki. Jej kariera trwała tylko trzy lata.

Ludmiła Jakubczak urodziła się w 1939 r. w Tokio, w polskiej rodzinie osiadłej w Japonii. Po zajęciu japońskiej części Sachalinu przez Związek Sowiecki w 1945 r. znalazła się na Ukrainie, do Polski przyjechała jako nastolatka, na początku lat 50. Zamieszkała w Warszawie. Uczyła się tańca w szkole baletowej i śpiewu u słynnej mezzosopranistki Wandy Wermińskiej. W Studium Piosenkarskim trafiła do klasy Jerzego Abratowskiego, znanego kompozytora i aranżera. Szybko dostrzegł w niej przyszłość - nie tylko polskiej piosenki, ale i własną.

Wzbudzała zazdrość

Reklama

Połączyło ich gorące uczucie. Starszy o 10 lat od swej wybranki Abratowski otoczył ją opieką artystyczną, komponował już tylko dla niej. Choć piosenkę, która stała się jej znakiem rozpoznawczym, "Gdy mi Ciebie zabraknie", napisał wcześniej dla Hanny Rek. Ale jego świeżo poślubionej żonie tak się spodobała, że nagrała ją na swojej płycie. Obiecała tylko Hannie, że nie zaśpiewa jej na estradzie. Dotrzymała słowa i podbijała serca widzów i krytyków innymi hitami.

W 1961 r. w Sopocie tak brawurowo wykonała bluesową "Alabamę", że choć utwór był na indeksie (konotacje z Zachodem), dostała nagrodę za interpretację. Sukces jej nie zmienił - pozostała niezwykle skromna i życzliwa. Poza estradą zachowywała się jak zwyczajna dziewczyna. Lubiła wylegiwać się w wannie, ale miała też zaskakujące jak na młodą kobietę hobby - uwielbiała łowić ryby i nie wzdragała się nawet przed ich sprawianiem. Budziła podziw nie tylko publiczności. Irena Santor zazdrościła jej nastrojowej piosenki "Szeptem...", a także pięknych sukienek, które Lusia wyszukiwała i kupowała na pchlim targu. Miała wyczucie stylu i to coś, co powodowało, że przykuwała uwagę, chociaż nie była klasyczną pięknością. Świetnie zapowiadająca się kariera i młode, zaledwie 22-letnie życie zostały brutalnie przerwane na szosie pod Błoniem 5 listopada 1961 r.

Dzień wcześniej Ludmiła Jakubczak pojechała do Łodzi. W niedzielę miała wystąpić w programie telewizyjnym "Muzyka lekka, łatwa i przyjemna". "Słuchaj, ta sukienka jest niedobra. Możesz założyć jakąś inną?" - spytał jeden z operatorów podczas sobotniej próby. Innej nie miała, więc zadzwoniła do męża, by coś jej przywiózł. Jerzy Abratowski zjawił się następnego dnia w południe, niedługo przed emisją programu, w którym jego żona zaśpiewała "Tango zazdrości".

Potem cała ekipa poszła na kolację do restauracji Syrena w Grand Hotelu. Lucjan Kydryński, który wraz z Ireną Santor siedział przy jednym stole z Abratowskimi, zapamiętał, że Ludmiła była zrelaksowana, żartowała i snuła plany na przyszłość. Atmosfera była świetna, wszyscy dobrze się bawili, ale około godziny 21 Abratowscy postanowili jednak wracać do Warszawy. Reszta towarzystwa zdecydowanie im to odradzała, zwłaszcza że spadł pierwszy śnieg i na drodze było ślisko, a do tego gęsta mgła ograniczała widoczność. Oni jednak obstawali przy swoim. Irena Santor postanowiła zabrać się z nimi.

Skandal po pogrzebie

Po północy citroen, który prowadził Abratowski, wpadł w poślizg i uderzył w drzewo. Santor i Abratowski wyszli z tego prawie bez szwanku, Ludmiła złamała podstawę czaszki. Zmarła w drodze do szpitala. Pogrzeb tragicznie zmarłej piosenkarki zgromadził tłumy, nie obeszło się jednak bez przykrych incydentów. Ktoś rozpuścił obrzydliwą plotkę, jakoby wypadek został ukartowany przez Abratowskiego i Santor, którzy chcieli być razem i dlatego postanowili się pozbyć Ludmiły.

Pogrążonego w rozpaczy kompozytora po pogrzebie otoczył tłum rozwścieczonych ludzi, którzy krzyczeli: "‚morderca!". On sam długo nie mógł dojść do siebie. Obwiniał się o wypadek, choć był wtedy trzeźwy i jechał powoli (ok. 40 km/h). Z czasem ponownie się ożenił, miał nawet syna, ale pod koniec lat 60. wyjechał sam do USA. Gdy będąca tam w 1979 r. na koncercie Sława Przybylska spytała, czy wróci do Polski, usłyszała: "Po co? Żeby umrzeć na grobie Lusi?". Dziesięć lat później zginął. Stał się przypadkową ofiarą strzelaniny podczas napadu na bank.

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje